Poznaliśmy się z Adamem dwanaście lat temu na aukcji charytatywnej na rzecz dzieci chorych na raka. Byłam wolontariuszką, pomagając w organizacji przedmiotów na licytację cichą, kiedy przebił wszystkich, proponując akwarelę przedstawiającą panoramę Bostonu o zachodzie słońca – soczyste pomarańcze i fiolety wlewające się do portu. Po wygranej podszedł prosto do mnie i wręczył mi ją.
strzałka_do_przodu_iosĐọc thêm
Pauza
00:00
00:34
01:31
Niemy
„Zauważyłem, że patrzyłeś na to całą noc” – powiedział z uśmiechem, który sprawił, że kąciki jego niebieskich oczu zmarszczyły się. „Myślę, że to należy do ciebie”.
To był właśnie Adam – zamyślony, spostrzegawczy, hojny aż do przesady. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Następnego wieczoru poszliśmy na pierwszą randkę i czułam się, jakbyśmy znali się całe życie. Był prawnikiem korporacyjnym – błyskotliwym, ale skromnym – człowiekiem, który pamiętał imiona kelnerów i zadawał szczere pytania o ich życie. Osiem miesięcy po tym, jak się poznaliśmy, oświadczył mi się w porcie, a panorama miasta odzwierciedlała obraz, który nas połączył.
Kupiliśmy nasz wiktoriański dom w Beacon Hill krótko po naszej pierwszej rocznicy. 800 000 dolarów było dla nas sporym obciążeniem finansowym, ale Adam właśnie został wspólnikiem w swojej firmie, a ja budowałam sobie solidną reputację jako projektantka wnętrz. Dom wymagał remontu, ale miał solidną konstrukcję, wysokie sufity i mały ogródek z tyłu, gdzie wyobrażałam sobie, że w przyszłości będą się bawić dzieci.
Te dzieci nigdy się nie pojawiły, nie z braku starań. Latami snuliśmy plany, snuliśmy plany i mieliśmy nadzieję. Potem przyszli lekarze, badania, procedury – cztery rundy in vitro, które wydrenowały nasze oszczędności i odebrały nam ducha. Wciąż pamiętam ostatnią nieudaną próbę i cichą jazdę do domu z kliniki, Adama wyciągającego rękę przez konsolę, żeby wziąć mnie za rękę, żadne z nas się nie odzywało, bo oboje wiedzieliśmy, że to koniec tej drogi.
„Wciąż możemy mieć piękne życie” – powiedział Adam tego wieczoru, gdy siedzieliśmy na huśtawce na werandzie. „Ty i ja. To wystarczy”.
I mówił poważnie. Powoli odbudowywaliśmy nasze marzenia. Podróżowaliśmy. Poświęciliśmy się karierze. Remontowaliśmy dom pokój po pokoju, aż stał się domem pokazowym, o jakim zawsze marzyłam. Adam wspierał mój biznes, kiedy zdecydowałam się założyć własną firmę projektowania wnętrz. Nasze życie było pełne, choć inne, niż początkowo planowaliśmy.
Moja młodsza siostra, Cassandra, zawsze była na marginesie naszego szczęścia. Młodsza ode mnie o cztery lata, mając 30 lat, zawsze była żywiołowym dzieckiem w rodzinie. Podczas gdy ja studiowałam projektowanie i rozwijałam firmę, ona wahała się między pracą a związkami. Nasi rodzice nieustannie się o nią martwili, co przekładało się na usprawiedliwianie jej zachowania i ciągłe wyciąganie jej z kłopotów finansowych.
Cassandra i ja mieliśmy skomplikowaną relację od dzieciństwa. Była niezaprzeczalnie piękna, z naturalnym urokiem, który przyciągał do niej ludzi. Ale zawsze kryła w sobie nutę rywalizacji. Jeśli coś osiągnąłem, musiała mnie przebić. Kiedy zacząłem spotykać się z Adamem, nagle zainteresowała się studentami prawa. Kiedy kupiliśmy dom, miesiącami narzekała na swoje mieszkanie, błagając rodziców o pomoc w jego remoncie. To było wyczerpujące, ale Adam zachęcał mnie do podtrzymywania relacji.
„Ona jest twoją jedyną siostrą” – przypominał mi. „Rodzina jest ważna”.
