Jesteś martwy. Czekaj. Sprzedałem firmę taty. Mam nadzieję, że dasz radę zapłacić czynsz – oznajmił mój syn.
Uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem: „Jasne. Powodzenia”.
Kiedy ich samolot wylądował w Mediolanie i otworzyli aplikacje bankowe, mój telefon rozświetlił się pięćdziesięcioma połączeniami. Za późno.
Co by było, gdyby osoba, którą kochałeś i wychowałeś – ta, dla której poświęciłeś wszystko – nagle zobaczyła w tobie tylko ciężar? I co, gdyby ten ciężar miał dać jej nauczkę, której nigdy nie zapomni?
Zapach świeżych lilii zawsze mnie uspokajał. Ale tego popołudnia, gdy układałam je w moim ulubionym kryształowym wazonie, powietrze było gęste od innego rodzaju zapachu – gorzkiej zapowiedzi burzy. Znajomy warkot BMW Artura wjeżdżającego na podjazd po trzech miesiącach ogłuszającej ciszy nie był powrotem do domu. To był dzwonek alarmowy.
Patrzyłem przez okno, jak wychodził, poprawiając drogi garnitur – obraz obojętnego sukcesu. Sarah, jego narzeczona, podążała za nim, jej obcasy stukały energicznie o chodnik, a blond włosy były idealnie wygładzone. Nawet z tej odległości widziałem zdecydowany zaciśnięty policzek. Cokolwiek tu przybyli, to ona to organizowała.
Dzwonek do drzwi zadzwonił dwa razy, ostro i niecierpliwie. Odstawiłam wazon, czując już w sercu znajomy ból rozczarowania, i powoli podeszłam do drzwi wejściowych.
Gdy otworzyłam drzwi, Arthur ledwo na mnie spojrzał.
„Mamo” – powiedział szorstko, wchodząc do środka bez zaproszenia. „Musimy porozmawiać”.
Sarah minęła mnie, a zapach jej perfum wypełnił mały przedpokój. Ściskała skórzaną teczkę jak broń.
„Witaj, Eleanor” – powiedziała z tą fałszywą słodyczą, która zawsze przyprawiała mnie o dreszcze.
Zaprowadziłam ich do salonu – tego samego pokoju, w którym George, mój zmarły mąż, trzymał Arthura w ramionach, gdy stawiał pierwsze kroki trzydzieści pięć lat temu. Teraz Arthur stał w jego centrum jak obcy, z założonymi rękami, patrząc na wszystko, tylko nie na mnie.
„Mogę ci podać kawę?” – zapytałem. „Właśnie zaparzyłem świeżą kawę”. Starałem się zachować pozory normalności.
„To nie jest wizyta towarzyska, mamo” – powiedział Artur głosem zimniejszym niż kiedykolwiek słyszałam. „Usiądź. Jest coś, co musisz wiedzieć”.
Nogi mi się ugięły, gdy zapadłem w mój ulubiony fotel, ten, który wybraliśmy razem z George’em czterdzieści lat temu. Sarah siedziała naprzeciwko mnie, otwierając teczkę z celową, niemal groźną precyzją. Arthur nadal stał, górując nad nami obojgiem.
„Sprzedaliśmy firmę” – oznajmił, jakby rozmawiając o pogodzie.
Te słowa podziałały na mnie jak fizyczny cios.
“Sprzedany.”
Sarah wyciągnęła gruby plik papierów i położyła je na stoliku kawowym między nami. „Sprzedaż doszła do skutku wczoraj rano” – powiedziała czysto rzeczowym tonem. „Arthur zajmuje się całą papierkową robotą od miesięcy”.
Wpatrywałem się w dokumenty, a mój wzrok lekko się rozmazał. Firma, którą George i ja zbudowaliśmy od zera – ta, która przez dziesięciolecia zapewniała byt naszej rodzinie – zniknęła.
„Ale nadal jestem większościowym udziałowcem” – wyszeptałem.
