CZĘŚĆ PIERWSZA – DZIEWCZYNA NA ZEWNĄTRZ WIEŻOWNI SULLIVAN
Idealnie wypielęgnowany paznokieć recepcjonistki postukał w krawędź biurka, gdy po raz setny tego popołudnia spojrzała na zegar.
17:30
Wreszcie.
Margaret Chen wzięła swoją designerską torebkę i wstała, wygładzając ołówkową spódnicę z wprawną precyzją. Przez okna sięgające od podłogi do sufitu w holu Sullivan Enterprises na Manhattanie wciąż widziała kobietę stojącą na chodniku po drugiej stronie ulicy, wciąż tam stojącą, tak jak stała przez cały dzień.
Margaret pozwoliła sobie na mały, zadowolony uśmieszek.
Dziewczyna była ładna – to trzeba przyznać. Naturalne piękno, takie, które nie potrzebowało trzech warstw podkładu, które Margaret nosiła, by osiągnąć „naturalną” nieskazitelność. Lśniące, ciemne włosy, odbijające popołudniowe słońce, delikatne rysy i niemal eteryczna uroda, która wywołała u Margaret nieprzyjemny ukłucie zazdrości w piersi, gdy tylko spojrzała na nią tego ranka.
I właśnie dlatego Margaret była tak dogłębnie, przepysznie okrutna.
Wspomnienie to nadal ją rozgrzewało.
Młoda kobieta podeszła do recepcji punktualnie o 8:45. Jej głos był cichy i drżący.
„Proszę, muszę rozmawiać z panem Sullivanem. Carterem Sullivanem. To… to pilne.”
Margaret obejrzała ją od góry do dołu z rozmysłem i powoli, zauważając prostą bawełnianą sukienkę, znoszone, ale czyste trampki i całkowity brak markowych metek.
To nie jest ich stała klientela. Nawet nie bliska.
„Pan Sullivan nie przyjmuje nikogo bez umówienia” – powiedziała Margaret głosem ociekającym fałszywym współczuciem. „A jego grafik jest napięty na najbliższe sześć miesięcy”.
„Proszę” – wyszeptała kobieta. „Potrzebuję tylko pięciu minut. To sprawa osobista”.
„Osobiste?” Margaret zaśmiała się ostro. „Pan Sullivan nie przyjmuje wizyt osobistych w biurze. Taka jest polityka firmy. I nie możesz tu czekać”. Zniżyła głos do udawanego, przepraszającego mruczenia. „Przepisy bezpieczeństwa”.
Niemal zagnała dziewczynę w stronę drzwi, z satysfakcją obserwując, jak na jej ślicznej twarzy maluje się zmieszanie i ból. Ochroniarze wyglądali na zakłopotanych, ale nie interweniowali.
Oczywiście, że nie. Margaret pracowała w Sullivan Enterprises od pięciu lat. Znała zasady – a przynajmniej wiedziała, jak je nagiąć, gdy jej to odpowiadało.
Teraz, dziesięć godzin później, dziewczyna nadal tam była.
Margaret przepchnęła się przez obrotowe drzwi w chłodny nowojorski wieczór i zatrzymała się, przyglądając się postaci po drugiej stronie ulicy. Kobieta lekko się chwiała, jedną ręką przyciskając się do kamiennej fasady budynku, jakby potrzebowała podparcia. Wyglądała na bladą. Wyczerpaną.
Dobrze, pomyślała Margaret z wściekłością. Może w końcu się podda i zostawi pana Sullivana w spokoju.
Nie wiedziała, dlaczego czuła tak silną opiekuńczość wobec mężczyzny, który ledwo zauważał jej istnienie. Carter Sullivan był tak wysoko ponad jej rangą, że to aż śmieszne, ale przez lata pielęgnowała w sobie skrywaną fantazję, że w końcu podniesie wzrok znad niekończących się spotkań i ją zobaczy. Naprawdę ją zobaczy.
Ta kobieta, w swoim prostym ubraniu i z rozpaczliwym spojrzeniem, zagrażała tej fantazji w sposób, którego Margaret nie potrafiła do końca opisać.
„Żałosne” – mruknęła Margaret, odwracając się w stronę parkingu. Nie obejrzała się.
Obraz przed oczami Natalie Spencer zaczął się rozmywać, a szara mgła wkradała się na peryferia jej pola widzenia niczym nieproszony gość.
Mocniej przycisnęła dłoń do chłodnego kamienia budynku za sobą, zmuszając kolana, by się zablokowały, a nogi wytrzymały jeszcze chwilę.
Tylko dopóki nie wyjdzie, powiedziała sobie. Tylko dopóki nie zobaczę jego twarzy.
Dziecko – nie potrafiła go teraz nazwać inaczej, nie po zobaczeniu tych dwóch różowych kresek – było ledwie wielkości cytryny, a miała wrażenie, że już odbiera jej wszystko. Jej energię. Jej apetyt. Jej zdolność do stania w pozycji wyprostowanej dłużej niż kilka godzin bez uczucia, że zaraz się załamie.
Nie jadła od wczoraj. Myśl o jedzeniu wywoływała bunt w jej żołądku, a niepokój był tak przytłaczający, że ledwo udało jej się utrzymać wodę w ustach. Ale wiedziała, że musi to zrobić. Musiała mu powiedzieć.
Carter Sullivan.
Już samo jego imię wywołało w niej skomplikowaną plątaninę emocji. Pragnienie, gniew, nadzieję, rozpacz.
