„Dziękuję za poważne traktowanie swojego zdrowia” – powiedziała – „za konsekwentne leczenie, za zbudowanie systemu wsparcia. Nie każdy pacjent tak postępuje”.
Teraz mam silne wsparcie.
Sujin i ja staliśmy się sobie jeszcze bliżsi – właściwie jesteśmy siostrami. Jemy razem kolację dwa razy w tygodniu, spacerujemy w weekendy i codziennie się odzywamy.
„Uratowałaś mi życie” – powiedziałem jej kiedyś.
„Uratowałaś sobie życie, szukając leczenia” – powiedziała. „Dopilnowałam tylko, żebyś nie przechodziła przez to sama”.
Nawiązałam również kontakt z innymi kobietami poprzez grupę wsparcia w rehabilitacji kardiologicznej. Spotykamy się co miesiąc, aby rozmawiać o radzeniu sobie z chorobami serca, dbaniu o zdrowie i wspieraniu się nawzajem.
„To dziwne” – powiedziała jedna z kobiet podczas spotkania. „Choroba serca zmusiła mnie do zbudowania lepszej sieci wsparcia. Byłam tak skupiona na rodzinie, że zaniedbałam przyjaźnie. Teraz mam ludzi, na których naprawdę mogę liczyć”.
Zrozumiałem dokładnie, co miała na myśli.
Rozmawialiśmy z Danielem trzy razy w ciągu sześciu miesięcy – krótkie, powierzchowne rozmowy. Opowiada mi o pracy, o życiu z Meerą. Ja opowiadam mu o swoim zdrowiu i o tym, co robię.
Jesteśmy uprzejmi i dystansujący się – bardziej jak znajomi niż matka i syn.
„Wszystko w porządku?” – pyta.
„Mam się dobrze” – mówię. „Serce jest dobre. Praca jest dobra. Życie jest dobre”.
„Wspaniale, mamo” – mówi. „Cieszę się. Jak się masz?”
„Zajęty” – mówi. „Praca jest intensywna. Meera i ja… pracujemy nad pewnymi sprawami”.
„Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze” – mówię.
„Dzięki” – mówi. „No cóż, chciałem tylko zajrzeć. Do zobaczenia wkrótce”.
„Jasne” – mówię. „Uważaj na siebie, Danielu”.
Te rozmowy pozostawiają we mnie uczucie pustki.
Kiedyś rozmawialiśmy godzinę o wszystkim i o niczym. Teraz ledwo wytrzymujemy pięć minut. Ale nie jestem gotowa na więcej – nie jestem gotowa zaryzykować kolejnego zranienia, nie jestem gotowa zaufać, że Daniel się pojawi, kiedy będę go potrzebować.
W zeszłym tygodniu Daniel zadzwonił z nowinami.
„Mamo” – powiedział – „Meera i ja zaręczyliśmy się”.
„Gratulacje” – powiedziałam, mówiąc tak, jak się mówi o czymś, o czym się nie wie, co myśleć.
„Dziękuję” – powiedział. „Myślimy o ślubie jesienią, prawdopodobnie w przyszłym roku”.
„Brzmi nieźle” – powiedziałem.
„Chciałbym, żebyś tam była” – powiedział. „Wiem, że sytuacja jest napięta, ale jesteś moją mamą. Chcę, żebyś była na moim ślubie”.
„Pomyślę o tym” – powiedziałem.
„Pomyśl tylko” – błagał.
„Tak” – powiedziałem. „Muszę się zastanowić, czy jestem gotowy świętować twoje małżeństwo z kimś, kto przez ostatni rok uczył cię, że się nie liczę”.
„To niesprawiedliwe wobec Meery” – powiedział szybko.
„Może nie” – powiedziałem. „Ale to uczciwe. Dam ci znać, co postanowię”.
Zakończyliśmy tę rozmowę tak, jak teraz kończymy wszystkie nasze rozmowy – nierozwiązani, niezręczni, z większą ilością niedopowiedzianych kwestii niż wypowiedzianych.
Nie wiem, czy pójdę na ślub Daniela.
Część mnie tego chce. Mimo wszystko, on nadal jest moim synem.
Część mnie wie, że wyjazd oznacza zaakceptowanie mojej pomniejszonej roli w jego życiu – zaakceptowanie, że Meera wygrała, a ja zostałem skutecznie zmarginalizowany.
Jedno wiem na pewno: wszystko w porządku.
Moje serce jest uzdrowione. Moje życie jest pełne – nie z rodziną, którą myślałem, że mam, ale z ludźmi, którzy udowodnili, że im zależy. Sujin. Moi przyjaciele z rehabilitacji kardiologicznej. Moi współpracownicy, którzy regularnie się ze mną kontaktują.
Nie będę już czekać w garażach. Nie będę stać tam, gdzie mi każą, podczas gdy inni będą decydować, czy warto dla mnie wracać. Nie będę mieć nadziei, że Daniel zapamięta, że jestem ważna.
Buduję życie, które nie jest uzależnione od obecności syna – życie, w którym jestem otoczona ludźmi, którzy naprawdę mnie cenią.
Życie, w którym ona będzie tu czekać, to coś, czego nikt by o mnie nie powiedział, ponieważ nie czekam na ludzi, którzy udowodnili, że nie wrócą.
Mam na imię Margaret. Mam siedemdziesiąt jeden lat. Mam migotanie przedsionków, które jest teraz dobrze kontrolowane.
Jestem matką, która zrozumiała, że wychowywanie dziecka w pojedynkę nie gwarantuje, że będzie ono przy niej, gdy będzie jej potrzebować.
Jestem kobietą, która nauczyła się cenić ludzi, którzy naprawdę się pojawiają.
Sześć miesięcy temu stałam na tym parkingu i patrzyłam, jak drzwi windy powoli się zamykają. Patrzyłam, jak mój syn znika, nie oglądając się za siebie. Zostałam tam, gdzie kazano mi czekać, spokojna i cicha, pozwalając, by ta chwila przemówiła sama za siebie.
To mówiło samo za siebie.
I posłuchałem.
W końcu posłuchałem.
Leave a Comment