„Człowiek rozsądny dostosowuje się do świata. Człowiek nierozsądny uparcie próbuje dostosować świat do siebie. Dlatego cały postęp zależy od człowieka nierozsądnego” — powiedział Bernard Shaw. Miał niemal rację. Zapomniał jednak wspomnieć o czymś bardzo istotnym: większość z nas nie próbuje ani zmieniać świata, ani zmieniać siebie w sposób twórczy. Jesteśmy zbyt zajęci okaleczaniem samych siebie, tylko po to, by zmieścić się w przestrzeniach, które nigdy nie były dla nas przeznaczone.
To osobliwa forma zbiorowego szaleństwa. Odcinamy fragmenty własnej tożsamości tak, jak przycina się gałęzie drzewa, żeby zmusić je do wzrostu w doniczce, która od początku jest za mała. A potem dziwimy się, że nie kwitniemy, że brakuje nam siły, radości i sensu. Winimy siebie, nie zauważając, że problemem nigdy nie było drzewo, lecz pojemnik.
Współczesny świat stworzył wyjątkowo wyrafinowane kłamstwo: że przynależność trzeba sobie zasłużyć. Że „zasługiwać” oznacza nieustannie coś udowadniać. A „udowadniać” — zmniejszać się, wygładzać krawędzie, tłumić własny głos, aż inni przestaną czuć się zagrożeni samym faktem naszego istnienia.
To kłamstwo jest wygodne dla systemów, środowisk i relacji, które nie potrafią unieść czyjejś pełni. Bo łatwiej zarządzać ludźmi, którzy sami się ograniczają, niż tymi, którzy stoją prosto i zajmują należne im miejsce.
Spójrzmy na to inaczej: klucz, który pasuje do każdych drzwi, nie jest kluczem uniwersalnym — jest kluczem złamanym. Podobnie człowiek, który „pasuje wszędzie”, niekoniecznie jest elastyczny czy wszechstronny. Bardzo często jest po prostu pusty, pozbawiony wyraźnych konturów, bezpieczny, bo niczym się nie wyróżnia.
Problem nigdy nie polegał na tym, że jesteś „za bardzo”. Za głośny, za intensywny, za ambitny, za wrażliwy, za myślący. Problem polega na tym, że niektóre miejsca są po prostu „za małe”. Za ciasne mentalnie, emocjonalnie lub kulturowo, by pomieścić kogoś w całości.
Leave a Comment