Wspomnienie jego dłoni na jej skórze, dźwięk jego śmiechu przy jej uchu, sposób, w jaki patrzył na nią, jakby była jedyną osobą we wszechświecie – wszystko to wydawało się teraz jak sen na jawie. Coś zbyt idealnego, by mogło być prawdziwe.
Może to nie było prawdziwe. Może dla niego to była po prostu kolejna noc z inną kobietą.
Ale dziecko było prawdziwe. Dziecko było bardzo, bardzo prawdziwe.
Dłoń Natalie powędrowała ku jej wciąż płaskiemu brzuchowi, w geście obronnym, który wykonywała nieświadomie od kilku dni.
Dwa miesiące.
Minęły dwa miesiące od tamtej nocy. Dwa miesiące od najbardziej niewiarygodnego i przerażającego wydarzenia w jej dwudziestosześcioletnim życiu na tej planecie.
Była taka głupia. Tak bezmyślna, pięknie głupia.
Jej najlepsza przyjaciółka, Charlotte, zaciągnęła ją na galę charytatywną, nalegając, aby częściej wychodziła z domu i przestała żyć jak pustelniczka.
„Tłumaczysz francuskie umowy w mieszkaniu babci na Brooklynie i rozmawiasz tylko z laptopem” – narzekała Charlotte. „Potrzebujesz szampana, muzyki i złych decyzji”.
Natalie protestowała, że nie pasuje do tego świata wież szampańskich i sukienek za tysiąc dolarów. Była niezależną tłumaczką, która pracowała w maleńkim mieszkaniu babci z kontrolowanym czynszem, żywiąc się instant ramenem i okazjonalnymi wydatkami w tajskiej knajpie na końcu ulicy.
Ale Charlotte pochodziła z bogatej rodziny – prawdziwej kasy z Upper East Side – i kupiła Natalie sukienkę. Elegancką, prostą, pożyczoną. Nie przyjęła odmowy.
„Jesteś błyskotliwa i wspaniała, a za dużo czasu spędzasz sama z francuskimi dokumentami prawnymi” – powiedziała Charlotte. „Pożyj trochę”.
Więc Natalie żyła.
I spójrz, dokąd ją to zaprowadziło.
W chwili, gdy wzrok Cartera Sullivana spotkał się z jej spojrzeniem przez lśniącą salę balową na Manhattanie, coś się zmieniło. Otaczali go ludzie o poważnych rysach twarzy, wysocy i władczy, w idealnie skrojonych smokingach. Ale kiedy na nią spojrzał, wszyscy inni po prostu zniknęli.
Przeszedł przez pokój niczym człowiek z misją, a kiedy się uśmiechnął – Boże, kiedy się uśmiechnął – Natalie zapomniała, jak oddychać.
Rozmawiali godzinami o wszystkim i o niczym. Rozbawił ją tak bardzo, że aż wciągnęła szampana, co powinno być upokarzające, ale zamiast tego rozbawiło go jeszcze bardziej.
Chemia między nimi była niczym żywa istota, trzeszcząca, natarczywa i niemożliwa do zignorowania.
Gdy pochylił się i szepnął: „Chodź ze mną”, ona nie wahała się ani chwili.
Pokój hotelowy był piękny, należał do luksusowych nowojorskich hoteli, co powodowało u niej narastający niepokój przez około dziesięć sekund, zanim jego usta odnalazły jej usta i myślenie stało się niemożliwe.
Był delikatny i skupiony, uważny w sposób, o jakim nie wiedziała, że istnieje poza romansami, o których ludzie rozmawiają dyskretniej w internecie. Nie spieszył się, słuchał każdego nerwowego oddechu, każdego niepewnego „tak”, traktując jej serce z taką samą troską, jak ciało.
To był jej pierwszy raz, a on trzymał ją później, gdy niespodziewanie rozpłakała się – nie z bólu, ale z powodu przytłaczającej intymności tej sytuacji.
Nie spali aż do świtu, ciała splątane w jedwabne prześcieradła, dzieląc się sekretami, marzeniami i pocałunkami, które smakowały jak obietnice.
A potem zadzwonił jego telefon.
Obserwowała, jak w ciągu jednego uderzenia serca jego twarz zmienia się z łagodnej i otwartej w twardą i przerażoną.
Jego ojciec był w szpitalu. Jego stan był krytyczny.
Ubrał się w kilka sekund, pocałował ją w czoło, obiecał, że wróci, że to nie koniec.
Jednak w panice zapomniał zostawić swój numer, a ona była zbyt zszokowana i przytłoczona, żeby o to zapytać.
Kiedy obudziła się sama kilka godzin później, a pościel wciąż pachniała nim, poczuła, jak pierwsze zimne palce wątpliwości ściskają jej serce.
To był Carter Sullivan. Przedsiębiorca-miliarder. Prezes Sullivan Enterprises. Później go odszukała, widziała artykuły, zdjęcia z pięknymi kobietami na imprezach charytatywnych i galach biznesowych w całym Nowym Jorku i poza nim.
Żył w świecie tak odmiennym od jej, że równie dobrze mogliby znajdować się na różnych planetach.
Może tego żałował. Może to była chwila słabości, noc spędzona w towarzystwie zwykłych ludzi. Może obudził się z ulgą, że nie zostawiła numeru, że mógł zapomnieć o całej sprawie.
Duma nie pozwalała jej go szukać. Duma, strach i głęboka pewność, że nie przetrwa odrzucenia przez niego.
Aż do momentu, gdy test wykazał wynik pozytywny.
Aż zdała sobie sprawę, że nosi w sobie jego dziecko.
