W Wigilię rodzice powiedzieli, że zawieszają moją naukę, dopóki nie przeproszę syna, którego najbardziej faworyzowali. Powiedziałem tylko jedno słowo: „W porządku”. Do rana mój pokój był już starannie spakowany, a mój transfer do Georgetown został już zatwierdzony. Mój brat zbladł. „Proszę, powiedz, że to nie ty to wysłałeś”. Uśmiech taty zgasł.
Stoję w bożonarodzeniowym poranku w swojej dziecięcej sypialni, otoczona pakunkami, i patrzę, jak twarz mojego ojca blednie, gdy czyta coś na telefonie. Mama ściska ramię mojego brata Tylera, gdy ten rozpaczliwie szepcze o zapobieganiu szkodom. List z potwierdzeniem przyjęcia na Uniwersytet Georgetown wisi na moim biurku obok wydrukowanego e-maila z potwierdzeniem. Dwadzieścia cztery godziny temu moi rodzice zagrozili, że przerwą mi studia, jeśli nie przeproszę Tylera za ujawnienie jego oszustw akademickich. Uśmiechnęłam się tylko i powiedziałam: „W porządku”. Teraz moja rodzina zdaje sobie sprawę, że poważnie niedoceniła swojej rzekomo posłusznej córki.
Nazywam się Christine i do trzech dni temu wierzyłam, że mój brat Tyler chodzi po wodzie. W wieku dwudziestu pięciu lat ukończył z wyróżnieniem Harvard Medical School i odbywał staż w Massachusetts General Hospital. Tymczasem ja byłam po prostu kolejną studentką trzeciego roku na naszym lokalnym uniwersytecie stanowym, z trudem zdobywając dyplom z biochemii, podczas gdy moi rodzice nieustannie przypominali mi, że nigdy nie dorównam ich złotemu synowi. Dynamika w naszym domu była wyryta w kamieniu od dzieciństwa. Tyler otrzymywał pochwały, wsparcie finansowe i niezachwianą wiarę w to, że nie może zrobić nic złego. Ja otrzymywałam nadmiar uwagi i ciągłe porównania, które sprawiały, że czułam się nieadekwatna.
Kiedy Tyler wygrał stanowe targi naukowe w liceum, nasi rodzice urządzili mu uroczystą kolację. Kiedy dwa lata później zająłem drugie miejsce w tym samym konkursie, wspomnieli o tym krótko przy pizzy na wynos. Ale wszystko zmieniło się trzy noce przed Bożym Narodzeniem, kiedy pracowałem do późna w bibliotece uniwersyteckiej, kończąc pracę licencjacką na temat mechanizmów syntezy białek. Od miesięcy prowadziłem badania, rozwijając wiedzę na temat regeneracji komórkowej, która zrobiła wrażenie nawet na moich profesorach.
Przeglądając najnowsze publikacje medyczne, aby upewnić się, że moja praca jest oryginalna, natknąłem się na coś, co przyprawiło mnie o zawrót głowy. Tam, opublikowanym w „Journal of Medical Research” pod nazwiskiem Tylera, znajdował się cały rozdział mojej pracy magisterskiej. Słowo w słowo. Nie podobne koncepcje ani paralelne myślenie, ale moje dokładne zdania, moja precyzyjna metodologia, moje oryginalne wnioski dotyczące interakcji enzymów. Publikacja ukazała się sześć miesięcy temu, co oznaczało, że Tyler w jakiś sposób uzyskał dostęp do mojej pracy, zanim jeszcze przesłałem ją mojemu promotorowi. Drżącymi rękami zacząłem drążyć głębiej. Im więcej szukałem, tym bardziej byłem przerażony. Podobno przełomowa praca badawcza Tylera, która zapewniła mu stypendium, zawierała trzy pełne strony mojej pracy licencjackiej.
Wydrukowałam wszystko, a moje myśli pędziły, gdy uświadamiałam sobie implikacje. Skoro Tyler kradł moją obecną pracę, to za co jeszcze przypisywał sobie zasługi? Przez lata przypominałam sobie jego nagły postęp w nauce w liceum, jego tajemniczą zdolność do tworzenia błyskotliwych projektów naukowych, mimo że większość czasu spędzał na grach wideo. Następnego ranka spotkałam się z Tylerem prywatnie w jego pokoju z dzieciństwa, który teraz zamienił się w świątynię jego osiągnięć. Każdą powierzchnię pokrywały czasopisma medyczne, oprawione dyplomy i nagrody. Położyłam dowody na jego biurku, a mój głos był spokojny, mimo że serce waliło mi jak młotem.
