Liv podeszła do szafki nocnej, drżącymi rękami wzięła telefon i wybrała numer przyjaciółki.
Iris była chemiczką pracującą w laboratorium szpitalnym. Jeśli ktokolwiek mógł jej pomóc to zrozumieć, to właśnie Iris.
„Iris… hej.” Jej własny głos brzmiał obco, przestraszony. „Możesz teraz rozmawiać?”
„Liv? Co się stało? Brzmisz dziwnie” – powiedziała Iris, natychmiast ożywiona.
„Ja… ja potrzebuję twojej pomocy natychmiast.”
„Coś się stało? Gdzie jesteś?”
„Do domu”. Liv przełknęła ślinę. „Iris, znalazłam w sukience trochę białego proszku. Był wszyty w podszewkę. Nie wiem, co to jest, ale strasznie się boję”.
Na linii zapadła cisza.
Wtedy Iris cicho zapytała: „Która sukienka?”
„Ten, który Mark zamówił mi na urodziny.”
Kolejna pauza, tym razem dłuższa.
„Liv, posłuchaj mnie uważnie” – powiedziała Iris. Jej głos stał się szorstki, profesjonalny. „Nie dotykaj więcej tego pudru. Nie dotykaj go wcale. Jeśli dotknęłaś go rękami, natychmiast idź i umyj je kilka razy mydłem. Włóż sukienkę do plastikowego worka i zamknij go. I zbierz niewielką ilość pudru do osobnego worka, ale zrób to w rękawiczkach. Zrozumiano? Masz rękawiczki w domu?”
„Tak. Gumowe rękawiczki do mycia naczyń.”
„To zadziała. Pobierz próbkę i przynieś ją do laboratorium. Jestem teraz w pracy. Przyjdź jak najszybciej.”
„Iris, przerażasz mnie.”
„Nie chcę cię straszyć, ale to może być cokolwiek – od nieszkodliwego talku po coś bardzo niebezpiecznego. Musimy to tylko sprawdzić. Ubieraj się szybko i chodź tu.”
Liv się rozłączyła. Jej ręce trzęsły się jeszcze bardziej.
Poszła do łazienki, namydliła ręce i zaczęła je szorować pod gorącą wodą. Namydlała się, spłukiwała i znowu namydlała. Jej skóra poczerwieniała, ale myła się dalej, jakby próbowała zmyć nie tylko proszek, ale i paniczny strach, który ją ogarnął.
Potem wróciła do sypialni, wyjęła z kuchni gumowe rękawiczki i plastikowe torby, założyła rękawiczki, wzięła małą, zamykaną torebkę i ostrożnie zebrała szczyptę białego proszku z narzuty. Zamknęła ją i włożyła do kieszeni kurtki.
Starannie złożyła sukienkę, starając się nie rozsypać resztek proszku, i spakowała ją do dużego worka na śmieci. Zawiązała go i schowała w szafie.
Następnie zdjęła rękawiczki, jeszcze raz umyła ręce, ubrała się i wybiegła z domu.
W drodze do laboratorium starała się nie myśleć o tym, co się dzieje. Włączyła radio, żeby zagłuszyć głosy w swojej głowie, ale muzyka ją drażniła i wkrótce je wyłączyła. W milczeniu obserwowała drogę, sygnalizację świetlną i pieszych.
Wszystko wydawało się nierealne, jakby oglądała film o czyimś życiu.
Iris spotkała ją przy wejściu do budynku laboratorium. Miała na sobie biały fartuch, włosy związane do tyłu i poważny wyraz twarzy.
„Daj mi to” – powiedziała, biorąc woreczek z proszkiem. „Zaczekaj tu. Przeprowadzę szybką wstępną analizę”.
Liv stała dalej na korytarzu, opierając się o zimną ścianę. Czas ciągnął się boleśnie wolno – dziesięć minut, dwadzieścia, potem pół godziny.