To zmieniło wszystko.
Zasługiwał na to, żeby wiedzieć.
Tygodniami zbierała się na odwagę, ćwicząc, co powie. Wyszukała adres siedziby Sullivan Enterprises w centrum Manhattanu i przyjechała wcześniej, z sercem łomoczącym w żebrach.
A ta recepcjonistka – ta okrutna, piękna kobieta – patrzyła na nią, jakby była brudem na bucie.
Natalie próbowała wyjaśnić, przekazać pilną potrzebę, nie zdradzając zbyt wiele. Ale oczy kobiety były zimne jak polerowany marmur i zanim Natalie zorientowała się, co się dzieje, była już wyprowadzana przez ochroniarzy, którzy unikali jej wzroku.
Więc czekała.
Co innego mogła zrobić? Carter w końcu musiał wyjechać. Musiał ją w końcu zobaczyć.
Gdyby musiała, stałaby tu cały dzień.
Po prostu nie przewidziała, jak bardzo się osłabi. Jak wilgotne nowojorskie lato ją wyczerpie. Jak jej wzrok zacznie się plątać, a kolana będą się uginać.
Szklane drzwi Sullivan Enterprises otworzyły się gwałtownie.
I nagle tam był.
Carter Sullivan we własnej osobie. Bardziej porażający, niż go zapamiętała. Jakoś wyższy, z szerszymi ramionami, o bardziej dominującej postawie.
Otaczał go tłum ludzi w drogich garniturach, którzy gadali jak z nut o liczbach, prognozach i raportach kwartalnych.
W niczym nie przypominał mężczyzny, który śmiał się z jej okropnych żartów i całował ją, jakby była tlenem, a on tonął.
Natalie próbowała ruszyć do przodu, zawołać go po imieniu, ale jej nogi myślały co innego. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, a ostatnią rzeczą, jaką zarejestrowała, zanim świat przechylił się na bok, był czyjś krzyk.
A potem nic.
Carter Sullivan tłumaczył właśnie, dlaczego fuzja z Hendersonem musi zostać sfinalizowana do piątku, gdy Marcus, jego szef ochrony, wydał z siebie dźwięk, jakby ktoś go uderzył w brzuch.
„Proszę pana, ktoś właśnie upadł tuż przed budynkiem.”
Pierwszym odruchem Cartera było pójście dalej. Miał jeszcze siedemnaście punktów na dziś w planie, wideorozmowę z Tokio za dwadzieścia minut i ból głowy, jakby ktoś używał jego czaszki do ćwiczeń perkusyjnych.
Ale coś w głosie Marcusa – niepokój, nagląca potrzeba, coś jeszcze – kazało mu się zatrzymać.
„Gdzie?” zapytał Carter.
„Tam. Przy wschodnim wejściu. Kobieta…”
Carter nie słyszał reszty. Już biegł, jego drogie włoskie buty łopotały po chodniku, a jego otoczenie starało się dotrzymać mu kroku.
Zebrał się niewielki tłum, ale ludzie rozstąpili się, gdy go zobaczyli. Prawdopodobnie rozpoznali jego sylwetkę, mierzącą 190 cm, i wyraz twarzy, który wprawiał dorosłych dyrektorów w panikę na posiedzeniach zarządu.
A potem ją zobaczył.
Świat się zatrzymał.
Każdy dźwięk zamienił się w biały szum. Każda osoba zniknęła.
Była tylko ona.
Zmięta na betonie jak zepsuta lalka. Ciemne włosy opadały na szary kamień. Twarz tak blada, że aż przezroczysta.
„Nie. Nie, nie, nie.”
„Natalie” – wyszeptał, a imię to wyrwało mu się z ust jak modlitwa.
Zanim zdążył się zorientować, czy podjąć decyzję o ruchu, klęczał już przy niej, przyciągając ją do siebie z czułością, która przypominała mu pamięć mięśniową.
Jej głowa opadła na jego ramię. Była taka lekka. Zbyt lekka.
„Panie, czy powinniśmy wezwać karetkę?” Marcus zawisł w powietrzu, trzymając już radio w ręku.
„Nie. Mój samochód. Teraz.”
Carter wstał płynnym ruchem, tuląc ją do piersi, jakby była ze szkła. Jej głowa idealnie wtuliła się pod jego brodę, a jakaś złamana część jego duszy chciała rozpłakać się na myśl o tym, jak dobrze się tam czuła.
„Zróbcie przejście” – warknął. „Ruszajcie się”.
Ludzie się rozproszyli. Dobrze. Nie miał teraz cierpliwości do przeszkód. Nie, kiedy leżała nieprzytomna w jego ramionach, nie, kiedy czuł, jak jej serce wali mu w piersi jak spłoszony ptak.
Tylna część jego Bentleya była luksusowa i wyposażona w klimatyzację, ale Carter ledwo to zauważył, wślizgując się do środka, wciąż tuląc Natalie. Wydawało się, że nie może jej puścić, nie mógł przestać przeczesywać palcami jej włosów, sprawdzać pulsu, dotykać jej twarzy, jakby potrzebował potwierdzenia, że jest prawdziwa.
„Jedź” – rozkazał kierowcy. „Moje mieszkanie. Szybko”.
„Panie, szpital może być…”
„Moje mieszkanie” – powtórzył Carter. „Mój prywatny lekarz jest na dyżurze. Idź”.
Samochód wjechał w ruchliwą ulicę Manhattanu.
