Noc przed moim drugim ślubem z Jackiem Harringtonem była jak sen utkany z kruchych nici nadziei i nostalgii. Rozstaliśmy się trzy lata temu, wir oskarżeń i żalów, który pozostawił nas oboje naznaczonych bliznami, ale wciąż w jakiś sposób nierozerwalnie związanymi. Jack, z jego chłopięcym urokiem i wiecznym zarostem, błagał mnie, żebym dała nam jeszcze jedną szansę. „Dorośliśmy, Emily” – powiedział, a jego niebieskie oczy patrzyły z powagą pod światłem na ganku naszego starego wiktoriańskiego domu na przedmieściach Bostonu. „Tym razem to będzie trwało wiecznie”. I głupia ze mnie, uwierzyłam mu. Zaproszenia zostały wysłane, catering zarezerwowany, a jutro, podczas kameralnej ceremonii nad rzeką Charles, mieliśmy przysiąc, że napiszemy naszą historię na nowo.
Ale kiedy wieczorem stałam w głównej łazience, w powietrzu unoszącym się zapach lawendowego mydła i oczekiwania, wszystko legło w gruzach. Weszłam na górę, żeby odświeżyć się po długim dniu przygotowań na ostatnią chwilę – prasowaniu welonu, polerowaniu sreber na przyjęcie. Jack był na dole, nucąc starą melodię Sinatry, mieszając koktajle na, jak to nazywał, nasz „przedślubny toast”. Lustro lekko zaparowało od gorącej wody, którą nalałam, a ja sięgnęłam po szczoteczkę do zębów na marmurowym blacie.
Wtedy to zobaczyłam. Nie jedną szczoteczkę, ale dwie. Obok siebie, jak milczący strażnicy. Moja była znajomą niebieską, z włosiem lekko postrzępionym od użytkowania. Druga była różowa, z włosiem zużytym, wcale nienowa. Serce mi zamarło. Zamrugałam, myśląc, że to złudzenie optyczne, ale nie – to ona tam była, kpiąca ze mnie. A potem moje oczy dostrzegły resztę: delikatną srebrną spinkę do włosów, wygiętą jak półksiężyc, schowaną obok mydelniczki. Szminkę w kolorze karmazynowej czerwieni, z lekko przekrzywioną nakrętką, jakby niedawno użytą. To nie były moje. Moje spinki do włosów były czarne, a szminka w delikatnym, cielistym odcieniu. Należały do kogoś innego.
Fala mdłości uderzyła mnie z impetem. Moja twarz odpłynęła z kolorów, odbijając się w lustrze niczym duch. Jack? Znowu? Zdrada uderzyła mnie jak pociąg towarowy, wspomnienia naszego rozwodu powróciły – późne noce w biurze, tajemnicze SMS-y, kobieta z jego firmy, która „była tylko przyjaciółką”. Wybaczyłam mu, a przynajmniej tak mi się zdawało. Ale to? W przeddzień naszego ponownego ślubu? Nie mogłam oddychać. Chwytając torebkę z sypialni, zeszłam po tylnych schodach, a moje obcasy cicho stukały o drewno. Drzwi wejściowe go zaalarmowały; musiałam zniknąć jak dym. Na zewnątrz chłodne jesienne powietrze smagało mnie po policzkach, gdy łapałam taksówkę na rogu ulicy. „Po prostu jedź” – powiedziałam kierowcy drżącym głosem. „Gdziekolwiek, byle nie tutaj”.
Taksówka przemykała przez migoczące światła Bostonu, miasto rozmyło się niczym neony i cienie. Mój telefon wibrował bez przerwy – Jack, bez wątpienia zastanawiający się, dokąd poszliśmy. Wyciszyłam go, wpatrując się w mijane kamienice, a w mojej głowie kłębiła się burza pytań. Kim ona była? Jak długo to trwało? I dlaczego, po tym wszystkim, co przeszliśmy, teraz miałby ryzykować? Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie pozwoliłam im spłynąć. Jeszcze nie. Potrzebowałam planu, miejsca do myślenia. „Zabierz mnie do portu” – powiedziałam w końcu. Stare doki zawsze były moim sanktuarium, gdzie słona bryza oczyszczała mi głowę.
Leave a Comment