Miała właśnie zapukać do drzwi laboratorium, gdy te się otworzyły i wyszła Iris.
Jej twarz była blada.
„Chodźmy porozmawiać do mojego biura” – powiedziała cicho.
Weszli do małego biura na końcu korytarza. Iris zamknęła drzwi, usiadła przy stole i gestem wskazała Liv, żeby usiadła naprzeciwko niej.
„Liv, to nie jest talk ani skrobia kukurydziana” – zaczęła. „To bardzo niebezpieczna substancja”.
„Co?” wyszeptała Liv.
„Przeprowadziłem test ekspresowy, który wykazał obecność związków toksycznych. Aby dokładnie ustalić, co to jest, potrzebujemy pełnej analizy. Ale mogę powiedzieć z całą pewnością – to trucizna”.
Słowo zawisło w powietrzu niczym cios.
„Trucizna, która aktywuje się w kontakcie z wilgocią i ciepłem” – kontynuowała Iris. „Ma to na myśli, gdy człowiek się poci. Gdybyś założyła tę sukienkę i spędziła w niej kilka godzin, zwłaszcza poruszając się, tańcząc, podniecając – czyli na imprezie – twoja skóra wydzielałaby pot, a trucizna zaczęłaby się wchłaniać”.
„Co… co by się wtedy stało?” zapytała Liv.
„Najpierw osłabienie, zawroty głowy, potem nudności, przyspieszone bicie serca – a potem, w zależności od dawki i czasu ekspozycji, mogło dojść do zatrzymania krążenia” – powiedziała Iris. „Wyglądałoby to na naturalną śmierć z powodu niewydolności serca, zwłaszcza u pięćdziesięcioletniej kobiety na uroczystym wydarzeniu, gdzie jest podekscytowana, pije wino i przeżywa emocje”.
Liv zakryła twarz dłońmi.
To nie mogło być prawdą. To musiał być koszmar. Kolejny sen, z którego wkrótce się obudzi.
„Liv, posłuchaj mnie”. Iris podeszła bliżej i wzięła ją za ręce. „Rozumiem, że to dla ciebie szok, ale musimy działać. Musisz natychmiast zgłosić się na policję”.
„Policja?” Liv uniosła głowę, a łzy spływały jej po policzkach. „Iris, to Mark. Mój mąż. Jesteśmy razem od dwudziestu lat. Jak on mógł…”
„Nie wiem jak ani dlaczego” – przerwała delikatnie Iris – „ale fakt pozostaje faktem: ktoś chciał cię zabić i upozorować wypadek. Zamówił tę sukienkę, prawda?”
„Tak… ale może krawcowa” – powiedziała Liv z rozpaczą. „Może to była ona”.
„Dlaczego krawcowa miałaby cię zabić? Czy ona w ogóle cię zna?”
Liv zamilkła. Oczywiście, że nie. Pani Reed była po prostu krawcową poleconą przez Nikki. Nie miały powodu do wrogości.
„Liv, musisz iść na policję” – powtórzyła stanowczo Iris. „Przekażę ci oficjalny raport o składzie tej substancji. Mam znajomego detektywa – dobrego człowieka. Zadzwoń do niego i spotkaj się z nim”.
Liv skinęła głową, nie mogąc wydobyć głosu.
Iris wybrała numer, porozmawiała z kimś, po czym podała Liv kartkę z numerem telefonu.
„Nazywa się detektyw Leonard Hayes. Wyjaśniłem mu wszystko. Czeka na twój telefon.”
Liv drżącymi palcami wzięła papier, wstała i opuściła biuro.
Na korytarzu zatrzymała się, oparła o ścianę i próbowała zebrać myśli.
Mark chciał ją zabić.
Jej mąż, ojciec jej dziecka, mężczyzna, z którym spędziła większą część życia.
Jak to było możliwe?
Wybrała numer detektywa. Po kilku sygnałach odebrał męski głos.
Mówi Leonard Hayes.