Carter ujął twarz Natalie w dłoń, muskając kciukami jej zbyt wystające kości policzkowe. Wyglądała na wyczerpaną, jakby przeszła przez piekło i ledwo uszła z życiem.
Co ci się stało? Gdzie byłeś?
Dwa miesiące. Minęły dwa miesiące, trzy tygodnie i cztery dni, odkąd obudził się w tej szpitalnej sali po śmierci ojca i zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, jak ją znaleźć. Nie znał jej nazwiska. Nie wiedział, gdzie mieszka ani pracuje. Nie wiedział nawet, czy imię, które mu podała – Natalie – było prawdziwe.
Wydał tysiące dolarów na prywatnych detektywów, którzy mieli za jedyne imię i nazwę nowojorskiej imprezy charytatywnej, z którą mógł współpracować.
Każdy ślepy zaułek był niczym kolejny gwóźdź wbijany w jego pierś.
A teraz leżała nieprzytomna w jego ramionach, wyglądając, jakby nie jadła i nie spała od tygodni.
Dlaczego tu była?
Jak go znalazła?
Jego penthouse znajdował się na trzech najwyższych piętrach Sullivan Tower i można było się tam dostać tylko prywatną windą.
Carter wszedł przez drzwi i z największą ostrożnością położył Natalie na łóżku, układając poduszki pod jej głową i odgarniając jej włosy z twarzy.
„Doktor Reynolds będzie za pięć minut” – zameldował Marcus z progu. „Czego potrzebujesz?”
„Woda. Jedzenie. Coś delikatnego. Rosół, krakersy, cokolwiek” – powiedział Carter stanowczo. „I dowiedz się, jak długo stała przed moim budynkiem. Chcę nagrania z monitoringu. Chcę wiedzieć, kiedy przyjechała i dlaczego nikt jej nie wpuścił”.
Jego głos stał się grobowo cichy, a jego pracownicy wiedzieli, że jest to o wiele bardziej niebezpieczne niż krzyczenie.
„Natychmiast, proszę pana.”
Carter opadł na krzesło obok łóżka, nie mogąc oderwać od niej wzroku.
Boże, jaka ona była piękna. Nawet blada i wyczerpana, z cieniami pod oczami niczym siniaki, była najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widział.
Myślał o niej każdego dnia – każdego, pojedynczego dnia – odkąd zniknęła z jego życia niczym dym.
To, jak śmiała się z jego okropnych żartów. To, jak patrzyła na niego, jakby był czymś więcej niż tylko jego kontem bankowym czy nazwiskiem. To, jak czuła się w jego ramionach, miękka, ciepła i idealna.
To go przeraziło.
Ta noc z nią była… wszystkim. Nigdy nie czuł niczego podobnego. Więź była natychmiastowa i przytłaczająca, jak powrót do domu, do miejsca, w którym nigdy nie był.
Nigdy nie był tak obecny przy innej osobie. Nigdy nie czuł się tak zauważony.
A potem zawołał jego ojciec słabym, niknącym głosem, mówiąc, że to już koniec, chodź już, a Carter drżącymi rękami narzucił na siebie ubranie i pobiegł.
Zamierzał wrócić. Zamierzał wrócić do tego pokoju hotelowego, do kobiety, która patrzyła na niego jak na cud, żeby dowiedzieć się, co to w ogóle jest między nimi.
Ale jego ojciec zmarł o 4:47 rano, a w chaosie i żalu, jakie nastąpiły – planowanie pogrzebu, zarządzanie majątkiem ojca, niespodziewane przyjęcie odpowiedzialności za dwójkę zszokowanych nastolatków i firmę wartą miliardy – czas się zatarł.
Wrócił do hotelu trzy dni później i okazało się, że ona już się wymeldowała.
Brak adresu do przekazywania korespondencji. Brak danych kontaktowych. Nic.
Prywatni detektywi natrafiali na ścianę za ścianą. Lista gości na gali charytatywnej była długa. Sama „Natalie” wskazała siedemnaście możliwości, z których żadna nie pasowała do jej opisu.
Przyjaciółka, o której wspominała – Charlotte jakaśtam – okazała się równie nieuchwytna.
Było tak, jakby jej nigdy nie było.
Zaczął się zastanawiać, czy sobie ją wyobraził. Czy smutek i wyczerpanie wyczarowały idealną kobietę o łagodnych oczach i śmiechu, który przyprawiał go o ból w piersi.
Może była zbyt dobra, żeby była prawdziwa.
Ale teraz była tutaj. Prawdziwa, solidna i w jego łóżku.
Dlaczego?
Doktor Reynolds przybył z właściwą sobie sprawnością, badając Natalie wprawną ręką, podczas gdy Carter krążył wokół niej niczym zaniepokojony duch.
„Odwodnienie” – oznajmił lekarz. „Wyczerpanie. Kiedy ostatnio jadła?”
„Nie wiem” – przyznał Carter.
„Potrzebuje płynów, odpoczynku i jedzenia. W tej kolejności” – powiedział lekarz. „Zakładam kroplówkę. Powinna się obudzić w ciągu godziny”.
Spojrzał na Cartera. „Masz jakiś pomysł, co to spowodowało?”
„Nie” – powiedział Carter, zaciskając szczękę. „Ale zamierzam się dowiedzieć”.
Zgodnie z przewidywaniami oczy Natalie otworzyły się szeroko czterdzieści siedem minut później.
Carter wciąż siedział na krześle obok łóżka, nie mogąc się ruszyć, obserwując jednostajne unoszenie się i opadanie jej klatki piersiowej, jakby była to jedyna rzecz, która łączyła go z Ziemią.
