Kiedy zemdlałam na ukończeniu studiów, lekarze wezwali moich rodziców. Nie przyjechali. Zamiast tego siostra oznaczyła mnie na zdjęciu: „Wreszcie – rodzinny wyjazd do Paryża. Bez stresu, bez dramatów”. Nic nie powiedziałam.
Kilka dni później, wciąż osłabiony i podłączony do komputerów, zobaczyłem 65 nieodebranych połączeń – i SMS-a od taty: „Potrzebujemy cię. Odbierz natychmiast”. Bez zastanowienia sięgnąłem po telefon… i wtedy moja ręka znieruchomiała.
Mam na imię Grace. Mam 22 lata i dwa tygodnie temu zemdlałam na scenie przed 3000 osób. W dniu, w którym miałam wygłosić mowę pożegnalną, lekarz powiedział mi, że mam guza mózgu i że muszą natychmiast poddać się operacji. Zadzwonili do moich rodziców. Nikt nie odebrał.
Trzy dni później, kiedy w końcu obudziłam się otoczona piszczącymi maszynami i niezliczoną ilością rur, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam, nie były zaniepokojone twarze mojej rodziny. To był post na Instagramie od mojej siostry – cała nasza rodzina uśmiechała się przed Wieżą Eiffla, z jasnym i pełnym samozadowolenia podpisem: „Rodzinna wycieczka do Paryża. Nareszcie. Bez stresu, bez dramatów”.
Nic nie powiedziałem. Nie skomentowałem. Nie zadzwoniłem, żeby się z nimi skonfrontować.
Dopiero gdy na moim ekranie pojawiło się 65 nieodebranych połączeń od taty i jeden SMS: „Potrzebujemy cię. Odbierz natychmiast”.
Wtedy zrozumiałem, że nie dzwonią, bo za mną tęsknią. Dzwonią, bo potrzebują czegoś zupełnie innego.
Cztery tygodnie przed ukończeniem szkoły stoję w mojej dziecięcej kuchni i patrzę, jak mama przegląda stos magazynów ślubnych. Nie dla mnie, oczywiście – dla Meredith. Moja starsza siostra właśnie się zaręczyła i nagle cały dom kręci się wokół jej osi czasu.
„Grace, możesz jutro odebrać próbki serwetek z drukarni?” Mama nie podnosi wzroku. „Meredith jest zbyt zajęta przymiarkami sukienek”.
„Mam egzaminy, mamo.”
„Dasz radę” – mówi, jakby komentowała pogodę. „Zawsze ci się udaje”.
Właśnie o to chodzi w byciu niezawodnym. Wszyscy zakładają, że sobie z tym poradzisz.
Zajmuję się tym od czterech lat – pracuję 25 godzin tygodniowo w kawiarni, utrzymując średnią ocen 4,0 i opłacając czesne ze stypendiów i napiwków. W międzyczasie cała edukacja Meredith była finansowana przez naszych rodziców. Każdy semestr, bez żadnych pytań.
„Mamo, tak naprawdę chciałam z tobą porozmawiać o ukończeniu szkoły”. Mówię spokojnie, jakby spokój mógł uchronić przed rozczarowaniem. „Muszę kupić coś do ubrania na ceremonię. Może poszłybyśmy na zakupy w ten weekend?”
Mama w końcu podnosi wzrok, ale jej wzrok już wędruje z powrotem do magazynów. „Kochanie, jesteś taka dobra w znajdowaniu okazji online. Na pewno coś wymyślisz. Muszę się skupić na zaręczynach twojej siostry”.
„To za dwa tygodnie” – przypominam jej.
„Ale ukończenie studiów to…”
Jej ton staje się ostrzejszy. „Twoja siostra przywozi rodziców swojego narzeczonego. Wszystko musi być idealne”.
Kiwam głową. Zawsze kiwam głową.
Później tego wieczoru składałam pranie w swoim starym pokoju, gdy usłyszałam mamę rozmawiającą przez telefon ze swoją przyjaciółką Lindą.
„Och, zakończenie roku szkolnego” – mówi mama. „Tak, jest prymuską. Możesz w to uwierzyć?”
Pauza. Śmiech.
„Ale szczerze mówiąc, termin jest fatalny. Przyjęcie zaręczynowe Meredith jest w tym samym tygodniu i to jest priorytetem. Grace rozumie. Ona zawsze była taka niezależna”.
Niezależny.
Tego słowa używają, gdy mają na myśli coś zapomnianego.
Tej nocy zadzwoniłam do jedynej osoby, która kiedykolwiek zapytała mnie, jak się czuję.