Artur zaśmiał się szorstko, z niedowierzaniem. „Mamo, nie zajmowałaś się codziennymi sprawami od trzech lat. Od śmierci taty. Nie rozumiesz już nawet finansów”.
„To nieprawda” – powiedziałem, ale mój głos zabrzmiał cicho, nawet dla moich uszu.
„Spójrz na siebie, Eleanor” – wtrąciła Sarah, wskazując na mnie swoimi zadbanymi paznokciami. „Ledwo dajesz radę z tym domem. Rachunki piętrzą się na blacie kuchennym tygodniami. Zapominasz o wizytach. W zeszłym miesiącu dzwoniłaś do Arthura trzy razy w ciągu jednego dnia, pytając o to samo”.
Poczułam rumieniec na policzkach. To prawda, że od śmierci George’a dzwoniłam do Arthura częściej, ale nie dlatego, że byłam zdezorientowana. To dlatego, że byłam samotna, że brakowało mi kogoś, z kim mogłabym dzielić się decyzjami.
Arthur przysunął krzesło tuż przede mną, pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. „Mamo, masz sześćdziesiąt cztery lata. Walczysz od śmierci taty. Firma potrzebuje młodych liderów, świeżych pomysłów. Nie mogę dłużej patrzeć, jak ją niszczysz”.
„Firma przynosi zyski” – upierałem się, a mój głos brzmiał teraz mocniej. „Raporty kwartalne pokazują…”
„Raporty kwartalne pokazują, co tata wprowadził lata temu” – przerwał mu Arthur. „Ale branża się zmienia. Technologia, automatyzacja, marketing cyfrowy. Nic z tego nie rozumiesz”.
Sarah skinęła głową ze współczuciem. „Nie chcemy cię skrzywdzić, Eleanor. Staramy się cię chronić. Kupujący zapłacił znacznie powyżej wartości rynkowej. Te pieniądze zapewnią ci komfort do końca życia”.
Rozglądałam się między nimi, szukając śladu syna, którego wychowałam – chłopca, który wskakiwał mi na kolana, gdy burze go przerażały. Zamiast tego zobaczyłam mężczyznę, który patrzył na mnie z ledwie skrywaną niecierpliwością.
„Ile?” zapytałem cicho.
Artur i Sarah wymienili szybkie, znaczące spojrzenia.
„Dwa i osiem dziesiątych miliona” – powiedział. „Po podatkach i opłatach do piątku będzie pan miał na koncie około jednego i dziewięciu dziesiątych miliona”.
To była dobra cena. Właściwie lepsza niż dobra. Ale nie o pieniądze chodziło.
„Sprzedałeś naszą firmę, nawet mnie o to nie pytając.”
„Proszę cię teraz” – powiedział Arthur tonem sugerującym, że rozmowa już się zakończyła. „Proszę cię o podpisanie tych dokumentów, o ich oficjalne potwierdzenie – potwierdzenie, że sprzedaż leżała w twoim najlepszym interesie”.
Sarah pochyliła się do przodu, a jej głos znów nabrał tego przesłodzonego tonu. „Pomyśl o tym, Eleanor. Koniec ze spotkaniami zarządu. Koniec z martwieniem się o problemy pracowników i wahania na rynku. Możesz skupić się na tym, co naprawdę ważne – swoim ogrodzie, klubie książki, może na podróżach”.
Artur gwałtownie wstał i podszedł do okna. Kiedy się odwrócił, jego twarz była surowa.
„Prawda jest taka, mamo, że jesteś ciężarem” – powiedział. „Jesteś nim odkąd zmarł tata. Ciągle do mnie dzwonisz z pytaniami, które każdy kompetentny właściciel firmy powinien znać. Podważasz każdą moją decyzję, mimo że nie rozumiesz współczesnego rynku”.
Słowo „brzemię” zawisło w powietrzu niczym dym.
Poczułem, jak coś we mnie pęka. Nie do końca – pęka jak topniejący lód.