Dwa lata temu Cassandra zaczęła spotykać się z Tylerem, barmanem, którego poznała na spotkaniu z przyjaciółmi. Był przystojny w surowy sposób, z tatuażami na ramionach i motocyklem, który nie podobał się naszym rodzicom. Z zewnątrz ich związek wydawał się burzliwy – dramatyczne rozstania i namiętne pojednania.
Potem, w Święto Dziękczynienia, na rok przed śmiercią Adama, nadeszła wiadomość o ciąży. Mówiąc delikatnie, było to nieoczekiwane. Cassandra nigdy nie wyrażała zainteresowania posiadaniem dzieci. W rzeczywistości często komentowała, jak moje pragnienie posiadania dzieci ustępuje społecznym oczekiwaniom. A jednak oto była, ogłaszając swoją ciążę z teatralnymi łzami i deklaracjami o cudzie życia. Poczułam znajome ukłucie zazdrości. Po wszystkich naszych zmaganiach, po całym naszym złamanym sercu, Cassandra przypadkiem osiągnęła to, czego rozpaczliwie pragnęliśmy. Ale stłumiłam te uczucia. Naprawdę cieszyłam się jej szczęściem. I byłam zdeterminowana, by być najlepszą możliwą ciocią dla jej dziecka.
Lucas urodził się zdrowy, ważąc osiem funtów i cztery uncje. Byłam w szpitalu z kwiatami i ręcznie robionym kocykiem, który robiłam na drutach miesiącami. Cassandra od samego początku wydawała się przytłoczona macierzyństwem, często dzwoniąc do mnie z płaczem, opowiadając o kolce Lucasa albo o swoim wyczerpaniu. Wtrącałam się, jak mogłam, czasami opiekując się Lucasem przez noc, żeby mogła spać. Adam był mniej zaangażowany w Lucasa niż ja. Z perspektywy czasu myślałam, że to przez nasze własne zmagania z niepłodnością – że może być dla niego bolesne nawiązanie więzi z dzieckiem, które nie jest nasze. Zawsze był miły, kiedy Cassandra przyprowadzała Lucasa, ale zachowywał pewien dystans, którego wtedy nie kwestionowałam.
A potem nadszedł ten okropny wtorkowy poranek. Adam skarżył się na ból głowy przed wyjściem do pracy. Zasugerowałem, żeby został w domu, ale miał ważne spotkanie z klientem. „To tylko migrena” – upierał się, całując mnie na pożegnanie. „Zadzwonię po spotkaniu”.
Ten telefon nigdy nie nadszedł. Zamiast tego odebrałem telefon ze szpitala. Zanim dotarłem na miejsce, już go nie było. Tętniak mózgu, powiedzieli. Nic nie dało się zrobić. Miał trzydzieści sześć lat.
Kolejne dni minęły w chaosie przygotowań i żałoby. Cassandra była dziwnie nieobecna przez większość czasu, wysyłając SMS-y, że Lucas jest chory lub że nie może znaleźć opiekunki. Kiedy w końcu pojawiła się na pogrzebie, została na krótko, izolując się i wychodząc przed przyjęciem. Byłam wtedy zbyt otępiała z żalu, żeby o tym wszystkim myśleć.
Tydzień po tym, jak pochowaliśmy Adama, nadeszły pierwsze urodziny Lucasa. Ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, były urodziny dziecka, ale obowiązki rodzinne mnie pokrzyżowały. „Adam na pewno by chciał, żebyś poszła” – upierała się mama podczas jednej ze swoich codziennych rozmów telefonicznych. „Zawsze powtarzał, że rodzina jest najważniejsza”.
Jechałam więc do małego domu Cassandry, wynajmowanego w mniej atrakcyjnej części miasta, z zapakowanym prezentem na siedzeniu pasażera i cieniami pod oczami, których żaden korektor nie mógł ukryć. Prawie nie spałam od śmierci Adama, spędzając noce wpatrując się w pustą stronę jego łóżka, szukając ciepła, którego już nie było. Zaparkowałam za rzędem samochodów i wzięłam kilka głębokich oddechów, zanim wzięłam prezent i weszłam do środka. Nikt nie powinien udawać szczęścia tak szybko po stracie męża, pomyślałam. Ale przykleiłam uśmiech na twarzy i zapukałam do drzwi.