Dziadek Howard odbiera po drugim sygnale. „Gracie. Właśnie o tobie myślałem”.
Coś w mojej piersi rozluźnia się, jakby ktoś przytrzymał ją pięścią. „Hej, dziadku. Opowiedz mi wszystko”.
„Jak tam egzaminy? Jak idzie przemówienie?”
Opadam na łóżko, przyciskam telefon do ucha i przez następne dwadzieścia minut naprawdę mówię — o mojej tezie, o przemówieniu, które przepisałem sześć razy, o tym, jak bardzo boję się stanąć przed tysiącami ludzi i udawać, że tam pasuję.
„Grace” – mówi dziadek, kiedy w końcu kończę – „masz już sukienkę? Buty? Potrzebujesz?”
Gardło mi się zaciska. „Nic mi nie jest, dziadku. Naprawdę.”
Milczy przez chwilę – taką ciszą, która oznacza, że ci nie wierzy. „Twoja babcia byłaby z ciebie taka dumna” – mówi w końcu. „Wiesz o tym, prawda? Zawsze mówiła, że masz jej ducha”.
Nigdy nie poznałam babci Eleanor. Zmarła, zanim się urodziłam. Ale widziałam zdjęcia i wszyscy mówią, że wyglądam dokładnie jak ona: te same ciemne włosy, ten sam uparty podbródek.
„Będę tam” – mówi dziadek. „W pierwszym rzędzie. Nie przegapiłbym tego za nic w świecie”.
„Dzięki, dziadku”. Mój głos się łamie. „To wiele znaczy”.
„I Grace” – dodaje łagodniej – „mam coś dla ciebie. Prezent. Twoja babcia chciała, żebyś go dostała, kiedy skończysz szkołę. Trzymałem go dla siebie przez lata”.
Zanim zdążyłem zapytać, co się stało, Meredith wpadła do mojego pokoju bez pukania.
„Grace, użyłaś mojego suchego szamponu?” – pyta. „Nigdzie nie mogę go znaleźć”.
Zakrywam telefon. „Nie używam twoich rzeczy, Meredith.”
Przewraca oczami i błyska pierścionkiem zaręczynowym, jakby to była broń. „Nieważne. Och… gratulacje z okazji bycia prymuską, chyba”.
Potem już jej nie ma.
Dziadek wszystko słyszał. Nic nie mówi, ale jego milczenie mówi samo za siebie.
Tydzień przed ukończeniem studiów chodzę na czterech godzinach snu, trzech filiżankach kawy i czystej złośliwości. Egzaminy zaliczone. Moja praca magisterska złożona. Pracuję na dwie zmiany w kawiarni, bo trzeba zapłacić czynsz, i nie zamierzam prosić rodziców o pomoc. Później tylko wykorzystaliby to jako amunicję – Kiedyś ci pomogliśmy, pamiętasz?
Głowa mi pęka od trzech dni z rzędu. Powtarzam sobie, że to stres. To zawsze stres.
Mama dzwoni, kiedy wycieram stoły po zamknięciu.
„Grace, potrzebuję cię w domu na ten weekend” – mówi. „Przyjęcie zaręczynowe jest w sobotę i potrzebuję pomocy z przygotowaniami”.
„Mamo, pracuję.”
„Zadzwoń i powiedz, że jesteś chory” – warczy. „Meredith cię potrzebuje”.
Ściskam telefon tak mocno, że aż bieleją mi kostki. A co z tym, czego potrzebuję?
Cisza.
A potem, jakbym to ja była tą nierozsądną, mówi: „Grace, nie dramatyzuj. To tylko jeden weekend”.
Twoja siostra zaręcza się tylko raz, mawiała. A ja kończę studia tylko raz, chyba.
Prymus. Cztery lata doskonałych ocen i ciężkiej pracy do upadłego.
Ale ja nic takiego nie mówię. Nigdy nic takiego nie mówię.
„Dobrze” – szepczę. „Będę tam”.
Rozłączam się i natychmiast czuję, jak znajomy ból za oczami się nasila. Pokój lekko się przechyla. Chwytam blat.
„Wszystko w porządku?” pyta mój współpracownik Jaime.
„Tak” – kłamię. „Po prostu jestem zmęczona”.
Tej nocy mam krwotok z nosa, który nie ustaje przez piętnaście minut. Mówię sobie, że to przez suche powietrze. Nic takiego.
W drodze do domu dostaję SMS-a od Meredith: Nie zapomnij odebrać serwetek z nadrukiem. I ubierz się elegancko. Rodzice Tylera będą.
Nie ” Jak się masz?” , nie “Dziękuję”. Tylko rozkazy.