Jej spojrzenie od razu go odnalazło i pomimo zdezorientowania i zdezorientowania, rozpoznanie w jej oczach podziałało na niego jak cios w splot słoneczny.
Ona go znała.
Przyszła specjalnie go szukać.
„Gdzie…?” Jej głos był ochrypły.
„Moje mieszkanie” – powiedział. „Zemdlałaś przed wieżowcem Sullivan”.
Chciał jej dotknąć tak bardzo, że bolały go ręce.
„Co robiłeś przed moim budynkiem?”
Zamrugała, analizując sytuację, a potem coś się zmieniło w jej wyrazie twarzy. Strach. Determinacja. Rezygnacja. Wszystko się ze sobą splątało.
Podniosła się na drżących ramionach, a Carter natychmiast ruszył jej na pomoc, poprawiając poduszki za nią.
Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Te oczy – Boże, te oczy, które nawiedzały jego sny – były pełne czegoś, czego nie potrafił odczytać.
A potem to powiedziała. Wyrzuciła to z siebie, jakby zrywała bandaż.
„Jestem w ciąży” – wyszeptała. „To twoja. Cały dzień czekałam, żeby ci powiedzieć”.
Pokój się przechylił.
Carter słyszał słowa, rozumiał je pojedynczo, ale razem tworzyły zdanie, którego jego mózg nie potrafił do końca przetworzyć.
W ciąży.
Twój.
Cały dzień czekania.
Jego myśli wirowały wokół możliwości, implikacji, wszystkich emocji naraz, aż wszystko zlało się w biały szum.
Była w ciąży z jego dzieckiem.
Jego pierwszym odruchem była radość. Czysta, nieskomplikowana radość, która zalała go niczym fala.
Miał zostać ojcem.
Natalie była tu, nosiła jego dziecko, a on pragnął przyciągnąć ją bliżej i nigdy nie puścić.
Ale potem pojawiło się inne uczucie. Zimno. Znajome.
Wątpliwość.
Trzy lata temu do jego gabinetu zgłosiła się kobieta o nazwisku Vanessa Hartley ze zdjęciami USG, łzami i opowieścią o swojej ciąży z jego dzieckiem.
Uwierzył jej. Wspierał ją. Zaczął planować przyszłość.
Aż do momentu, gdy ciąża zakończyła się w bardzo dogodnym momencie i okazało się, że w ogóle nie było ciąży — tylko sfałszowane dokumenty medyczne i kobieta, której konkurencyjna firma zapłaciła za zniszczenie jego reputacji i odciągnięcie jego uwagi od kluczowej fuzji.
Skandal był brutalny. Zdrada była gorsza.
Carter spojrzał na Natalie – słodką, miłą Natalie, która zniknęła na dwa miesiące bez śladu – i znienawidził siebie za to, co myślał.
Ale już wcześniej go oszukano, okłamano, a teraz miał dwójkę rodzeństwa, którzy byli na nim zależni, firmę, którą musiał chronić, dziedzictwo, które musiał zachować.
„Dlaczego nie skontaktowałeś się ze mną wcześniej?” Słowa zabrzmiały bardziej twardo, niż zamierzał.
Coś błysnęło w jej oczach. Ból.
„Próbowałam” – powiedziała ochryple. „Dzisiaj. Twoja recepcjonistka nie chciała mnie wpuścić. Powiedziała, że nie przyjmujesz pacjentów bez umówionej wizyty”.
„Więc czekałeś na zewnątrz cały dzień bez jedzenia i wody?” Gniew w jego głosie go zaskoczył – na nią, na sytuację, na samego siebie. Nie był pewien.
„Nie wiedziałam, jak inaczej się z tobą skontaktować” – powiedziała, unosząc brodę. „Nie zostawiłeś numeru, kiedy wychodziłeś tamtej nocy”.
Oskarżenie było bolesne, bo było sprawiedliwe.
„Mój ojciec umierał” – powiedział cicho.
„Teraz to wiem. Wtedy nie wiedziałam” – odpowiedziała, zaciskając dłonie na kolanach, z pobielałymi kostkami palców. „Nie jestem tu po to, żeby cię obwiniać ani o cokolwiek prosić. Po prostu… zasługujesz na to, żeby wiedzieć. To wszystko”.
Carter wstał, czując potrzebę ruchu, potrzebę namysłu. Jego myśli krążyły wokół logistyki, możliwości i rezultatów.
„Jak daleko?”
„Osiem tygodni” – odpowiedziała.
Oś czasu pokrywa się z ich wspólną nocą.
Ale liniami czasu można manipulować. Przekonał się o tym na własnej skórze.
Boże, nienawidził samego siebie. Nienawidził zimnej kalkulacji, która wkradała się do jego myśli, podczas gdy pragnął tylko jej zaufać, uwierzyć jej, przytulić ją i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
Ale ludzie próbowali go już wcześniej zniszczyć i użyliby do tego każdej broni.
„Chcę zrobić test na ojcostwo” – powiedział w końcu.
Słowa te spadły na pokój niczym kamienie.
Cisza, która zapadła, trwała tak długo, że Natalie zastanawiała się, czy aby na pewno dobrze go usłyszała. Może jej wyczerpany mózg pomieszał słowa. Może powiedział coś zupełnie innego.
Ale nie – wyraz jego twarzy, chłodny i opanowany, podpowiedział jej, że usłyszała dokładnie to, co chciała.
„Test na ojcostwo” – powtórzyła beznamiętnym głosem.
“Tak.”