Jenna, przyjaciółka Cassandry, otworzyła je, a jej oczy lekko się rozszerzyły na mój widok. „Och, Bridget, udało ci się” – powiedziała dziwnie napiętym głosem. Zerknęła przez ramię, zanim odsunęła się na bok. „Wejdź. Wszyscy są na podwórku”.
Mały domek był udekorowany niebieskimi balonami i serpentynami. Na ścianie salonu wisiał baner z napisem „Wszystkiego najlepszego z okazji pierwszych urodzin, Lucasie”. Zauważyłem grupę nieznanych mi osób, które zebrały się w kuchni i szeptały. Zamilkły, gdy przechodziłem, śledząc mnie wzrokiem.
Na podwórku kolejni goście stali w małych grupkach, trzymając plastikowe kubki w dłoniach. Zauważyłem moich rodziców, którzy siedzieli niezręcznie przy stole piknikowym, wyglądając na zakłopotanych. Ojciec wstał, gdy mnie zobaczył, a na jego twarzy malowała się ulga.
„Bridget” – powiedział, obejmując mnie. „Nie byliśmy pewni, czy przyjdziesz”.
„Oczywiście, że przyszedłem” – odpowiedziałem, kładąc prezent na wyznaczonym stole. „Gdzie jest solenizant?”
„Z Cassandrą” – powiedziała moja mama, unikając mojego wzroku. „Wkrótce powinni wyjść po tort”.
Niezręcznie wmieszałam się w tłum, przyjmując kondolencje i unikając pytań o to, jak się trzymam. Wszyscy wydawali się zdenerwowani, rozmowy nagle się urwały, gdy podeszłam. Zrzuciłam to na karb tego, że ludzie nie wiedzą, jak się zachować w towarzystwie świeżo upieczonej wdowy.
Po trzydziestu niezręcznych minutach Cassandra wyszła z domu, niosąc Lucasa na biodrze. Miała na sobie nową sukienkę, której nigdy wcześniej nie widziałam, a jej włosy były świeżo rozjaśnione. Lucas wyglądał uroczo w krótkiej koszuli zapinanej na guziki i muszce, jego pulchne nóżki wierzgały z ekscytacji, gdy zwracano na niego uwagę. Cassandra ledwo mnie zauważyła, sadzając Lucasa w krzesełku do karmienia. Wydawała się pełna energii, wręcz oszołomiona, poruszając się po podwórku z niezwykłą pewnością siebie. Stuknęła plastikową łyżeczką o kubek, przyciągając uwagę wszystkich.
„Dziękuję wam wszystkim za przybycie, aby uczcić wyjątkowy dzień Lucasa” – zaczęła, a jej głos niósł się po podwórku. „Ten miniony rok był pełen niespodzianek i wyzwań, jak wielu z was wie”.
Goście wymienili spojrzenia. Moja mama nagle bardzo zainteresowała się swoimi butami.
„Mam tajemnicę” – kontynuowała Cassandra, kładąc dłoń na głowie Lucasa – „której nie mogę już dłużej ukrywać, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach”.
Dreszcz przeszedł mi po plecach. Coś było bardzo nie tak.
„Lucas nie jest synem Tylera” – oznajmiła, patrząc mi w oczy przez podwórko. „On jest Adamem”.
Świat zdawał się zatrzymywać. Słyszałem wokół siebie westchnienia i czułem, jak ojciec obok mnie sztywnieje, ale to wszystko było tylko szumem tła, niczym szum w uszach.
„Mąż Bridget i ja mieliśmy krótki romans dwa lata temu” – kontynuowała Cassandra spokojnym, wyćwiczonym głosem. „To był błąd, chwila słabości dla nas obojga. Nigdy nie chcieliśmy nikogo skrzywdzić, ale takie rzeczy się zdarzają”.
Stałam jak sparaliżowana, nie mogąc przetworzyć tego, co słyszałam. Moja siostra twierdziła, że spała z moim mężem. Że jej syn – siostrzeniec, którym się opiekowałam z miłością – był w rzeczywistości dzieckiem Adama. To było tak absurdalne, że o mało nie wybuchnęłam śmiechem.