„Musimy porozmawiać o twojej publikacji w Journal of Medical Research” – powiedziałem, wskazując na zaznaczone fragmenty. „To moja praca, Tyler. Moja teza, moje badania, moje słowa”.
Tyler zerknął na papiery, potem na mnie i roześmiał się. Naprawdę się roześmiał. „Christine, przesadzasz. Badania ciągle bazują na wcześniejszych pracach. Poza tym nikt nie uwierzy, że to ty wpadłaś na to pierwsza. To ja mam dyplom z Harvardu i zajmuję się medycyną. Komu, twoim zdaniem, ludzie uwierzą?”
Jego śmiech ucichł, zastąpiony przez coś chłodniejszego. „Słuchaj, siostrzyczko, najwyraźniej zazdrościsz mi sukcesu. Może powinnaś skupić się na swoich miernych osiągnięciach, zamiast sabotować moje. A jeśli myślisz o oskarżeniach, pamiętaj, że ja zaraz zostanę lekarzem, podczas gdy ty wciąż męczysz się na studiach licencjackich. Jedno moje słowo o twoim stanie psychicznym, a szybciej wyślą cię na terapię, niż zdążysz powiedzieć plagiat”.
Beztroskie okrucieństwo w jego głosie uderzyło mnie jak fizyczny cios. To był mój brat, osoba, którą podziwiałam przez całe życie, lekceważąca nie tylko moją pracę, ale i moją wartość jako człowieka. Odchylił się na krześle, pewny swojej wyższości. „Poza tym” – dodał – „jeśli będziesz sprawiać mi problemy, po prostu powiem mamie i tacie, że przechodzisz jakieś załamanie. Już teraz uważają, że jesteś niestabilny w porównaniu ze mną”.
Stałem tam, chłonąc jego słowa, czując, jak rozpadają się kawałki mojego światopoglądu. Brat, którym tak się zachwycałem, był nie tylko oszustem, ale i gotów mnie zniszczyć, by chronić swoje kłamstwa. Rodzice, którzy mnie wychowali, byli tak zaślepieni faworyzowaniem, że uwierzyli jego słowom, a nie dowodom.
Tego wieczoru, podczas naszej tradycyjnej kolacji wigilijnej z ciotkami, wujkami i dziadkami, podjęłam decyzję. Tyler raczył wszystkich opowieściami ze swojej rezydentury medycznej, rozkoszując się ich podziwem i pochwałami. Moi rodzice promienieli z dumy, od czasu do czasu zerkając na mnie z miną, która wyraźnie wyrażała ich rozczarowanie posiadaniem tak przeciętnej córki.
„Rozważamy publikację jego badań w innym prestiżowym czasopiśmie” – oznajmiła moja matka do stołu. „Administracja szpitala twierdzi, że jego praca nad syntezą białek może zrewolucjonizować protokoły leczenia”.
Synteza białek – moja praca, moje odkrycia, moja przyszłość. Odchrząknąłem i wstałem. Przygotowałem kopie wszystkich dowodów, porządkując je profesjonalnie, z zaznaczonymi porównaniami i znacznikami czasu. „Właściwie chciałbym podzielić się czymś na temat badań Tylera” – powiedziałem. „Przełomowa praca Tylera nad syntezą białek jest niezwykła, ponieważ jest identyczna z moją pracą licencjacką, którą napisałem sześć miesięcy przed jego publikacją”.
Przy stole zapadła cisza. Rozdałem pakiety z dowodami, obserwując, jak członkowie mojej rodziny porównują ze sobą zeznania. Podobieństwa były niezaprzeczalne, aż po specyficzną terminologię techniczną, którą tylko ja rozwinąłem. Twarz Tylera zmieniła wyraz: zaskoczenia, gniewu i wyrachowania, zanim ostatecznie przybrała formę zranionej niewinności.
„Nie mogę w to uwierzyć” – powiedział, a jego głos lekko się załamał. „Moja siostra jest tak zazdrosna o mój sukces, że fabrykuje dowody, żeby zniszczyć moją karierę. Christine ma problemy w nauce i kontaktach towarzyskich, i myślę, że stres odbija się na jej zdrowiu psychicznym”.
Zwrócił się do naszych rodziców, a w jego oczach pojawiły się łzy. „Próbowałem jej pomóc, namawiałem ją do skorzystania z terapii, ale zamiast tego stworzyła tę misterną fikcję, w której w jakiś sposób ukradłem jej pracę. To rozdziera serce, widzieć moją młodszą siostrę w takiej urojeniowej sytuacji”.