„Cześć”. Jej głos drżał. „Nazywam się Olivia Sutton. Iris dała mi twój numer”.
„Tak, wiem, pani Sutton” – powiedział. „Rozumiem, jak trudne to dla pani teraz jest, ale muszę się z panią spotkać jak najszybciej. Gdzie pani jest?”
„W pobliżu laboratorium medycznego na Maple Street.”
„Dobrze, będę za jakieś dwadzieścia minut. Czekaj na mnie przy wejściu i nigdzie nie wychodź.”
Liv wyszła na zewnątrz i usiadła na ławce przy wejściu. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Czuła się oszołomiona. Ludzie przechodzili obok. Samochody przejeżdżały ulicą. Wszystko wydawało się takie odległe, takie obce.
Dwadzieścia minut później podjechał ciemny, nieoznakowany samochód. Wysiadł z niego mężczyzna po pięćdziesiątce, ubrany w ciemną kurtkę, o zmęczonej, ale skupionej twarzy.
„Pani Sutton?” zapytał, wyciągając rękę. „Detektyw Leonard Hayes. Chodźmy porozmawiać”.
Weszli do holu budynku i usiedli na sofie w rogu. Detektyw wyjął notes i długopis.
„Opowiedz mi wszystko od początku” – powiedział. „Nie spiesz się, ale postaraj się zapamiętać wszystkie szczegóły”.
Liv zaczęła mu opowiadać o śnie, o swoim ojcu, o sukience, którą dał jej Mark, o tym, jak rozerwała podszewkę i znalazła puder. Głos jej się załamał, łzy popłynęły, ale mówiła dalej.
Detektyw Hayes słuchał w milczeniu, od czasu do czasu robiąc notatki.
Kiedy skończyła, zamknął notatnik i skinął głową.
„Pani Sutton, mam pani coś do powiedzenia” – powiedział poważnie. „Pani mąż, Mark Sutton, jest od jakiegoś czasu pod obserwacją. Prowadzimy śledztwo w sprawie poważnych oszustw finansowych. Ma poważne długi wobec pewnych osób. Bardzo poważne długi”.
Liv otarła łzy grzbietem dłoni.
„Jakie długi? On pracuje. Mamy stały dochód.”
„Był zamieszany w nielegalne transakcje nieruchomościami, pożyczał pieniądze od organizacji przestępczych i je stracił” – powiedział Hayes. „Kwota jest bardzo duża i grożono mu przemocą. Ale sześć miesięcy temu ubezpieczał cię na dużą sumę. Zgłosiliśmy to wtedy jako podejrzane, ale nie mogliśmy niczego udowodnić”.
Ubezpieczenie.
Ubezpieczył ją i miał otrzymać pieniądze po jej śmierci.
Więc naprawdę chciał ją zabić — dla pieniędzy.
„Wygląda na to”, kontynuował łagodnie detektyw. „A ta sukienka miała sprawić, żeby wyglądało to na nieszczęśliwy wypadek. Zawał serca na imprezie to częsty przypadek u kobiet w twoim wieku, zwłaszcza w stresie i pod wpływem alkoholu”.
Liv wpatrywała się w podłogę, nie mogąc podnieść głowy.
Dwadzieścia lat małżeństwa. Dwadzieścia lat miłości, troski, wspólnych trudności – i to wszystko było kłamstwem, przynajmniej przez ostatnie kilka miesięcy.
„Co mam zrobić?” zapytała cicho.
„Teraz zabierzemy sukienkę jako dowód” – powiedział Hayes. „Próbkę prochu też. Iris Reed już zgodziła się sporządzić oficjalny raport. Reszta to robota policji, ale potrzebujemy twojej pomocy. Jutro masz urodziny, prawda?”
“Tak.”
