Zabierał „tę drugą kobietę” na spotkanie z klientem, a potem zamarł, gdy wszedł nowy prezes… I to była jego żona.

Zabierał „tę drugą kobietę” na spotkanie z klientem, a potem zamarł, gdy wszedł nowy prezes… I to była jego żona.

Zabierał kochankę na spotkanie z klientem – szok nastąpił, gdy nowym prezesem w końcu została jego własna żona

Miał wszystko. Gabinet narożny, apartament wart kilka milionów dolarów i piękną młodą kobietę u boku.

Dziś nadszedł dzień, w którym Mark Thompson umocni swoje imperium, robiąc wrażenie na tajemniczym nowym dyrektorze generalnym, który właśnie przejął jego firmę.

Uśmiechnął się ironicznie, poprawił krawat i wprowadził swoją panią do sali konferencyjnej, przedstawiając ją jako swoją główną protegowaną.

W pomieszczeniu panowała napięta atmosfera oczekiwania na przybycie nowego szefa-miliardera.

Drzwi otworzyły się z kliknięciem.

A cały świat Marka nie rozpadł się ot tak.

Wybuchł.

Ponieważ kobieta, która weszła w towarzystwie prawników, nie była po prostu nową dyrektor generalną.

To była jego żona.

Budzik o 6:00 rano był cyfrowym dzwonkiem, delikatnym dźwiękiem dla człowieka, który wierzył, że świat się dla niego obudził. Mark Thompson jednak nie spał od 5:30, a jego umysł już wykonywał obliczenia.

Dzisiaj nie był po prostu kolejny wtorek.

Dziś był Dzień Herbaty. Dzień Przejęcia.

Zsunął nogi z łóżka king-size, a pościel z egipskiej bawełny otuliła mu pas. Powietrze w apartamencie na ostatnim piętrze było schłodzone do precyzyjnie 20 stopni Celsjusza, bo komfort, podobnie jak energię, należy kontrolować.

Po drugiej stronie ogromnej sypialni jego żona Sarah już wstała, ale nie była ubrana na dzień, który Mark sobie wyobrażał. Miała na sobie wyblakłą bluzę Northwestern University i spodnie do jogi, a jej miodowoblond włosy były spięte w niedbały kok.

Wpatrywała się w tablet, marszcząc brwi, a blask ekranu rzucał cienie na jej twarz.

„Kawy?” Mark mruknął, nie prosząc o to.

„Dzień dobry” – mruknęła Sarah, nie podnosząc wzroku.

„Maszyna jest włączona.”

Mark prychnął i boso pomaszerował po zimnej marmurowej podłodze w stronę głównej łazienki. Zatrzymał się przy oknie sięgającym od podłogi do sufitu i spojrzał w dół, na siatkę migających świateł Chicago, pięćdziesiąt pięter.

Niebo przed świtem nad jeziorem Michigan miało barwę fioletu.

Jego miasto.

„Wyglądasz na zestresowaną, Sarah” – zawołał, gdy prysznic z wieloma strumieniami wody ożył.

„Czy to zbiórka funduszy? Lista gości dla senatora? Nie martw się. Poproszę asystenta…”

„To nie jest zbiórka pieniędzy” – powiedziała Sarah cichym, ale napiętym głosem.

„To finanse Fundacji Jenningsa. W oświadczeniach powierniczych z Zurychu są rozbieżności.”

Mark przewrócił oczami, ukryty za parą.

Fundacja Jennings. Jej mały projekt.

Kiedy pięć lat temu zmarł ojciec Sarah, Robert Jennings, zostawił jej, jak to mawiał Mark, pokaźny spadek — wystarczający, by zapewnić jej rozrywkę i z dala od niego, podczas gdy on będzie zajmował się ważniejszymi obowiązkami.

„Niech bankierzy się tym zajmą, kochanie” – powiedział Mark, wchodząc do wrzącej wody.

„Za to im płacimy. Jesteś za mądry, żeby przejmować się arkuszami kalkulacyjnymi. Zostaw to nerdom”.

Nie usłyszał jej odpowiedzi, jeśli w ogóle jakąś odpowiedziała.

Czterdzieści minut później Mark był pomnikiem potęgi korporacji. Stał przed lustrem, poprawiając dołek w grafitowym krawacie Brioni.

Garnitur był szyty na miarę, mankiety koszuli spinano platynowymi spinkami.

Miał 45 lat, ale wyglądał na 35 — miał ostre rysy twarzy, przenikliwe niebieskie oczy i gęstą czuprynę ciemnych włosów, które jego pani uwielbiała przeczesywać palcami.

Wrócił do pokoju dziennego.