Cassandra jeszcze nie skończyła. Sięgnęła do torebki i wyjęła złożony dokument. „Adam znał prawdę o Lucasie. Zanim umarł, zaktualizował swój testament” – powiedziała, unosząc papier. „Chciał, żeby jego syn miał zapewnione byt. W testamencie stwierdza się, że połowa domu, którym dysponowali Adam i Bridget, ma trafić do Lucasa jako jego biologicznego dziecka”.
Wszystkie oczy na podwórku zwróciły się na mnie. Widziałam litość, chorobliwą ciekawość, dyskomfort. Moi rodzice wyglądali na przerażonych, ojciec stał jak wryty, jakby niepewny, czy interweniować. A potem, ku zaskoczeniu wszystkich, w tym mojego własnego, poczułam uśmiech na ustach – nie uśmiech szczęścia, ale taki, który pojawia się, gdy coś jest tak oburzająco fałszywe, że staje się wręcz komiczne. Zacisnęłam usta, próbując powstrzymać niestosowny śmiech, który we mnie kipiał.
„Och, rozumiem” – powiedziałam w końcu spokojnym i równym głosem. Wzięłam łyk wody, żeby zyskać na czasie i stłumić chęć roześmiania się siostrze w twarz. „Czy mogę zobaczyć ten testament, Cassandro?”
Jej pewny siebie wyraz twarzy lekko osłabł. Najwyraźniej nie spodziewała się takiej reakcji. Powoli podeszła i podała mi dokument – maszynopis z czymś, co wyglądało na podpis Adama u dołu. Szybko go przeskanowałem, od razu zauważając nieścisłości. Formalny język był zupełnie nietrafiony – zupełnie nie przypominał dokumentów prawnych, które widziałem, jak Adam przynosił do domu. A podpis, choć podobny do podpisu Adama, był ewidentnie sfałszowany. Łącznik między literami A i D był błędny. Ostatni akcent był zbyt wyrazisty.
Starannie złożyłem kartkę i oddałem jej. „Dziękuję, że się tym ze mną podzieliłaś. Chyba muszę już iść”.
„To tyle?” – zapytała Cassandra z wyraźnym zmieszaniem w głosie. „Nie powiesz nic więcej?”
„Nie teraz” – odpowiedziałam spokojnie, chwytając torebkę. „To dzień Lucasa. Porozmawiamy o tym prywatnie później”.
Pożegnałam się z moimi zszokowanymi rodzicami, obiecując, że wkrótce do nich zadzwonię. Idąc do samochodu, słyszałam za sobą szmery, a atmosfera imprezy całkowicie się rozpadła. Gdy już byłam w samochodzie, bezpiecznie poza zasięgiem wzroku, w końcu wybuchnęłam śmiechem, który groził mi ujściem. Zaczęło się od cichego śmiechu, potem narastało, aż po policzkach popłynęły mi łzy – nie łzy radości, ale dziwna mieszanka żalu, gniewu i niedowierzania wobec zuchwałości mojej siostry.
Bo było coś, o czym Cassandra nie wiedziała. Coś, o czym Adam i ja nigdy nikomu nie mówiliśmy. Coś, co sprawiało, że jej misterne kłamstwo było nie tylko bolesne, ale wręcz niemożliwe.
Prawda o Adamie i Cassandrze zaczęła się trzy lata temu, na długo przed poczęciem Lucasa. Zaprosiliśmy moją siostrę na kolację, aby uczcić jej nową pracę w firmie marketingowej – jej najdłuższe dotychczasowe zatrudnienie. Adam przygotował swoją słynną lasagne, a my otworzyliśmy butelkę dobrego wina. Wieczór był przyjemny, dopóki nie przeprosiłem, aby odebrać służbowy telefon od klienta, który miał pilną sprawę projektową. Rozmowa trwała dłużej niż się spodziewałem – prawie dwadzieścia minut, podczas których rozmawiałem z bogatym klientem o zawieszaniu dzieł sztuki.
Kiedy wróciłem do jadalni, atmosfera się zmieniła. Adam wyglądał na zakłopotanego, a Cassandra siedziała znacznie bliżej niego niż wtedy, gdy wychodziłem, z ręką na jego ramieniu, śmiejąc się z czegoś, czego nie słyszałem. Wtedy nie zwróciłem na to uwagi. Cassandra zawsze była serdeczna, a wino lało się strumieniami.