Coś w niej pękło. Nie pękło – pęknięcie miało nadejść później. To było tylko pierwsze pęknięcie włoskowate w tym, co ostatecznie miało się przerodzić w kompletny rozpad.
„Oczywiście” – powiedziała. Była dumna z tego, jak spokojnie brzmiał jej głos. „Spodziewałam się tego”.
To było kłamstwo. Zupełnie się tego nie spodziewała.
W swoim naiwnym, głupim sercu wyobrażała sobie… co? Że będzie szczęśliwy? Że przyciągnie ją do siebie, pocałuje i powie, że wszystko będzie dobrze? Że mężczyzna, który tak czule ją przytulał, który szeptał jej czułe słowa w ciemności, który patrzył na nią jak na cenną istotę, uwierzy jej?
Głupie. Tak niewiarygodnie głupie.
„Umówię test na jutro” – powiedział Carter. Czy to była jej wyobraźnia, czy też brzmiał na ulżonego, jakby przygotowywał się na kłótnię? „Dr Reynolds poradzi sobie z tym dyskretnie”.
„Dobrze”. Natalie przerzuciła nogi przez bok łóżka, ignorując lekkie przechylenie pokoju. Kroplówka wciąż była w jej ramieniu, ale nie przejmowała się tym. Musiała wyjść.
„Już pójdę.”
„Nigdzie nie pójdziesz”. Ręka Cartera wystrzeliła w górę, chwytając ją za nadgarstek – nie mocno, ale wystarczająco mocno, by ją zatrzymać. „Upadłaś. Jesteś odwodniona. Nic nie jadłaś”.
“Nic mi nie jest.”
„Nie jest z tobą dobrze” – powiedział. „Jesteś w ciąży i spędziłaś cały dzień na słońcu bez jedzenia i wody. To nie jest w porządku”.
„Czemu cię to obchodzi?” – wyrzuciła z siebie, zanim zdążyła je powstrzymać. „Nawet nie wierzysz, że to twoje. Myślisz, że kłamię, więc co w tym takiego ważnego?”
Coś błysnęło w jego oczach — może ból, a może poczucie winy — ale zniknęło, zanim zdążyła się upewnić.
„Bo jeśli jesteś w ciąży, jeśli to dziecko jest moje, to oboje jesteście moją odpowiedzialnością” – powiedział cicho. „A ja dbam o to, co moje”.
Zaborczość w jego głosie powinna ją zirytować, powinna ją zdenerwować, ale zamiast tego wywołała w jej sercu dziwne uczucie, sprawiła, że jej serce wykonało głupi, mały fikołek, na który nie miała czasu.
„Nie jestem twoja” – powiedziała cicho. „Dziecko może być”.
„Być może” – powtórzył.
Zaśmiała się, a jej głos brzmiał łamiącym się głosem. „Jasne. Oczywiście.”
Telefon Cartera zawibrował. Spojrzał na niego, zmarszczył brwi, a potem znowu na nią spojrzał.
„Muszę zadzwonić” – powiedział. „Zostań tu. Zjedz coś. Zaraz przyniosą jedzenie”.
„Nie jestem głodny.”
„Nie obchodzi mnie to. Musisz coś zjeść”. Już szedł w stronę drzwi. „Nie wychodź z tego mieszkania, Natalie. Mówię poważnie”.
A potem zniknął, zostawiając ją samą w swojej ogromnej sypialni z oknami sięgającymi od podłogi do sufitu, z widokiem na Nowy Jork i wielkim łóżkiem, które prawdopodobnie kosztowało więcej niż jej roczny czynsz.
Natalie spojrzała na swoje dłonie. Trzęsły się.
Czego się spodziewała? Naprawdę, czego się spodziewała, decydując się tu dzisiaj przyjść?
Carter Sullivan był miliarderem. Człowiekiem, który żył w zupełnie innej stratosferze. Fakt, że spędzili razem jedną magiczną noc, nie zmienił fundamentalnej rzeczywistości ich sytuacji.
Był potężny i bogaty, a wokół niego było mnóstwo ludzi, którzy wiele od niego chcieli.
Oczywiście, że byłby podejrzliwy. Oczywiście, że chciałby dowodu.
Ale nadal bolało.
Bolało o wiele bardziej, niż myślała, że to możliwe.
Pukanie do drzwi sprawiło, że podskoczyła.
Wszedł mężczyzna ubrany w biały fartuch kucharski z tacą.
„Zupa, krakersy, owoce, woda” – powiedział uprzejmie. Postawił je na stoliku nocnym. „Pan Sullivan nalegał, żebyś jadła, panienko. Zupa jest łagodna dla żołądka. A na mdłości jest herbata imbirowa”.
„Dziękuję” – wykrztusiła Natalie.
Kiedy wyszedł, wpatrywała się w jedzenie. Mimo wszystko burczało jej w brzuchu.
Kiedy ostatni raz jadła? Wczoraj rano? Nie mogła sobie przypomnieć.
Lęk przed przyjazdem tutaj całkowicie odebrał jej apetyt.
Zupa była pyszna – jakiś bulion warzywny z miękkim makaronem. Jadła powoli, mechanicznie i starała się nie myśleć o minie Cartera, kiedy powiedziała mu o ciąży.
Ten błysk radości, który zobaczyła zanim zamknięto okiennice.
Nie wyobrażała sobie tego. Była pewna, że nie.
Był szczęśliwy. Może przez trzy sekundy.
Potem wkradły się wątpliwości.
Co się z nim stało, że stał się tak nieufny?