„Sprzedałem firmę taty, bo tak należało zrobić” – kontynuował Arthur, lekko podnosząc głos. „Dla firmy, dla pracowników i dla ciebie. Powodzenia z czynszem za nowe mieszkanie, bo utrzymanie tego domu będzie kosztowało cię więcej, niż możesz sobie pozwolić przy stałym dochodzie”.
Sarah rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, ale on je zignorował.
„Jesteś moim synem” – powiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do niego.
„A ty jesteś moją matką” – odpowiedział – „i dlatego to robię. Ktoś musi podejmować trudne decyzje i najwyraźniej nie będziesz to ty”.
Siedziałem na tym krześle przez godziny, które wydawały się godzinami, ale prawdopodobnie były to tylko minuty. Mój umysł był dziwnie spokojny, niczym oko cyklonu. Kiedy w końcu podniosłem wzrok, Arthur i Sarah patrzyli na mnie z oczekiwaniem.
„Okej” – powiedziałem po prostu.
Artur mrugnął. „Co?”
„Okej. Powodzenia.”
Wstałam powoli, wygładzając spódnicę. „Domyślam się, że będziesz potrzebował mojego podpisu na tych papierach”.
Sarah grzebała w dokumentach, najwyraźniej spodziewając się większej kłótni. „Yyy… tu i tu, a inicjał tam”.
Złożyłam podpis tam, gdzie wskazali, a mój charakter pisma był stabilny, pomimo drżenia, które czułam w środku. Kiedy skończyłam, oddałam długopis Sarze i ruszyłam w stronę drzwi wejściowych.
„To tyle?” – zawołał za mną Arthur. „Nie zamierzasz się kłócić? Nie będziesz mnie wpędzać w poczucie winy z powodu lojalności wobec rodziny?”
Odwróciłam się do niego twarzą, trzymając rękę na klamce. „Czy to coś zmieni?”
Otworzył usta, a potem je zamknął.
„Nie sądziłam” – powiedziałam. „Cudownie spędzony czas w Mediolanie. Mam nadzieję, że pogoda dopisze podczas waszego miesiąca miodowego”.
Oczy Sary rozszerzyły się. „Skąd wiedziałaś o Milanie?”
Uśmiechnęłam się po raz pierwszy odkąd przyjechali. „Wiem więcej, niż ci się wydaje”.
Po ich wyjściu usiadłem z powrotem w fotelu i rozejrzałem się po salonie. Wszystko było dokładnie takie samo jak godzinę temu, a jednak wszystko się zmieniło. Cisza wydawała się teraz inna – nie samotna, lecz pełna oczekiwania, jak chwila przed świtem.
Sięgnęłam po telefon i wybrałam numer, który znałam na pamięć. „David, tu Eleanor. Chyba czas, żebyśmy porozmawiali”.
David przybył w ciągu godziny, niosąc tę samą znoszoną skórzaną torbę, której używał odkąd poznałem go dwadzieścia pięć lat temu. Mój wieloletni prawnik – a co ważniejsze, mój przyjaciel – wyglądał dokładnie tak, jak się spodziewałem: zaniepokojony, ale nie zaskoczony.
„Zakładam, że Artur to zrobił” – powiedział, siadając bez zbędnych ceregieli na starym krześle George’a.
„Każde słowo dokładnie takie, jak przewidywaliśmy” – potwierdziłem, nalewając mu kawę z zaparzonego wcześniej dzbanka. Moje dłonie były teraz pewniejsze niż od miesięcy. „Nazwał mnie ciężarem, Davidzie. Dokładnie to samo powiedział”.
David pokręcił głową, a jego siwe brwi zmarszczyły się. „Przykro mi, Eleanor. Wiem, że byliśmy na to przygotowani, ale i tak musiało boleć”.
Usiadłam naprzeciwko niego, trzymając w ramionach swój kubek. „Ból przestał mnie zaskakiwać lata temu. Zaskakuje mnie to, jaki on stał się przewidywalny”.
