„Jaki jest krok czwarty?” – zapytałem.
„To zależy” – powiedział. „Dla niektórych to fantazje o zemście, których tak naprawdę nie realizują. Dla innych to randki online. Dla tych szczęśliwców to uświadomienie sobie, że tak naprawdę lubią swoje własne towarzystwo”.
Pomyślałam o mojej samotnej podróży. O moich zajęciach z ceramiki. O porankach, kiedy budziłam się przed budzikiem, nie dlatego, że lęk wyrwał mnie ze snu, ale dlatego, że mój mózg po cichu pobudził się do życia.
„Chyba flirtuję z krokiem czwartym” – powiedziałem.
„Powiedziałbym, że to coś więcej niż flirt” – odpowiedział.
Tej nocy, w mieszkaniu mojej mamy, wyciągnąłem jeden z notesów, które uratowałem z domu. Większość stron była zapełniona starymi listami rzeczy do zrobienia, zakupami spożywczymi i bazgrołami z długich rozmów telefonicznych. Na końcu znajdowała się lista, którą spisałem lata temu i o której zapomniałem.
„Rzeczy, których pragnę, zanim skończę czterdziestkę” – głosił tytuł.
Wtedy napisałam to jako listę życzeń dla „nas” – mojego męża i mnie. Większy dom. Wycieczka do Włoch. Może założenie rodziny. Niektóre rzeczy były już niemożliwe do zrealizowania albo przestały mnie interesować.
Ale niektóre z nich… niektóre z nich nadal były moje.
Naucz się innego języka. Przebiegnij półmaraton. Opublikuj coś. Wybierz się w samotną podróż samochodem.
Wróć do szkoły po coś, co po prostu sprawi ci przyjemność.
Chwyciłem długopis i skreśliłem część tytułu, która brzmiała „zanim skończę czterdzieści lat”.
Potem napisałem nowy.
„Rzeczy, których chcę, bo są moje.”
Lista pozostała w zasadzie taka sama. Tylko tym razem nie chodziło o budowanie czegoś wokół jednego wspólnego centrum. Chodziło o to, by stać się kimś, kto nie potrzebuje wspólnego centrum, by czuć się autentycznym.
Kilka miesięcy później, gdy restauracja znów stała się miejscem spotkań par i celebrowania rocznic, przechodziłem obok niej w drodze na spotkanie z Kaiem, który w końcu przyleciał z długo oczekiwaną wizytą.
Zatrzymałem się za oknem.
W środku, przy stole, przy którym rozpadło się moje małżeństwo, siedziała para. Śmiali się z czegoś na jednym ze swoich telefonów, pochylając się ku sobie, z głowami blisko siebie. Wyglądali na szczęśliwych. A przynajmniej tak jak ja kiedyś wyglądałam.
Nie czułem goryczy.
Nie czułam zazdrości.
Poczułem… dystans.
Ta wersja mnie — ta, która wybrała bezpieczeństwo ponad wszystko — przypominała mi postać, którą kiedyś grałam w opowieści, która właśnie osiągnęła finałową scenę.
„Hej” – zawołał Kai za mną. „Wszystko w porządku?”
Odwróciłem się.
Stała tam, na chodniku, z walizką u boku, ciemnymi włosami spiętymi w kok, oczami błyszczącymi i groźnymi, dokładnie takimi, jak je zapamiętałem.
„Tak” – powiedziałem. „W porządku”.
Podążyła za moim wzrokiem przez okno. Zajęło jej pół sekundy, żeby to poskładać w całość.
„Czy to—?” zaczęła.
„Tak” – powiedziałem. „To jest to miejsce”.
Przyglądała się mojej twarzy.
„Chcesz wejść?” zapytała. „Wypić toast za wolność? Wywrócić stół w imię dawnych czasów?”
Uśmiechnąłem się.
„Nie” – powiedziałem. „Już miałem tam swoją scenę. Skończyłem tę scenę”.
Skinęła głową na znak aprobaty.
„No to chodź” – powiedziała, biorąc mnie pod rękę. „Jest nowe miejsce za rogiem, z okropnym oświetleniem i świetnymi frytkami. Znacznie lepsze na nowe rozdziały”.
Gdy odchodziliśmy, spojrzałem za siebie ostatni raz.
Nie przy stole.
Leave a Comment