Mia powoli opadła na podłogę.
W Le Ciel czas zdawał się stać w miejscu. Brzęk sztućców ucichł w niespokojnej ciszy. Światła, które kiedyś tak ciepło odbijały się od złotych akcentów i kryształów, nagle stały się zimne – niczym niemi świadkowie czegoś, czego wszyscy udawali, że nie widzą.
Stek z wołowiny Wagyu leżał na podłodze. Talerz był roztrzaskany. Czerwony sos był rozmazany, plamiąc marmur niczym ranę.
Wszystkie oczy zwrócone były na Mię.
Inwestorzy w garniturach. Kobiety ozdobione diamentami. Kucharze obserwujący zza lustrzanej ściany. Kelnerki stojące sparaliżowane strachem na skraju sali.
Mia uklękła.
Pan Gozon uśmiechnął się.
„No i co?” mruknął ostro. „Pospiesz się. Nie marnuj czasu moich gości”.
Mia wzięła głęboki oddech. Jej drżące dłonie dotknęły podłogi. Łzy spływały jej po policzkach – ale coś w niej drgnęło, jakby dawno zamknięte drzwi zaczęły się otwierać.
Nie sięgnęła po mięso.
Wstała.
Krok. Potem kolejny. Wyprostowała plecy. Uniosła brodę.
Wyraz twarzy pana Gozona pociemniał. „Co ty wyprawiasz?”
Mia milczała. Powoli odwiązała fartuch od talii – bez złości, bez pośpiechu – i ostrożnie położyła go na potłuczonym talerzu.
Fala szeptów rozniosła się po jadalni.
„Co to jest?” syknął Gozon. „Czyś ty kompletnie oszalał?”
Mia spojrzała mu prosto w oczy. Po raz pierwszy od wejścia do Le Ciel nie skłoniła się. Nie drgnęła.
Jej głos drżał, ale brzmiała stanowczo.
„Jesteś zwolniony”.
W sali wybuchły wiwaty.
Gozon zaśmiał się głośno i okrutnie. „Ja? Zwolniony? Za kogo ty się uważasz…”
Pojedyncze klaśnięcie przecięło hałas.
Powoli. Rozmyślnie.
Aby kontynuować, kliknij przycisk pod reklamą ⤵️
Leave a Comment