„Czy przejrzymy oś czasu?” zapytał David, wyciągając z torby grubą teczkę.
Skinęłam głową, choć znałam każdy szczegół na pamięć. Planowaliśmy to od trzech lat – od pogrzebu George’a, kiedy Arthur wziął mnie na stronę i zasugerował, że może powinnam uprościć swoje obowiązki służbowe.
„Zaczęło się w 1983 roku” – zacząłem, a mój głos nabrał rytmu opowieści, którą wielokrotnie opowiadałem. „George i ja mieliśmy po dwadzieścia pięć lat, świeżo po studiach i byliśmy kompletnie spłukani. Ja miałem dyplom z zarządzania i głowę pełną pomysłów. On miał charyzmę i umiejętność oczarowywania inwestorów”.
Dawid się uśmiechnął. „Klasyczne połączenie”.
„Wszyscy zakładali, że George jest mózgiem całej operacji”.
Odstawiłem filiżankę z cichym brzękiem. „Pożyczki bankowe zostały przyznane dzięki jego urokowi. Wczesne partnerstwa pojawiły się, ponieważ mężczyźni w latach osiemdziesiątych czuli się swobodniej w towarzystwie innych mężczyzn. Więc graliśmy w tę grę”.
Podszedłem do mahoniowego biurka w kącie i wyciągnąłem oprawione zdjęcie z dolnej szuflady. Przedstawiało mnie i George’a podczas przecięcia wstęgi w naszym pierwszym budynku biurowym. Trzymał nożyczki i uśmiechał się promiennie do aparatu. Stałem nieco za nim, z ręką na jego ramieniu, uśmiechając się i obserwując tłum.
„Zawsze się temu przyglądałem” – powiedziałem, bardziej do siebie niż do Davida. „Podczas gdy George rządził w pokoju, ja kalkulowałem, kto ma realny wpływ, kto po prostu dużo mówi, które transakcje faktycznie się zmaterializują”.
„A struktura firmy” – podpowiedział David.
„Oficjalnie George posiadał sześćdziesiąt procent. Ja czterdzieści. Ale prawdziwa władza znajdowała się w spółkach zależnych, holdingach, prawach własności intelektualnej – wszystkim, co zakładałem i zarządzałem, podczas gdy George skupiał się na wizerunku firmy”.
Otworzyłem kolejną szufladę, tym razem wypełnioną dokumentami, których Arthur nigdy nie widział.
„Kiedy Arthur dołączył do firmy osiem lat temu, George już wykazywał objawy choroby serca. Wiedzieliśmy, że musimy zaplanować sukcesję”.
David wyciągnął okulary do czytania. „Wtedy założyłeś Meridian Trust”.
„Dokładnie”. Poczułem znajomą satysfakcję, przypominając sobie, jak starannie to skonstruowaliśmy. „Siedemdziesiąt procent rzeczywistej wartości firmy – patenty, kontrakty międzynarodowe, nieruchomości komercyjne – zostało przeniesione na fundusz powierniczy, którego byłem jedynym beneficjentem. Pozostałe trzydzieści procent, obejmujące bieżącą działalność i nazwę firmy, pozostało w tradycyjnej strukturze korporacyjnej”.
„A Artur nic o tym nie wiedział”.
Zaśmiałem się, ale nie było w tym humoru. „Artur wiedział, co chce wiedzieć. Tak bardzo chciał się wykazać, pokazać, że potrafi zarządzać lepiej niż jego staromodni rodzice. Nigdy nie zadawał właściwych pytań”.
Popołudniowe słońce wpadało teraz przez okna, oświetlając drobinki kurzu, które tańczyły w powietrzu niczym maleńkie sekrety.
Przypomniało mi się inne popołudnie, prawie dokładnie rok temu, kiedy podsłuchałem Arthura przez telefon w starym biurze George’a. Rozmawiał z Sarą.