Sarah wciąż stała przy kuchennej wyspie, teraz z otwartym laptopem obok tabletu. Wyglądała blado, jakby zbyt długo wstrzymywała oddech.

„Marku, musimy porozmawiać.”

Zatrzymał się, naprawdę zirytowany.

Nie dlatego, że nie dosłyszał natarczywości w jej głosie. Dosłyszał.

Ponieważ pośpiech Sary zawsze był uciążliwy, niczym alarm przeciwpożarowy podczas przemówienia inauguracyjnego.

„Zadzwoniłam wczoraj wieczorem do Arthura Vance’a” – powiedziała.

Mark zacisnął szczękę.

Arthur Vance. Jej prawnik rodzinny. Stary, zakurzony prawnik, który pracował dla Roberta Jenningsa, a co za tym idzie, dla Sarah.

„Sarah” – powiedział Mark, wymuszając cierpliwość w swoim głosie, tak jak wymuszasz uśmiech na kliencie, którego nienawidzisz.

„Absolutnie nie mam na to czasu. Dzisiaj jest najważniejszy dzień w mojej karierze”.

Pocałował powietrze tuż przy jej policzku. Z daleka ten gest wyglądał na pełen czułości, ale z bliska wydawał się zupełnie nieistotny.

„Ląduje nowy dyrektor generalny” – kontynuował.

„OmniCorp zostało wykupione. Wrogie przejęcie przez fikcyjny podmiot – SJ Ventures”.

„Od trzech tygodni na piętrze kierownictwa panuje panika. Kim jest SJ? Rosyjskim oligarchą? Cudownym dzieckiem z Doliny Krzemowej?”

Poprawił zegarek.

„Nie martwię się. Jestem wiceprezesem ds. sprzedaży globalnej. Jestem tym, który przyniósł deszcz. To ja sprawiłem, że OmniCorp stał się na tyle dochodowy, że stał się celem ataku”.

„Ten nowy dyrektor generalny nie zwolni kury znoszącej złote jaja”.

Sarah spojrzała na niego i przez chwilę w jej oczach dostrzegł coś, co nie było strachem ani smutkiem.

To była kalkulacja.

„To ważne, Marku” – powiedziała.

„Chodzi o nasze struktury finansowe. Rzeczy nie są takie, jakimi się wydają”.

W końcu na nią spojrzał.

Naprawdę wyglądał.

Zmęczone oczy. Bluza z delikatną plamą na mankiecie.

To była kobieta, do której wrócił do domu.

Poczuł nagłe ukłucie, ale nie poczucie winy.

Niecierpliwość.

Ponieważ w jego mniemaniu życie człowieka powinno toczyć się naprzód, a nie być hamowane przez pytania i dyskomfort.

Jego myśli powędrowały ku Khloe.

Khloe Bennett, 26 lat, bystry, głodny, czeka obecnie w holu swojego budynku.

Mieszkanie, za które zapłacił Mark.

Khloe wyglądała jak supermodelka i mówiła jak prezenterka telefoniczna — elegancka, pewna siebie, zawsze sprzedająca przyszłość.

„Sarah” – powiedział, łagodniejąc głos, tak jak się zwraca do zdezorientowanego dziecka.

„Cokolwiek to jest, może poczekać do wieczora. Obiecuję, że otworzymy butelkę tego pinot, które lubisz.”

Pocałował ją w czubek głowy.

Jej włosy nie pachniały niczym.

Tylko szampon.

Chwycił swoją skórzaną teczkę.

„Spóźnię się. Nie czekaj.”

„Marku, zaczekaj!” – zawołała Sarah, wstając.

„Musisz wiedzieć. Cokolwiek się dzisiaj wydarzy, ja…”

„Muszę iść, kochanie. Kocham cię” – wtrącił, cofając już do ich prywatnego holu z windą.

Gdy drzwi się zamknęły, rozmawiał już przez telefon.

„Khloe, jestem pięć minut po terminie. Załóż czerwoną sukienkę. Nie, nie bordową. Na czerwonym świetle. Chcę, żebyś zrobiła wrażenie”.

Rozłączył się i na jego ustach w końcu pojawił się szczery uśmiech.

Dzisiaj nie chodziło tylko o zabezpieczenie swojej przyszłości.

Chodziło o jego odsłonięcie.

Od miesięcy przygotowywał Khloe, karmiąc ją informacjami i pozwalając jej pomagać przy swoich największych klientach. Stary wyga w OmniCorp uważał ją za niezłą rozrywkę.

Mark widział w niej swoją lepszą partnerkę.