„Oto, co proponuję”. Detektyw Hayes nachylił się bliżej. „Idź na swoje przyjęcie – ale nie w tej sukience. Załóż inną, a będziemy gotowi do interwencji w każdej chwili. Mark Sutton oczekuje, że założysz tę sukienkę i zginiesz. Kiedy zobaczy cię w innym stroju i żywą, prawdopodobnie się zdenerwuje, może się zdradzi, a my go aresztujemy”.
„Chcesz, żebym była przynętą?” Liv spojrzała w górę przerażona.
„Niezupełnie” – powiedział spokojnie. „Chcemy po prostu, żeby wszystko przebiegało jak zwykle, ale pod naszą kontrolą. Będziecie bezpieczni. Obiecuję. Moi ludzie będą w pobliżu”.
Liv milczała, rozważając propozycję. Część jej chciała uciec, schować się i nigdy więcej nie zobaczyć Marka. Ale inna, silniejsza część pragnęła sprawiedliwości.
Próbował ją zabić – matkę swojego dziecka. Musiał za to odpowiedzieć.
„W porządku” – powiedziała stanowczo. „Zgadzam się. Zrobimy to”.
Detektyw Hayes skinął głową z szacunkiem.
„Jesteś silną kobietą, pani Sutton. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję.”
Omawiali szczegóły jeszcze przez chwilę. Potem detektyw wyszedł, zabierając sukienkę ze sobą jako dowód.
Liv stała nadal przed laboratorium, wpatrując się w pustą drogę.
Zbliżał się wieczór. Wkrótce Mark wróci do domu, a ona będzie musiała spojrzeć mu w oczy, wiedząc, że życzy jej śmierci – porozmawiać z nim, uśmiechnąć się, udawać, że wszystko jest w porządku.
Wróciła do domu, ledwo stojąc z wyczerpania i szoku. Weszła do domu, rozebrała się i położyła na sofie, przykrywając się kocem. Oczy same się zamknęły, ale sen był niemożliwy. W głowie kłębiły się tylko niekończące się myśli, nie dające spokoju.
Przypomniała sobie ostatnie kilka miesięcy — jak Mark stał się bardziej wycofany, drażliwy; jak często wychodził z pokoju, gdy dzwonił telefon; jak nalegał na wykupienie ubezpieczenia na życie.
„Mówią, że to konieczne dla bezpieczeństwa rodziny” – powiedział jej.
Wszystkie te drobne rzeczy, na które nie zwracała uwagi, ułożyły się teraz w przerażający obraz.
Planował to długo i skrupulatnie.
I niemal stała się ofiarą jego planu.
Ale jej ojciec ją uratował.
Nawet po śmierci chronił swoją córkę.
„Dziękuję, Tato” – wyszeptała Liv w pustkę. „Dziękuję, że mnie nie zostawiłeś”.
Znów popłynęły łzy, ale tym razem nie były to tylko łzy żalu, ale także łzy wdzięczności i determinacji.
Jutro pójdzie na imprezę, a Mark zda sobie sprawę, że jego plan się nie powiódł.
Drzwi wejściowe zatrzasnęły się. Jej mąż wrócił.
Liv szybko otarła łzy i wstała z sofy, starając się zachować spokój.
„Liv, wróciłem!” – zawołał Mark z przedpokoju.
„Jestem tutaj” odpowiedziała, wchodząc na korytarz.
Przyjrzał się jej uważnie.
„Wyglądasz trochę blado. Wszystko w porządku?”
„Tak, po prostu zmęczona”. Wymusiła uśmiech. „Cały dzień byłam na nogach, szykując się”.
„Rozumiem. No to odpoczniesz jutro na przyjęciu”. Wszedł do kuchni. „Co na obiad?”
Liv w milczeniu podążyła za nim.
Po raz pierwszy od dwudziestu lat małżeństwa spojrzała na męża, jakby był kimś obcym.
Noc minęła w niespokojnej drzemce. Liv zapadała w niespokojny sen, a potem budziła się, słysząc oddech męża obok siebie. Za każdym razem, gdy otwierała oczy, serce zaczynało jej walić. Rzeczywistość powracała niczym ciężki ciężar.