Mój telefon znowu wibruje. Tym razem tata: Czy możesz odebrać ciocię Carol z lotniska w piątek? Mama i ja jesteśmy zajęte przygotowaniami do imprezy Meredith.
Zatrzymuję się na poboczu. Trzęsą mi się ręce i nie wiem, czy to złość, czy coś zupełnie innego.
Rachel niespodziewanie pojawia się w moim mieszkaniu z tajskim jedzeniem i zaniepokojonym wyrazem twarzy.
„Wyglądasz jak śmierć” – mówi, przeciskając się obok mnie i wchodząc do kuchni.
„Dzięki” – mruczę. „Też cię kocham”.
Rachel Miller jest moją najlepszą przyjaciółką od czasu orientacji dla studentów pierwszego roku. To jedyna osoba, która widziała, jak płaczę z powodu mojej rodziny. Jest też brutalnie szczera, co jednocześnie kocham i nienawidzę.
Odstawia jedzenie i odwraca się do mnie. „Grace. Kiedy ostatnio spałaś? Naprawdę spałaś”.
„Śpię.”
„Kłamczucha”. Krzyżuje ramiona. „Rozmawiałam z Jaime. Powiedziała, że wczoraj o mało nie zemdlałaś w pracy”.
„Po prostu kręciło mi się w głowie. To stres związany z egzaminami.”
„To stres w twojej rodzinie” – mówi Rachel łagodniejszym głosem. „Grace, niszczysz się dla ludzi, którzy nawet nie pojawią się na twoim ukończeniu studiów”.
„Przyjdą na zakończenie roku szkolnego” – mówię, ale słowa wydają się słabe, nawet gdy opuszczają moje usta.
„Naprawdę?” – pyta cicho Rachel.
Otwieram usta, żeby się kłócić, a potem je zamykam, bo prawda jest taka… że nie wiem. Mama nie wspominała o tym od tygodni. Tata ciągle zapomina daty. Meredith nawet nie wie, że jestem prymuską.
„Przyjdą” – mówię słabo. „To moje zakończenie studiów”.
Rachel siada naprzeciwko mnie. „Kochanie. Od czterech lat nie byli na ani jednej ceremonii wręczenia nagród. Ani jednej. Pamiętasz, jak zdobyłaś stypendium nauczycielskie? Kto był na widowni?”
„Ty i dziadek.”
„Dokładnie.” Wyciąga rękę przez stół i bierze mnie za rękę. „Grace, nie musisz się ciągle podpalać, żeby im było ciepło. Nawet nie patrzą na płomień.”
Oczy mnie pieką. Szybko mrugam.
Tej nocy, po wyjściu Rachel, myję zęby, gdy nagle mój wzrok się podwaja. Chwytam się umywalki. Ból głowy powraca, silniejszy niż wcześniej.
Chyba powinnam pójść do lekarza .
Ale nie ma czasu. Przyjęcie zaręczynowe jest jutro.
Połykam jeszcze dwie tabletki ibuprofenu i idę spać.
Mój telefon rozświetla się SMS-em od Rachel: Jeśli coś się stanie, zadzwoń do dziadka. Tylko on się tym przejmuje.
Nie odpowiadam, ale też nie usuwam.
Przyjęcie zaręczynowe Meredith to prawdziwa uczta dla oczu, jak wszystko w mojej rodzinie, kiedy Meredith jest gwiazdą. Spędziłam sześć godzin na nogach, ustawiając krzesła, układając kwiaty, dolewając szampana, odgrywając rolę, do której się urodziłam – niewidzialnego systemu wsparcia.
Ogród wygląda oszałamiająco. Białe lampki rozwieszone na dębach. Trzypiętrowy tort, który kosztował więcej niż mój miesięczny czynsz. Czterdziestu gości w strojach koktajlowych, śmiejących się i wznoszących toast za przyszłość mojej siostry.
Nikt nie pyta o moje.
„Grace, daj mi więcej szampana!” Mama macha z drugiego końca trawnika.
Biorę kolejną butelkę i przeciskam się przez tłum. Głowa mi pęka. Mimo to uśmiecham się.
Meredith trzyma dwór przy fontannie, z ramieniem Tylera obejmującym ją w talii. Jest rozpalona i ma trzy kieliszki szampana.
„Wszyscy” – oznajmia – „to moja młodsza siostra”.
Wciąga mnie w centrum uwagi. „Grace robi tu wszystko. Serio, nie wiem, co byśmy bez niej zrobili”.
Kilka braw, kilka uprzejmych uśmiechów — a potem Meredith pochyla się, a jej głos niesie się wystarczająco daleko.
