Nasza noc poślubna miała być najszczęśliwszym początkiem mojego życia.
Kiedy w końcu zamknęliśmy drzwi naszego pokoju hotelowego, w sali balowej wciąż unosił się zapach kwiatów i szampana. Ja, Alejandro Rivas, byłem zdenerwowany, ale pełen nadziei.
Lucía Fernández – moja żona – siedziała na skraju łóżka i wpatrywała się w podłogę.
Gdy podszedłem bliżej, wzdrygnęła się i wyszeptała delikatnym głosem:
„Proszę… nie dotykaj mnie”.
Coś we mnie pękło. Początkowo myślałem, że jest przytłoczona – że wszystko wydarzyło się za szybko. Ale w delikatnym blasku lampki nocnej zauważyłem ślady na jej ramionach i barkach. Były świeże, nie dało się ich zignorować.
„Kto ci to zrobił?” – zapytałem, a mój głos drżał ze strachu i gniewu.
Lucía zaczęła drżeć. Przez chwilę nie mogła mówić. Potem popłynęły jej łzy.
„Mój ojczym” – wyszeptała. „Zawsze taki był”.
Uklęknąłem przed nią i ostrożnie wziąłem ją za ręce, jakby nawet dobroć mogła ją zranić.
„To już koniec” – powiedziałem cicho, ale stanowczo. „Jesteś ze mną bezpieczna. Obiecuję – nikt cię już nigdy nie skrzywdzi”.
Skinęła głową, ale w jej oczach było coś więcej niż strach. Był wstyd, poczucie winy i cisza, ciężka i niedokończona. Tej nocy nie było świętowania – tylko uścisk. W tamtej chwili zrozumiałem, że kochanie jej oznaczało również ochronę przed przeszłością, która nie chciała odejść.
W kolejnych tygodniach namawiałem ją, żeby zwróciła się do władz lub skorzystała z pomocy prawnej. Lucía zawsze unikała tej rozmowy. Mówiła, że to skomplikowane, że przyniesie tylko kłopoty, że jej matka nigdy jej nie uwierzy. Coś było nie tak.
Leave a Comment