Moja matka natychmiast ruszyła, by pocieszyć Tylera, podczas gdy ojciec patrzył na mnie z surową miną. Dowody leżały na stole, jasne i niepodważalne, ale oni już woleli wierzyć w zachowanie Tylera, niż w udokumentowane fakty.
„Czy Christine Marie Johnson” – powiedział mój ojciec, używając mojego pełnego imienia i nazwiska w tonie, który przerażał mnie w dzieciństwie – „czy ona oskarża naszego syna o kradzież? Jestem zniesmaczony tym zachowaniem. Twój brat niesamowicie ciężko pracował, żeby zbudować swoją karierę, a ty zamiast go wspierać, próbujesz go zniszczyć kłamstwami i zmyśleniami”.
„Tato, spójrz na dowody” – powiedziałem, wskazując na kopie dokumentacji, którą zostawiłem na ladzie. „Znaczniki czasu, zapisy logowania, porównania prac oryginalnych i prac Tylera. Siedem lat systematycznego oszustwa akademickiego”.
Ultimatum wisiało w powietrzu niczym trujący gaz. „Natychmiast przeprosisz Tylera za te fałszywe oskarżenia, albo przestaniemy płacić za twoje czesne i utrzymanie” – oznajmił mój ojciec.
Wybór był jasny. Mogłam przeprosić i pozostać ich posłuszną córką albo wybrać inną drogę. Uśmiechnęłam się szczerze, po raz pierwszy od miesięcy. „W porządku” – powiedziałam po prostu. Potem poszłam na górę do swojego pokoju, zostawiając im możliwość interpretacji tych dwóch słów, jak zechcą.
Moja rodzina, świętując na dole rzekome zwycięstwo Tylera, nie wiedziała, że od sześciu miesięcy badam oszustwo akademickie mojego brata. Kradzież syntezy białek nie była moim pierwszym odkryciem. Był to ostatni dowód, którego potrzebowałem do sfinalizowania sprawy. Moje podejrzenia zaczęły się w Święto Dziękczynienia, gdy Tyler mimochodem wspomniał, że jego projekt na szkolny konkurs naukowy został wspomniany w czasopiśmie medycznym. Pamiętałem ten projekt głównie dlatego, że pomagałem mu w początkowych badaniach, gdy byłem jeszcze studentem pierwszego roku. Później, sam w akademiku, szukałem odnośnika do czasopisma i znalazłem coś niepokojącego. Metodologia zastosowana przez Tylera była zadziwiająco podobna do pracy opublikowanej przez studenta studiów podyplomowych na Uniwersytecie Northwestern, która ukazała się dwa tygodnie przed terminem składania prac na nasz konkurs naukowy.
To odkrycie zaprowadziło mnie w gąszcz dociekań, które pochłonęły moje ferie zimowe i niezliczone godziny spędzone w bibliotece. Systematycznie analizowałem każde znaczące osiągnięcie akademickie, które Tyler przypisywał sobie od czasów liceum, porównując jego prace z opublikowanymi badaniami, bazami danych studentów i internetowymi repozytoriami akademickimi. Odkryłem schemat kradzieży trwający siedem lat. Tyler nie tylko ukradł moją pracę. Był seryjnym plagiatorem akademickim, który zbudował całą swoją reputację na badaniach innych ludzi.
W liceum kopiował projekty z mało znanych publikacji studenckich. Na studiach składał zmodyfikowane wersje międzynarodowych prac badawczych, licząc na nieznajomość zagranicznych publikacji przez profesora. Na studiach medycznych podejmował projekty we współpracy i przypisywał sobie wyłączną zasługę, systematycznie wykluczając partnerów z końcowych zgłoszeń. Jednym ze szczególnie dotkliwych odkryć był przypadek, w którym Tyler ukradł wstępne badania koledze ze stażu pracującemu nad protokołami kardiochirurgii dziecięcej, a następnie opublikował je pod własnym nazwiskiem, gdy jego kolega przebywał na zwolnieniu lekarskim.
Skala akademickiej nieuczciwości Tylera była oszałamiająca, ale to, co czyniło ją naprawdę niebezpieczną, to sposób, w jaki włączył skradzione badania do rzeczywistych protokołów leczenia. Jego stypendium w Massachusetts General Hospital opierało się na badaniach, które zawierały sfałszowane dane i plagiatowane metodologie stosowane w leczeniu prawdziwych pacjentów.
Leave a Comment