„Pytała o aktywa firmy” – powiedziałem, wciąż mając żywe wspomnienie. „O to, czy mam realną kontrolę nad finansami. Arthur roześmiał się i powiedział, że jestem tylko figurantem, że i tak nigdy nie rozumiałem biznesowej strony rzeczy”.
David zanotował to w swoim notesie. „Wtedy postanowiłeś przyspieszyć ten proces”.
„Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że mój syn tak naprawdę nigdy mnie nie znał”.
Wróciłam na krzesło, czując, jak ciężar dziesięcioleci osiada wokół mnie. „Przez trzydzieści pięć lat byłam kobietą za kurtyną. Pozwoliłam George’owi przypisać sobie zasługi za moje pomysły. Pozwoliłam Arthurowi wierzyć, że jestem tylko jego roztrzepaną matką, która potrzebuje ochrony”.
„Dlaczego?” zapytał łagodnie David. To pytanie zadawał sobie wielokrotnie przez lata.
„Bo myślałam, że tego ode mnie potrzebują”. Obrysowałam palcem brzeg kubka z kawą. „George potrzebował poczucia, że sukces jest jego. Wymagała tego jego duma. A Arthur… Arthur musiał wierzyć, że ratuje mnie przed moją własną niekompetencją. To dawało mu cel”.
„Ale George znał prawdę”. Mój głos złagodniał, zwłaszcza pod koniec. „W noc przed śmiercią kazał mi coś obiecać. Powiedział: »Nie pozwól, żeby Arthur wykorzystał twoją dobroć tak jak ja. Dopilnuj, żeby zrozumiał, ile naprawdę jesteś wart«”.
David odchylił się na krześle i przyglądał mi się wzrokiem kogoś, kto zna mnie wystarczająco długo, żeby czytać między wierszami.
„A teraz” – powiedział powoli – „Arthur sprzedał, jak mu się wydaje, całą naszą firmę za 2,8 miliona”.
Uśmiechnąłem się i tym razem zdecydowanie dostrzegłem w tym humor. „On nie wie, że sprzedał jakieś trzydzieści procent rzeczywistej wartości. Można powiedzieć, że to skorupa”.
Wyciągnąłem z szuflady biurka sprawozdanie finansowe. „Posiadanie Meridian Trust jest warte – według wczorajszej wyceny – około dziewięć i pół miliona. Same patenty są warte cztery miliony. Nieruchomości komercyjne, które posiadamy w Houston i Phoenix, są warte kolejne trzy i pół miliona. Resztę stanowią prawa do dystrybucji międzynarodowej”.
Dawid gwizdnął cicho. „A Artur nie ma o tym pojęcia”.
„Arthur spędził ostatnie trzy lata, powtarzając mi, że nie rozumiem współczesnego biznesu. Prawdopodobnie ma rację. Nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby sprzedawać dochodową firmę bez przeprowadzenia due diligence jej rzeczywistych aktywów”.
Wstałem i podszedłem do okna, patrząc na ogród, który wspólnie z George’em założyliśmy.
„Wiesz, co Arthur powiedział mi w zeszłe Boże Narodzenie?” – zapytałam. „Powiedział, że żyję przeszłością, że muszę zaakceptować, że świat biznesu rozwinął się poza granice tego, co kobieta z mojego pokolenia była w stanie pojąć”.
„Co mu powiedziałeś?” zapytał David.
„Powiedziałem mu, że prawdopodobnie ma rację”. Odwróciłem się z powrotem do Davida. „A potem zawarłem trzy nowe umowy międzynarodowe i zwiększyłem nasze portfolio patentowe o czterdzieści procent”.
Dawid zamknął teczkę i pochylił się do przodu. „I co teraz?”
Teraz czekamy, aż Arthur i Sarah przyjadą do Mediolanu. Zatrzymają się w Palazzo Pereizy – apartamencie prezydenckim. Sam zarezerwowałem go dla nich jako prezent ślubny, korzystając z firmowych funduszy, które już nie istnieją. Z konta, na którym Arthur uważa, że znajdują się pieniądze z jego spadku.