Wymyślił nawet dla niej stanowisko Specjalnego Łącznika przy Wiceprezesie, bo zasady są elastyczne, gdy się je ustala.

Dziś przedstawiłby ją nowemu dyrektorowi generalnemu jako swoją niezastąpioną protegowaną, przyszłość firmy.

Owszem, była mądra.

Ale co ważniejsze, była jego odbiciem.

Jego gust.

Jego moc.

Jego męskość.

Jego czarny Mercedes Klasy S zatrzymał się na krawężniku przed jej budynkiem w Streeterville.

Khloe się pojawiła, a Markowi zaparło dech w piersiach.

Czerwona sukienka była arcydziełem, podkreślającym każdą figurę, jakby uszyto ją z obsesją.

Jej czarne włosy opadały niczym lśniąca kurtyna.

Jej makijaż był nieskazitelny.

Była czystą ambicją.

Była idealna.

„Dzień dobry, panie Thompson” – mruknęła, wsuwając się na siedzenie pasażera.

Wnętrze samochodu wypełnił zapach drogich perfum.

„Dzień dobry, panno Bennett” – odpowiedział Mark.

Jego ręka natychmiast powędrowała do jej kolana i mocno je ścisnął.

„Gotowy poznać nowego króla?”

„Tak” – wyszeptała, pochylając się.

„Ale myślę, że on już tu jest.”

Mark roześmiał się głębokim, zadowolonym śmiechem.

Włączył się do ruchu, zmierzając w stronę OmniCorp Tower, monolitu ze szkła i stali, o którym zawsze myślał, że należy do niego.

Czuł się niezwyciężony.

Drapieżnik szczytowy.

A dziś było polowanie.

Współczuł innym dyrektorom, którzy załamywali ręce na sali konferencyjnej.

Nie mieli pojęcia, jak się w to gra.

Ale Mark Thompson w swojej arogancji zapomniał o pierwszej zasadzie dżungli.

Zawsze znajdzie się drapieżnik, którego nie zauważysz.

Sala konferencyjna na 88. piętrze OmniCorp Tower została zaprojektowana tak, by budzić respekt. Za stół służyła czterdziestoparometrowa płyta z polerowanego obsydianu, otoczona skórzanymi fotelami z wysokimi oparciami.

Cała jedna ściana była pokryta szkłem, dzięki czemu można było podziwiać boski widok na Chicago.

Jednak nastrój wewnątrz był mniej boski, a bardziej ofiarny.

Mark i Khloe przybyli jako ostatni.

Celowe posunięcie.

Chciał zrobić wejście.

„Mark” – syknął David Chen, dyrektor finansowy, mężczyzna, który wyglądał, jakby nie spał od miesiąca.

„Trochę ci się nie podoba. SJ jest spodziewane punktualnie o dziewiątej.”

„Zrelaksuj się, Davidzie” – powiedział Mark, podchodząc na swoje zwykłe miejsce, dwa krzesła od wezgłowia.

Odsunął krzesło obok siebie, żeby mogła usiąść Khloe.

Gest ten nie pozostał niezauważony.

Maria Gonzalez, dyrektor operacyjna i weteranka firmy z dwudziestoletnim stażem, uniosła idealnie wyrzeźbioną brew.

„Khloe” – powiedziała uprzejmie, ale z nutą irytacji w głosie – „to zebranie zarządu dziesiątego poziomu. Czy twoja obecność jest wymagana?”

Mark uśmiechnął się szeroko.

„Pani Bennett jest moją nową Specjalną Łączniczką. Odegrała kluczową rolę w prognozach na IV kwartał, które SJ Ventures uznało za tak przekonujące”.

„Jest tu na moją prośbę.”

Khloe siedziała, emanując pewnością siebie, która w dziewięćdziesięciu procentach należała do Marka, a w dziesięciu do niej.

Położyła na czarnym stole elegancki, czerwony, skórzany notes, który stanowił jaskrawy kontrast kolorystyczny.

Tak, była kochanką.

Ale była też bardzo dobrą uczennicą.

Zrozumiała lekcję, której udzielał jej Mark: siła to wydajność.

W pokoju panował nerwowy szum.

Szepty rozbrzmiewały niczym uwięzione ptaki.

„Słyszałem, że SJ to trzydziestoletni miliarder z branży technologicznej z Austin”.

„Nie, moje źródło mówi, że to rodzina Jenningów z Bostonu, która ma majątek od dawna”.

„Jennings? Myślałem, że to marne grosze.”

„Ktokolwiek to jest, kupił firmę za gotówkę. Bez dźwigni finansowej, tylko przelewem. Kto to robi?”

Mark słuchał i uśmiechał się złośliwie.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

back to top