Jednak później tej nocy, gdy szykowaliśmy się do snu, Adam wydawał się zaniepokojony.
„Muszę ci coś powiedzieć” – powiedział, siadając na brzegu naszego łóżka. „Nie chcę, żeby to wywołało problemy między tobą a twoją siostrą, ale nie chcę też mieć przed tobą tajemnic”.
Wyjaśnił, że kiedy rozmawiałem przez telefon, Cassandra próbowała go poderwać. Nic dramatycznego – tylko niestosowne komentarze o tym, jakie mam szczęście, że go mam, a potem sugestia, że zasługuje na kogoś, kto naprawdę go doceni. Kiedy jej odmówił, wyśmiała to, mówiąc, że jestem zbyt wrażliwy, skoro myślał, że mówi poważnie.
Byłem zraniony, ale nie do końca zaskoczony. Cassandra zawsze przekraczała granice. Postanowiliśmy to uznać za odosobniony incydent – coś spowodowanego winem i jej typową rywalizacyjną naturą.
Ale nie było to odosobnione. Przez kolejne kilka miesięcy Cassandra znajdowała sposoby, by dotykać Adama, kiedy nie patrzyłam, wysyłała SMS-y balansujące na granicy między przyjacielskością a zalotnością, a raz pojawiła się w jego biurze bez zaproszenia, zapraszając go na lunch. Za każdym razem Adam delikatnie, ale stanowczo zachowywał granice i od razu mi o tym mówił. Po incydencie w biurze skonfrontowaliśmy moich rodziców z zachowaniem Cassandry. Nie poszło dobrze. Zasugerowali, że Adam błędnie interpretuje przyjazne gesty i że Cassandra po prostu traktuje go jak brata. Moja mama zasugerowała nawet – z dobrymi intencjami, ale okropnie krytycznie – że być może Adam czuł się pochlebiony uwagą i wyolbrzymiał sytuację.
Tej nocy Adam i ja podjęliśmy decyzję. Zdystansujemy się od Cassandry, nie powodując przy tym rodzinnych konfliktów. Odrzuciliśmy zaproszenia, w których brała udział, dbaliśmy o to, żeby nigdy nie być z nią sam na sam, a Adam zablokował jej numer w swoim telefonie po tym, jak wysłała mu wyjątkowo sugestywną wiadomość późnym wieczorem.
Potem pojawił się problem medyczny, który wszystko zmienił. Adam odczuwał ból od tygodni, zanim w końcu trafił do urologa. Diagnoza brzmiała: żylaki powrózka nasiennego – poszerzenie żył w mosznie – wymagające operacji. Zabieg przebiegł pomyślnie, ale wystąpiły powikłania. Lekarz zalecił wazektomię podczas tej samej operacji ze względu na rozległość żylaków powrózka nasiennego i ryzyko nawrotu. To była trudna decyzja, zwłaszcza biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze problemy z płodnością, ale zgodziliśmy się, że to właściwa decyzja dla zdrowia Adama.
Wazektomia została wykonana dwa lata przed poczęciem Lucasa. Zachowaliśmy te informacje medyczne w tajemnicy. Nawet nasi rodzice nie wiedzieli. Po latach dociekliwych pytań o naszą bezdzietność nauczyliśmy się chronić swoją prywatność w kwestiach rozrodczych. Jedynymi osobami, które o tym wiedziały, byliśmy ja, Adam i lekarze Adama.
Po operacji, gdy Adam wracał do zdrowia, wygłosił prognozę, która wówczas wydawała się paranoiczna. Siedząc w naszym ogrodzie z dyskretnie położonym woreczkiem z lodem, powiedział: „Cassandra jeszcze nie skończyła. Mam przeczucie, że pewnego dnia spróbuje czegoś bardziej drastycznego”.
Zbagatelizowałam to, ale Adam mówił poważnie. W następnym tygodniu umówił się na spotkanie z naszym prawnikiem rodzinnym, Jamesem Wilsonem. Poszłam z nim, słuchając, jak Adam szczegółowo opowiada o zachowaniu Cassandry i jego ostatnim zabiegu medycznym. James zalecił udokumentowanie wszystkiego: niechcianych zalotów, dokumentacji medycznej potwierdzającej wazektomię, a nawet SMS-ów i e-maili od Cassandry.