Carter, siedząc w swoim gabinecie, słuchał raportu Marcusa z narastającą wściekłością, która nie mogła skierować się nigdzie indziej, jak tylko do jego wnętrza.
„Nagrania z monitoringu pokazują, że przybyła o 8:42, proszę pana” – powiedział Marcus. „Podeszła do recepcji o 8:45. Pani Chen rozmawiała z nią przez około dziewięćdziesiąt sekund, zanim ją wyprowadziła. Następnie osoba ta ustawiła się po drugiej stronie ulicy i pozostała tam przez kolejne dziewięć godzin i szesnaście minut”.
„Dziewięć godzin” – powtórzył Carter niebezpiecznie cichym głosem. „Stała przed moim budynkiem dziewięć godzin bez jedzenia, bez wody. W ciąży”.
„Wydaje się, że tak, proszę pana.”
„A Margaret Chen ją odtrąciła”.
„Zgodnie z nagraniem, tak. Pani Chen wydawała się… lekceważąca”.
„Zbyt lekceważąco”. Carter odtworzył nagranie na laptopie, patrząc, jak Natalie podchodzi do biurka z wyprostowanymi ramionami, mimo wyraźnej nerwowości. Patrząc, jak twarz Margaret zmienia się w coś zimnego i okrutnego. Patrząc, jak mimika Natalie się kruszy.
Patrzył, jak stoi godzinami przed jego budynkiem w letnim upale, chwiejąc się na nogach i przyciskając dłoń do ściany.
Wszystko dlatego, że chciała mu powiedzieć, że zostanie ojcem.
Poczucie winy było żywe, drapało jego wnętrzności.
Powiedziała mu prawdę o próbach dotarcia do niego. O tym, że została odprawiona. O tym, że czekała cały dzień.
Ale to nie oznaczało, że mówiła prawdę o wszystkim innym.
Boże, nienawidził tego. Nienawidził podejrzeń, które stały się dla niego drugą naturą. Nienawidził tego, że nie mógł jej po prostu zaufać.
„Dowiedz się wszystkiego o Margaret Chen” – powiedział. „Dlaczego odrzuciła Natalie. Czy wcześniej była jakaś komunikacja. Czy jest coś podejrzanego”.
„Już się tym zająłem, proszę pana” – odpowiedział Marcus.
Zawahał się. „A co do pani Spencer… śledztwa, o które pan prosił. Wstępny raport powinien być gotowy do rana”.
Jasne. Śledztwo.
Carter wysłał imię Natalie i to, co o niej wiedział, swojemu prywatnemu detektywowi w chwili, gdy rozpoznał ją nieprzytomną na chodniku, zanim jeszcze dowiedział się o ciąży. Po prostu instynkt podpowiadał mu, żeby wiedzieć wszystko o kobiecie, która prześladowała go przez dwa miesiące.
Teraz wydawało się brudne. Inwazyjne. Jak zdrada.
To konieczne – upierała się zimna część jego mózgu.
Musisz wiedzieć, kim ona naprawdę jest.
„Wyślij, kiedy będzie gotowe” – powiedział i poczuł do siebie jeszcze większą nienawiść.
Kiedy wrócił do sypialni, Natalie skończyła jeść. Stała przy oknie, obejmując się ramionami i wpatrując się w światła miasta.
Wyglądała na małą.
Kruchy.
Piękny.
„Lepiej?” zapytał cicho.
Nie odwróciła się. „Dziękuję za jedzenie”.
„Powinieneś odpocząć” – powiedział. „Pokój gościnny jest już gotowy. Albo… możesz zostać tutaj. Ja wezmę kanapę”.
„Powinienem iść do domu.”
„Nie dziś”. Carter podszedł bliżej, nie mogąc się powstrzymać. „Jest późno. Jesteś wyczerpany. Proszę, zostań. Na jedną noc”.
W końcu odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, a wyraz jej twarzy go załamał.
To nie była złość. To nawet nie był ból.
To była rezygnacja.
Jakby spodziewała się rozczarowania, a on jej właśnie to zapewnił.
„Jednej nocy” – zgodziła się cicho. „Ale potem wychodzę”.
„Porozmawiamy o tym jutro.”
„Nie ma o czym mówić” – powiedziała. „Zrobisz test, dostaniesz wyniki, a potem…” Wzruszyła ramionami. „Wtedy albo mi uwierzysz, albo nie”.
„Natalie—”
„Jestem zmęczony, Carter. Możesz mi po prostu pokazać, gdzie śpię?”
Chciał się kłócić. Chciał wyjaśnić sprawę Vanessy, zdrady, przyczynę swojego zachowania.
Jednak zmęczenie w jej oczach go powstrzymało.
„Tędy” – powiedział zamiast tego.
Pokój gościnny znajdował się na końcu korytarza, był przestronny i elegancki, z własną łazienką i łóżkiem, które wyglądało jak chmura.
Natalie weszła bez słowa, a Carter zatrzymał się w drzwiach jak idiota.
„Jeśli czegoś potrzebujesz…”
„Dam sobie radę” – powiedziała. „Są ubrania w szafie?”
„Mój asystent dba o zaopatrzenie pokoju gościnnego.”
“Dobra.”
„A jeśli znów zgłodniejesz, kuchnia…”
„Carter”. W końcu na niego spojrzała. Naprawdę na niego spojrzała. „Nie będę cię okradać w środku nocy. Nie będę demolować twojego mieszkania, kraść twoich cennych rzeczy ani robić niczego, o co się martwisz. Po prostu idę spać. To wszystko”.
Oskarżenie było bolesne, bo było sprawiedliwe.