„Ona jest taka dobra w, no wiesz, pomaganiu. Będzie nauczycielką. Wyobrażasz sobie? Będzie zarabiać na życie wycieraniem nosów”.
Śmiech. Lekki, lekceważący śmiech.
Ciągle się uśmiecham. Boli mnie twarz.
„A, i w przyszłym tygodniu kończy studia” – dodaje Meredith jakby mimochodem. „Vale-cośtam. Jak to się nazywa?”
„Prymus” – mówię cicho.
„No dobrze”. Meredith macha ręką. „Ona zawsze była mądra. Ale mądrość nie kupuje Louis Vuitton, prawda?”
Więcej śmiechu.
Przepraszająco wychodzę do kuchni i opieram się o blat, oddychając przez zęby, jak gdyby oddychanie mogło uchronić mnie przed pęknięciem.
Przez okno dostrzegam starszego mężczyznę obserwującego scenę. Rozpoznaję go – to pan Patterson, były kolega dziadka. Jego wyraz twarzy jest nieodgadniony.
Mój telefon wibruje.
Wiadomość SMS z nieznanego numeru: Twój dziadek powinien wiedzieć, jak traktuje cię twoja rodzina.
Podnoszę wzrok. Pan Patterson lekko unosi szklankę w moją stronę, po czym się odwraca.
Moje ręce się trzęsą, ale tym razem myślę, że to nie tylko upokorzenie.
Po imprezie jestem sama w kuchni, po łokcie w naczyniach. Wszyscy inni siedzą w salonie i dumają nad zdjęciami zaręczynowymi.
Mama wchodzi, z twarzą zarumienioną od wina i satysfakcji. „Grace, mam wspaniałe wieści”.
Nie odwracam się. „Co się stało?”
„Jedziemy do Paryża” – mówi, jakby ogłaszała, że coś wygrałam. „Całą rodziną. Tyler funduje nam prezent z okazji zaręczyn”.
Moje ręce przestają się ruszać w wodzie z mydłem. „Paryż… kiedy?”
„W przyszłą sobotę. Wylatujemy w piątek wieczorem.”
Piątkowy wieczór.
Uroczystość ukończenia szkoły odbędzie się w sobotę rano.
Powoli się odwracam. „Mamo. W sobotę mam zakończenie roku szkolnego”.
Macha ręką. „Wiem, kochanie, ale loty były już zarezerwowane, kiedy zorientowaliśmy się, że Tyler dostał taką dobrą ofertę”.
„Będziesz mógł spędzić wakacje na moim ukończeniu studiów.”
„Nie mów tak” – marszczy brwi. „To nie tylko wakacje. To dla twojej siostry”.
„Jestem prymuską” – mówię, a mój głos zaczyna się trząść. „Muszę wygłosić mowę”.
„I będziesz wspaniała” – mówi mama, jakby uspokajała malucha. „Nie potrzebujesz nas tam, Grace. Zawsze byłaś taka samowystarczalna”.
Wpatruję się w nią, czekając, aż coś w niej kliknie.
Nic takiego się nie dzieje.
„Tata się na to zgadza?” – pytam, chociaż już znam odpowiedź.
Jak na zawołanie, Tata pojawia się w drzwiach. Nie może spojrzeć mi w oczy.
„Grace” – mówi – „rozmawialiśmy o tym z twoją mamą. Meredith potrzebuje teraz wsparcia rodziny. Przechodzi przez wielką zmianę w życiu, a… ukończenie szkoły jako prymuska to nie jest wielka zmiana”.
Pokój się przechyla. Chwytam blat.
„Jesteś silna” – dodaje tata zmęczonym głosem. „Nie potrzebujesz nas tak, jak twoja siostra”.
Głos mamy dobiega z oddali. „Grace, wyglądasz blado”.
„Nic mi nie jest” – kłamię, mimo że mój wzrok zaczyna się rozmazywać, a ból głowy daje o sobie znać – czuję ostry ucisk za lewym okiem.
„Muszę iść” – wydusiłam z siebie. „Jutro wczesna zmiana”.
Wychodzę zanim zdążą odpowiedzieć.
W samochodzie siedzę w ciemności przez dziesięć minut. Potem jadę do pustego mieszkania i płaczę, aż nie mogę oddychać.
Trzy dni przed ukończeniem studiów leżę na podłodze w swoim mieszkaniu, bo wstanie wydaje mi się niemożliwe.
Głos Rachel trzeszczy w głośniku. „Opuszczają twoje zakończenie roku szkolnego, żeby zrobić sobie wakacje. Wakacje?”
„To z okazji zaręczyn Meredith” – mówię, bo wymówki to tylko pamięć mięśniowa.