Poczułem w piersi lekkie drgnięcie oczekiwania. „Konto, na którym jutro rano, gdy spróbują się do niego zalogować, będzie wyzerowane”.
„I pięćdziesiąt trzy telefony” – powiedziałem i roześmiałem się. „To tylko szacunki. Znając Arthura, może być ich więcej”.
David spakował papiery z powrotem do torby, ale nie wstał, żeby wyjść. „Eleanor, jesteś tego pewna? Kiedy to się skończy, nie będzie już odwrotu od Arthura”.
Zastanowiłem się nad jego pytaniem. Naprawdę się nad nim zastanowiłem.
Czy byłem pewien? Czy byłem gotowy stracić syna całkowicie, żeby pokazać mu, kim naprawdę jestem?
„David” – powiedziałem – „straciłem syna w dniu, w którym uznał, że jestem ciężarem. Wszystko, co się teraz dzieje, to tylko odzyskiwanie przeze mnie godności”.
Po odejściu Davida siedziałam sama w domu, który nagle stał się bardziej domowy niż od lat. Sięgnęłam po telefon i przejrzałam kontakty, aż znalazłam numer, którego szukałam.
„Michelle, tu Eleanor. Tak, wiem, że minęło trochę czasu. Słuchaj, mam dla ciebie propozycję. Co byś powiedziała na to, żeby znowu prowadzić firmę?”
Kiedy tak opowiadałam, przedstawiając plany rozwoju firmy, którą Arthur właśnie nieświadomie wypisał, zdałam sobie sprawę, że coś się we mnie zmieniło. Po raz pierwszy od śmierci George’a znów poczułam się sobą – prawdziwą sobą, kobietą, która zbudowała imperium, podczas gdy wszyscy myśleli, że tylko serwuje kawę i prowadzi księgi rachunkowe.
Jutro Artur miał się przekonać, jaka jest różnica. Czy zdoła znieść prawdę, to się dopiero okaże.
Pierwszy telefon zadzwonił dokładnie o 9:47 czasu mediolańskiego, czyli o 2:47 w nocy, kiedy siedziałem w kuchni, nie mogąc zasnąć, z filiżanką herbaty rumiankowej. Odliczałem godziny, wiedząc, że Arthur i Sarah spróbują sięgnąć do swoich funduszy zaraz po przyjeździe.
Pozwoliłem mu zadzwonić.
Drugi telefon zadzwonił trzy minuty później, potem kolejny. Przy piątym telefonie mój telefon wibrował tak mocno na kuchennym stole, że o mało nie spadł na podłogę.
Odebrałem po szóstym dzwonku. „Cześć, Arthurze.”
„Mamo”. Jego głos był napięty, panika ledwo skrywana pod cienką warstwą opanowania. „Jest problem z kontami bankowymi. Jakiś problem techniczny. Pieniądze ze sprzedaży się nie pojawiają”.
Powoli upiłem łyk herbaty. „To dziwne. Dzwoniłeś do banku?”
„Oczywiście, że dzwoniłem do banku”. Fornir już pękał. „Powiedzieli, że konto zostało zamknięte wczoraj po południu”.
“Zamknięte?”
„Mamo, jak to możliwe, że konto samo się zamyka?”
„Nie wiem, kochanie. Bankowość to nie moja specjalizacja, o czym wielokrotnie mi przypominałaś.”
Zapadła cisza i w tle usłyszałem głos Sary, ostry i stanowczy. Arthur zakrył telefon, ale nadal mogłem usłyszeć jej słowa.
„Powiedz jej, żeby to naprawiła teraz.”
Głos Arthura zabrzmiał bardziej opanowanie, ale z nutą, której nigdy wcześniej nie słyszałam. „Musisz zadzwonić do Davida. Najwyraźniej nastąpiła jakaś pomyłka w dokumentach. Pieniądze ze sprzedaży powinny były zostać przelane wczoraj”.