Mark spał spokojnie, lekko chrapiąc. Ten spokój wydawał się jej potworny.
Jak mógł spać tak spokojnie, planując zamordowanie własnej żony?
Rano obudził się pierwszy, przeciągnął się i zwrócił się do niej z uśmiechem.
„No cóż, solenizantko, powitajmy twój dzień” – powiedział radośnie.
Pocałował ją w policzek, a Liv ledwo powstrzymała się przed odsunięciem.
„Dzień dobry” – zdołała powiedzieć.
Zjedli śniadanie w niemal całkowitym milczeniu. Mark przeglądał telefon, od czasu do czasu komentując pogodę i ruch uliczny. Liv mechanicznie żuła tost, nie czując jego smaku.
Detektyw Hayes zadzwonił wczoraj wieczorem, gdy Mark brał prysznic i powiedział jej, że wszystko jest gotowe. Jego ludzie będą w restauracji przebrani za stałych klientów. Liv miała zachowywać się naturalnie i czekać.
„Słuchaj, muszę wpaść do biura dziś po południu” – powiedział Mark, dopijając kawę. „Wrócę wieczorem, odbiorę cię i pojedziemy na imprezę. Przygotuj sukienkę wcześniej, żebyś nie musiała się spieszyć”.
Liv skinęła głową, nie podnosząc wzroku.
“Dobra.”
Wyszedł około pierwszej, a ona znów została sama.
Poszła do sypialni, otworzyła szafę i wyjęła niebieską sukienkę, którą chciała założyć od samego początku. Prostą, elegancką, taką, w której czuła się naprawdę komfortowo.
Powiesiła je na drzwiach szafy i długo się w nie wpatrywała, próbując zebrać myśli.
Zadzwonił telefon. To była Nikki.
„Mamo, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!” – głos córki był radosny, pełen ciepła. „Jak się masz?”
„Dziękuję, kochanie” – Liv starała się brzmieć radośnie. „W porządku, tylko trochę się denerwuję”.
„Już w drodze. Będziemy u ciebie za godzinę. Mikey tak się zdenerwował, że zapomniał o swoim ulubionym samochodziku w domu. Musieliśmy zawrócić” – zaśmiała się Nikki. „Słuchaj, przymierzałaś tę sukienkę? Tata się nią zachwycał. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jaka jest piękna”.
Liv przełknęła gulę w gardle.
„Przymierzyłam” – powiedziała powoli. „Ale wiesz… postanowiłam założyć inną. Tę niebieską. Pamiętasz?”
Nastąpiła krótka pauza.
„Inny? Ale mamo, tata zamówił go specjalnie.”
„Nikki, proszę, nie kłóć się”. Głos Liv zabrzmiał ostrzej, niż zamierzała. „Założę to, w czym czuję się komfortowo. W końcu to moja impreza”.
„Dobra, dobra”. Nikki była wyraźnie zaskoczona tonem. „Jak chcesz. Najważniejsze, żebyś była szczęśliwa. Buziaki. Do zobaczenia wkrótce”.
Liv odłożyła telefon i usiadła na łóżku.
Przed nią czekał najtrudniejszy dzień w życiu. Musiała się uśmiechać, przyjmować gratulacje, rozmawiać z gośćmi – i przez cały czas wiedzieć, że mężczyzna stojący obok niej próbował ją zabić.
Wstała i podeszła do lustra. Pięćdziesiąt lat. Zmarszczki wokół oczu. Siwe pasma we włosach, które skrzętnie ukrywała. Zwykła kobieta, która wiodła zwyczajne życie, pracowała jako księgowa, wychowała córkę, prowadziła dom.
Co zrobiła źle? Czym zasłużyła na taką zdradę?
W jej oczach pojawiły się łzy, ale zmusiła się, żeby je powstrzymać.
