Usiadłem raz.
Przez jakiś czas nie mieliśmy wieści od Natalie.
Pewnego wtorku mama wysłała mi SMS-a ze zdjęciem nowej pończochy, którą zamówiła w Internecie z wyszytym kursywą napisem Lily.
Powieszę to, kiedy ona przyjdzie, napisała.
Odłożyłam telefon i wzięłam oddech.
Zobaczymy.
Pończocha to tkanina i nić.
Szacunek to działanie.
Pewnego śnieżnego dnia Lily i ja zrobiliśmy gorącą czekoladę, a ja pozwoliłem jej dodać za dużo bitej śmietany.
Graliśmy w grę planszową, w której brakowało elementów.
Roześmiała się, a jej śmiech przypominał dźwięk dzwonków wietrznych.
Zapytała mnie:
„Myślisz, że Święty Mikołaj pomija dzieci?”
Powiedziałem jej prawdę.
„Nie” – powiedziałem. „Ale czasami ludzie wykorzystują Świętego Mikołaja, żeby być dla niego niemiłym”.
Skinęła głową.
Oparła się o mnie, ciepła i ciężka, a ja oparłem brodę na czubku jej głowy.
Jej włosy pachniały jabłkami, bo wybrała tani szampon.
Przez chwilę patrzyłem na puste krzesła, po czym wstałem i odsunąłem je od ściany.
Nie potrzebowałem, żeby mi cokolwiek udowadniali.
Wiosną, gdy przyjdzie przesyłka z przepustkami do zoo, od razu wrzucę ją do recyklingu.
Jeśli chcemy, to sobie je zafundujemy, w swoim własnym dniu.
A jeśli Hannah i jej dziewczynki chcą przyjść, to kupię cztery bilety.
Tak teraz działa matematyka.
Nie jestem bohaterem.
Nic nie wygrałem.
Wyznaczyłem na piasku linię za pomocą dolarów i centów i trzymałem się jej.
To wystarczyło.
Tak musiało być.
Gdy wieczorem układałam Lily do snu, wręczyła mi małą kartkę, którą zrobiła z papieru budowlanego.
Napisała, że na studia i wkleiła do środka monetę ćwierćdolarową.
Włożyłem do folderu z potwierdzeniem.
Zamknąłem szufladę.
Stałem tam przez sekundę i pozwoliłem sobie poczuć ciszę.
Leave a Comment