„Grace, przestań ich usprawiedliwiać.”
„Nie szukam wymówek. Po prostu akceptuję rzeczywistość”.
„To jest gorsze” – mówi Rachel.
Wpatruję się w sufit. Jest tam plama wody w kształcie złamanego serca. Pasuje.
„Jak się czujesz fizycznie?” pyta Rachel. „Dziwnie brzmiałeś wczoraj przez telefon”.
„Nic mi nie jest. Jestem po prostu zmęczony.”
Tej nocy budzę się o 3:00 nad ranem z najgorszym bólem głowy w życiu. Ból jest tak silny, że aż jęczę. Potykam się i idę do łazienki.
Krew.
Znów leci mi krew z nosa – tym razem mocno. Nie chce przestać.
Siedzę na zimnej, kafelkowej podłodze, odchylając głowę do tyłu i czekając. Piętnaście minut. Dwadzieścia. W końcu zwalnia.
Przyglądam się sobie w lustrze: cienie pod oczami, zapadnięte policzki.
Kiedy zacząłem wyglądać jak duch?
Powinnam pójść do lekarza, myślę ponownie.
Ale za trzy dni jest zakończenie roku szkolnego. A ja muszę zapamiętać przemówienie.
Piszę do Rachel: Wszystko w porządku. Idę spać.
Potem otwieram zdjęcia i przewijam, aż znajdę zdjęcie dziadka i mnie z ostatnich świąt. Tylko on patrzy w obiektyw. Tylko on stoi obok mnie.
Myślę o tym, co powiedziała Rachel: Jeśli coś się stanie, zadzwoń do dziadka.
Zapisuję dziadka Howarda jako mój drugi kontakt alarmowy, na wszelki wypadek.
Potem połykam kolejną porcję ibuprofenu i mówię sobie: Jeszcze trzy dni. Przeżyję jeszcze trzy dni.
Jeśli kiedykolwiek czułeś się niewidzialny dla ludzi, którzy powinni cię kochać najbardziej – jeśli kiedykolwiek byłeś tym, na kim wszyscy polegają, ale nikt cię tak naprawdę nie widzi – napisz poniżej „niewidzialny”. Widzę cię. Byłem tobą.
A jeśli chcecie wiedzieć, co wydarzyło się na moim ukończeniu studiów, co tak naprawdę wydarzyło się, kiedy stanąłem na scenie, zostańcie ze mną, bo tego, co nastąpi, nigdy nie zapomnę do końca życia.
Dzień przed ukończeniem szkoły, kiedy po raz setny ćwiczyłam przemowę, zadzwonił dziadek Howard.
„Grace” – mówi – „jesteś gotowa na jutro?”
„Tak gotowa, jak tylko będę mogła”. Odłożyłam fiszki. „Jesteś pewna, że dasz radę? Wiem, że droga jest długa”.
„Dzikie konie by mnie nie powstrzymały” – mówi, a ja słyszę jego uśmiech. „Wyjeżdżam dziś wieczorem i zatrzymuję się w hotelu niedaleko kampusu. Chcę być tam wcześnie”.
Gardło mi się zaciska. „Dziadku, nie musisz”.
„Chcę. Muszę ci coś dać”. Robi pauzę. „Coś, co chciała, żebyś miała. Zostawiła ci to przed śmiercią. Kazała mi obiecać, że poczekam, aż skończysz studia. Wiedziała, że ci się uda, Grace. Wiedziała jeszcze przed twoimi narodzinami”.
„Nie wiem, co powiedzieć” – szepczę. „O co chodzi?”
„Zobaczysz jutro”. Jego głos łagodnieje. „Po prostu wiedz, że twoja babcia i ja zawsze w ciebie wierzyliśmy, nawet kiedy…”
Ucichł.
„Nawet kiedy co?” – pytam.
„Nawet gdy inni o tym zapomnieli.”
Długa pauza, ciężka jak kamień.
„Grace” – pyta dziadek – „czy twój ojciec kiedykolwiek ci mówił, że oferowałem pomoc w opłacaniu czesnego?”
„Co?” Ściska mnie w żołądku. „Nie. Zawsze mówił, że nie stać cię na pomoc nam obojgu”.
Dziadek wydaje dźwięk coś pomiędzy westchnieniem a gorzkim śmiechem. „Tak ci powiedział?”
„Dziadku…co masz na myśli?”
„Jutro” – mówi łagodnie. „Porozmawiamy jutro po ceremonii. Na razie wiedz tylko jedno – nie jesteś sama, Grace. Nigdy nie byłaś”.
Rozłączam się jeszcze bardziej zdezorientowany niż poprzednio.
Leave a Comment