Nie. Dziś nie będzie płakać.
Dziś byłaby silna.
Liv poszła do łazienki, odkręciła prysznic i długo stała pod gorącym strumieniem, próbując zmyć ciężar z duszy. Potem wysuszyła włosy, nałożyła lekki makijaż, ubrała się w luźne ciuchy i czekała.
Nikki i jej rodzina przybyli pierwsi. Jej zięć, Darius, niósł ogromny bukiet róż. Jej wnuk, Mikey, pobiegł przed wszystkimi i rzucił się w ramiona Liv.
„Babciu, wszystkiego najlepszego! Kupiliśmy ci największy tort!” – oznajmił dumnie.
Liv przytuliła go, wdychając zapach szamponu dla dzieci i na chwilę zapomniała o wszystkim. To było prawdziwe. To było to, dla czego warto było żyć.
„Dziękuję, kochanie” – wyszeptała i pocałowała go w czubek głowy.
Nikki objęła matkę, a Liv poczuła, że córka przygląda się jej twarzy z lekkim niepokojem.
„Mamo, naprawdę wszystko w porządku? Wyglądasz, nie wiem… dziwnie.”
„Nic mi nie jest, jestem tylko trochę zmęczona przygotowaniami”. Liv odsunęła się i uśmiechnęła. „Wejdź, usiądź. Zrobię herbatę”.
Usiedli w kuchni. Mikey paplał bez przerwy, opowiadając o przedszkolu i nowych przyjaciołach. Darius omówił szczegóły wieczoru z Nikki, upewniając się, o której godzinie muszą być w restauracji.
Liv siedziała z nimi, kiwała głową, odpowiadała na pytania, ale miała wrażenie, że obserwuje to wszystko z dystansu.
Mark wrócił do domu o trzeciej. Był w dobrym humorze, przytulił Nikki, poczochrał wnuka po włosach i uścisnął dłoń Dariusza.
„Czas się szykować” – powiedział, patrząc na zegarek. „Musimy być w Magnolia Grill o szóstej. Liv, idź się ubrać. Czas nam się kończy”.
Liv wstała, poszła do sypialni, zamknęła drzwi, oparła się o nie i na chwilę zamknęła oczy.
Teraz zauważył, że miała na sobie inną sukienkę.
Jak on zareaguje?
Otworzyła szafę, zdjęła niebieską sukienkę z wieszaka i założyła ją. Zapięła ją, wyprostowała fałdy i spojrzała na siebie w lustrze.
Wyglądała dobrze. Elegancko. Dostojnie.
Chwyciła małą kopertówkę, włożyła do niej telefon, szminkę i chusteczkę, wzięła głęboki oddech i wyszła z sypialni.
Wszyscy byli już gotowi w salonie — Nikki w pięknej beżowej sukience, Darius w garniturze, Mikey w białej koszuli i kamizelce.
Mark stanął przy oknie i odwrócił się, gdy usłyszał jej kroki.
Jego twarz się zmieniła.
Uśmiech zamarł. Jego oczy się rozszerzyły. I przez ułamek sekundy Liv dostrzegła w nich coś, co zmroziło jej krew w żyłach.
Wściekłość. Niezrozumienie. Strach.
„Co to jest?” zapytał zbyt ostrym głosem. „Co to dokładnie jest?”
„Co jest co?” Liv zatrzymała się na środku pokoju i spojrzała mu w oczy.
„Czemu nie nosisz tej sukienki?” Zacisnął szczękę. „Prosiłem cię o to. Zamówiłem ją specjalnie”.
„Wolę ten” – odpowiedziała, wzruszając ramionami, starając się mówić spokojnie. „Nie będziesz protestował, prawda, Mark?”
Nikki wymieniła szybkie spojrzenie z Dariusem. W powietrzu zapadła niezręczna cisza.