„To mnie nie martwi” – powiedział.
„O co więc się martwisz?”
Ty, chciał powiedzieć. Martwię się o ciebie. O to, jak blado wyglądasz. O to, że stałeś przed moim budynkiem przez dziewięć godzin, bo nie miałeś innego sposobu, żeby się ze mną skontaktować. O to, jak bardzo chcę ci uwierzyć i jak bardzo się boję to zrobić.
Zamiast tego usłyszałem: „Po prostu… wypoczywaj dobrze”.
A potem zamknął drzwi, zanim zdążył zrobić coś lekkomyślnego, jak błaganie jej, by uwierzyła, że nie jest potworem, za którego się uważa.
Na korytarzu Carter oparł się o ścianę i próbował oddychać.
Była tutaj.
Pod jego dachem.
Być może nosi w sobie swoje dziecko.
Po dwóch miesiącach poszukiwań i zastanawiania się, podeszła prosto do jego budynku, a on kazał jej odejść.
Jego telefon zawibrował, informując o przyjściu e-maila: wstępnego raportu od jego śledczego.
Carter patrzył na nią przez dłuższą chwilę, zanim ją otworzył — i poczuł do siebie jeszcze większą nienawiść.
CZĘŚĆ DRUGA – ZAUFANIE, WĄTPLIWOŚCI I BICIE SERCA
Natalie obudziła się o 3:00 nad ranem, a jej żołądek wszczął bunt.
Ledwo zdążyła dotrzeć do łazienki, bo zdążyła już wyrzucić z siebie skromną kolację, którą udało jej się zachować.
Odkryła, że poranne mdłości to okrutne określenie. Atakowały, kiedy tylko zechciały, z taką siłą, że czuła się słaba i drżała.
Siedziała skulona na chłodnej, marmurowej podłodze, przyciskając czoło do ramienia, gdy usłyszała pukanie.
„Natalie? Wszystko w porządku?” – głos Cartera.
Oczywiście. Bo najwyraźniej ta sytuacja nie była już wystarczająco upokarzająca.
„Nic mi nie jest” – wychrypiała. „Odejdź”.
Drzwi i tak się otworzyły — bo jak się okazuje, w języku miliarderów „odejdź” można przetłumaczyć jako „proszę, chodź i zobacz to”.
„Powiedziałam, że jestem…” Spojrzała w górę, zamierzając dać upust całej irytacji, jaka jej jeszcze pozostała, i zamilkła.
Carter stał w drzwiach w miękkich spodniach piżamowych, z potarganymi włosami i zaniepokojonymi oczami.
Trzymał kubek.
„Czy to… herbata imbirowa?” zapytała słabo.
„Skąd wiedziałeś?” zapytał, wchodząc, żeby położyć go na ladzie.
„Bo teraz praktycznie z tego żyję” – mruknęła.
Zmoczył ręcznik, uklęknął obok niej i delikatnie przyłożył go do jej czoła.
Gest był tak delikatny, tak nieoczekiwany, że Natalie poczuła łzy w oczach, co było absurdalne. Nie zamierzała płakać nad myjką.
„Jestem wrakiem człowieka” – mruknęła zamiast tego.
„Jesteś w ciąży” – odparł. „To różnica”.
„Ten sam rezultat” – powiedziała. „Bałagan”.
Kącik jego ust drgnął, niemal w uśmiechu.
„Wypij herbatę” – nalegał. „Pomaga”.
Delikatnie popijała napój, a ciepło rozchodziło się po jej piersi.
„Trzymasz pod ręką herbatę imbirową dla swoich ciężarnych gości?” zapytała.
„Trzymam herbatę imbirową pod ręką, bo podobno jestem masochistą i piję ją, kiedy mam kaca” – powiedział sucho. „Ale pani Chen – gospodyni, nie recepcjonistka – przysięga, że to na poranne mdłości”.
„Skąd twoja gosposia miałaby wiedzieć o porannych mdłościach?”
„Urodziła sześcioro dzieci” – powiedział. „Jest chodzącą encyklopedią wiedzy o ciąży. Zadzwoniłem do niej o drugiej w nocy z prośbą o radę. Była zachwycona. Myślałam, że w końcu znalazłam sobie dziewczynę”.
Natalie nie powinna była uznać tego za zabawne. Nie powinna się śmiać, siedząc na podłodze w łazience i czując się okropnie.
Ale obraz potężnego, onieśmielającego Cartera Sullivana dzwoniącego w środku nocy do swojej gosposi po porady dotyczące ciąży był zbyt absurdalny, by go nie docenić.
„Zadzwoniłeś do swojej gosposi o 2:00 w nocy?” zapytała.
„Słyszałem, że wstałeś” – powiedział. „Pomyślałem, że możesz potrzebować…”. Wskazał na herbatę. „Tego”.
„To zaskakująco miłe z mojej strony, jak na kogoś, kto podejrzewa, że mogę kłamać w sprawie dziecka” – powiedziała cicho.
Słowa zawisły między nimi.
Carter zacisnął szczękę, ale nie odwrócił wzroku.
„Nie sądzę, żebyś kłamał” – powiedział ostrożnie. „Chyba muszę się upewnić. To jednak różnica”.
„Naprawdę?” – odparła. Wzięła kolejny łyk herbaty, wdzięczna, że ma czym zająć ręce. „Bo z miejsca, w którym siedzę – dosłownie siedząc na podłodze w twojej łazience – czuję się całkiem podobnie”.
Powoli wypuścił powietrze.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!
Leave a Comment