„Zadzwonię do niego rano” – powiedziałem uprzejmie. „Jest tu prawie trzecia w nocy, Arthurze. Jestem pewien, że cokolwiek to jest, może poczekać do godzin otwarcia”.
„Nie, nie może czekać”. Sterowanie kompletnie zamarło. „Jesteśmy w Mediolanie, mamo. Mamy rezerwacje, plany. Zapłaciłem za apartament w jednym z najdroższych hoteli w Europie. Nasze karty też nie działają”.
Wydałem z siebie sympatyczny dźwięk kliknięcia językiem. „To rzeczywiście brzmi niewygodnie. Mam nadzieję, że masz przy sobie trochę gotówki na wypadek nagłego wypadku”.
W kolejce zapadła cisza, słychać było jedynie oddech Artura, który stawał się coraz bardziej nierówny.
Kiedy się odezwał, jego głos był niebezpiecznie niski. „Mamo, zapytam cię jeszcze raz i proszę, żebyś słuchała bardzo uważnie. Zadzwoń natychmiast do Davida i dowiedz się, gdzie są nasze pieniądze”.
„Nasze pieniądze?” – powtórzyłem powoli, smakując każde słowo. „Nie wiedziałem, że mamy jakieś wspólne konta, Arthurze”.
„Pieniądze ze sprzedaży. Mój spadek. Dwa i osiem milionów, które powinny być na moim koncie już teraz”.
Z rozmysłem odstawiłam filiżankę. „A, te pieniądze? Tak. Wiem dokładnie, gdzie są”.
„Dzięki Bogu” – usłyszałem, jak wypuszcza powietrze. „Więc zadzwoń do Davida i…”
„To jest na moim koncie” – odpowiedziałem po prostu.
Nastała tak zupełna cisza, że zastanawiałem się, czy połączenie zostało przerwane.
Wtedy odezwał się głos Artura, ledwie słyszalny szeptem: „Co powiedziałeś?”
„Powiedziałem, że pieniądze są na moim koncie. Tam, gdzie zawsze były. I tam zostaną.”
Eksplozja była natychmiastowa.
„O czym ty, do cholery, mówisz? Sprzedałem firmę. Mam papiery. Sam je podpisałeś.”
„Tak, sprzedałeś firmę. I tak, podpisałem papiery”. Mój głos pozostał spokojny. „Sprzedałeś trzydzieści procent udziałów w George’s Industries za dwa i osiem milionów. Całkiem niezła cena za to, co faktycznie posiadałeś, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności”.
Słyszałem teraz Sarę, jej głos zbliżał się do telefonu. „Co ona mówi, Arthurze? O czym ona mówi?”
„Mamo”. Głos Arthura drżał – nie wiedziałam, czy z wściekłości, czy ze strachu. „Przestań się wygłupiać. Nie możesz tego zrobić. Firma należała do taty. Teraz jest moja”.
„Nazwa firmy należała do twojego ojca. Tak. A codzienne funkcjonowanie – wypłaty dla pracowników, wynajem biura w centrum Austin – wszystko to było twoje do sprzedania”.
Pozwoliłem słowom osiąść.
„I tak zrobiłeś. Gratulacje.”
„Więc gdzie…” Jego głos nagle się urwał i wiedziałem, że zaczynał rozumieć. „Gdzie są aktywa?”
Dokończyłem za niego. „Patenty, kontrakty międzynarodowe, nieruchomości komercyjne, prawa do produkcji. Nigdy nie były częścią tego, co odziedziczyłeś, kochanie. Zawsze były moje”.
Telefon brzęknął i teraz wyraźnie usłyszałem głos Sary: „Daj mi ten telefon”.
„Pani Holloway” – powiedziała – „to jest Sarah. Chyba zaszło nieporozumienie”.
Leave a Comment