„Ale się zgodziliśmy” – wycedził Mark przez zęby. Zrobił krok w jej stronę, a jego ruchy wyrażały ledwie powstrzymywaną agresję. „Liv, to twoje pięćdziesiąte. Wydałem tyle pieniędzy. Zamówiłem to specjalnie…”
„W tej czuję się lepiej” – przerwała stanowczo. „A tak w ogóle, Mark, mam urodziny. Będę nosić, co chcę”.
Wpatrywał się w nią, a Liv niemal widziała myśli kłębiące się w jego głowie. Nie rozumiał, co się dzieje. Czemu nie miała na sobie tej sukienki? Cały jego plan legł w gruzach.
„Mama ma rację, tato” – wtrąciła Nikki, wyczuwając napięcie. „Jaka różnica, która sukienka? Najważniejsze, żeby wyglądała pięknie”.
Mark zacisnął pięści, a potem je rozluźnił, wymuszając uśmiech. Ale wyglądał na wymuszony.
„Oczywiście, oczywiście. Przepraszam, Liv. Po prostu chciałem, żeby wszystko było idealne.”
„Wszystko jest idealne, takie jakie jest” – odpowiedziała. W jej głosie słychać było stal, której wcześniej nie było.
Pojechali do restauracji dwoma samochodami — Nikki z rodziną jednym, Liv i Mark drugim.
Przez całą drogę milczał, ściskając kierownicę tak mocno, że aż zbielały mu kostki. Liv siedziała obok niego, patrząc przez okno, czując, jak napięcie w samochodzie narasta niczym burza.
„Wiesz coś?” zapytał nagle cicho.
Zwróciła się do niego.
„O czym mówisz?”
„Nie udawaj”. Jego wzrok utkwiony był w drodze. „Widzę, że coś z tobą nie tak od rana. Co się stało?”
Liv spojrzała na niego i poczuła, jak wszystko w jej wnętrzu ściska się z bólu. Ten mężczyzna, którego kochała, z którym spędziła większość życia, patrzył teraz na nią z zimnym wyrachowaniem drapieżnika, którego ofiara się wymyka.
„Nic się nie stało, Marku” – odpowiedziała spokojnie. „W końcu się obudziłam”.
Chciał coś powiedzieć, ale podjechali pod restaurację. Zaparkował, wyłączył silnik i siedział nieruchomo, patrząc przed siebie.
„Liv, jeśli coś planujesz…” zaczął.
„Chodźmy. Goście czekają” – powiedziała, otwierając drzwi i nie pozwalając mu dokończyć.
Restauracja była udekorowana balonami i kwiatami. Iris powitała ich przy wejściu z bukietem, przytuliła Liv i szepnęła jej do ucha: „Wszystko będzie dobrze. Trzymaj się”.
Goście już zebrali się w jadalni – koledzy z pracy, sąsiedzi, starzy znajomi. Wszyscy się uśmiechali, składali gratulacje, wręczali prezenty.
Liv odwzajemniła uśmiech, podziękowała im, przytuliła ich, ale w głębi duszy czuła pustkę.
Mark trzymał się blisko, odgrywając rolę oddanego męża, ale Liv czuła, jak drży z napięcia. Kilkakrotnie próbował odciągnąć ją na bok, żeby porozmawiać na osobności, ale za każdym razem znajdowała pretekst, żeby się wymknąć.
Impreza trwała dalej. Stoły zostały nakryte. Wniesiono potrawy. Rozlano wino. Mistrz ceremonii rozpoczął program. Goście wznieśli toasty.
Liv siedziała na czele stołu, uśmiechając się i odpowiadając na gratulacje, ale jej wzrok nieustannie błądził po sali, szukając ludzi detektywa Hayesa.
W końcu ich zauważyła – trzech mężczyzn przy stoliku w rogu, ubranych niepozornie, ale z czujnym wzrokiem. Jeden z nich dostrzegł jej spojrzenie i ledwo dostrzegalnie skinął głową.
Byli tutaj.
Oni obserwowali.
Leave a Comment