„Nigdy nie wiadomo, co może się okazać istotne” – radził James. „Lepiej mieć dokumentację i nigdy jej nie potrzebować, niż żałować, że jej nie masz później”.
Posłuchaliśmy jego rady, tworząc dokumentację wszystkiego, co dotyczyło tej sytuacji. Adam również prawidłowo zaktualizował swój testament, korzystając z oficjalnych kanałów, upewniając się, że w razie jego śmierci wszystko trafi do mnie. James zachował kopie wszystkich dokumentów, a oryginały umieściliśmy w skrytce depozytowej w naszym banku.
„Na wszelki wypadek” – powiedział Adam, kiedy zamykaliśmy skrzynkę. „Chociaż planuję być przy życiu, żeby móc radzić sobie z dramatem Kasandry przez co najmniej kolejne pięćdziesiąt lat”.
Rankiem po urodzinach Lucasa pojechałem prosto do banku. Kierownik, który znał mnie i Adama od lat, złożył mi kondolencje, prowadząc mnie do skarbca. Usiadłem sam w małym pokoju wystawowym i otworzyłem pudełko, które Adam i ja wypełniliśmy czymś, co żartobliwie nazwał naszym zestawem do przygotowania się na katastrofę.
W środku było dokładnie to, czego potrzebowałem: prawomocny testament Adama – odpowiednio poświadczony notarialnie i sporządzony – zapisujący wszystko mnie; dokumentacja medyczna ze szczegółowym opisem wazektomii, którą przeszedł dwa lata przed poczęciem Lucasa, uniemożliwiając mu biologicznie bycie ojcem; dziennik, w którym Adam dokumentował każdą niestosowną interakcję z Cassandrą, wraz z datami, godzinami i dokładnymi cytatami; wydrukowane kopie SMS-ów, które mu wysłała; oraz list od naszego prawnika potwierdzający, że był świadkiem prawomocnego testamentu Adama i jest dostępny, aby zweryfikować jego autentyczność. Na dnie pudełka znajdowała się zapieczętowana koperta z moim imieniem i nazwiskiem napisanym znajomym charakterem pisma Adama.
Drżącymi palcami otworzyłem ją i zacząłem czytać.
Moja najdroższa Bridget,
Jeśli to czytasz, coś mi się przytrafiło i potrzebowałeś dostępu do tych dokumentów. Mam nadzieję, że to będzie za wiele lat, kiedy będziemy starzy i siwi, a wybryki Cassandry będą tylko odległym wspomnieniem, z którego będziemy się śmiać. Ale jeśli nie – jeśli stało się najgorsze i próbowała cię skrzywdzić pod moją nieobecność – wiedz, że starałem się przygotować na każdą ewentualność.
Użyj tych dokumentów, aby się chronić. Wiem, jak bardzo cenisz rodzinę i jak lojalny jesteś wobec tych, których kochasz. Ale zasługujesz na ochronę przed tymi, którzy chcieliby wykorzystać twoje piękne serce.
Kocham cię ponad słowa, ponad czas. Cokolwiek się stanie, wiedz o tym.
Adam
Łzy spływały mi po twarzy, gdy czytałam jego słowa, czując jego miłość i opiekę, które otaczały mnie nawet po śmierci. Mój praktyczny, troskliwy mąż to przewidział – może nie ten konkretny scenariusz, ale możliwość, że Cassandra spróbuje wykorzystać jego śmierć dla własnej korzyści. Ostrożnie schowałam wszystko do pudełka z wyjątkiem tego, czego potrzebowałam: kopii dokumentacji medycznej, prawomocnego testamentu i wybranych wpisów w dzienniku. Następnie zadzwoniłam do Jamesa Wilsona i umówiłam się na wizytę tego samego popołudnia.
Kancelaria prawnicza Jamesa Wilsona mieściła się w przebudowanej kamienicy w centrum Bostonu, miejscu emanującym dawnym bogactwem i dyskrecją. Byłem tam z Adamem zaledwie kilka razy, ale recepcjonistka od razu mnie rozpoznała, a jej wyraz twarzy złagodniał ze współczucia.
„Pani Preston” – powiedziała, wstając, żeby mnie powitać. „Pan Wilson pani oczekuje. Proszę przyjąć moje kondolencje z powodu pani straty”.
Leave a Comment