Po ich wyjściu, Patricia i ja usiedliśmy na jej tylnym ganku, popijając kawę.
Poranek był chłodny.
Niebo czyste.
„Dobrze ci poszło” – powiedziała Patricia.
„Nie jesteśmy jeszcze pewni” – powiedziałem. „To zajmie trochę czasu”.
„Ale się staracie” – powiedziała. „Oboje”.
„Tak” – powiedziałem.
„A my?” – zapytałem, a mój głos zaskoczył mnie swoją czułością. „Czy nadal traktujemy to dzień po dniu?”
Spojrzałem na nią.
Naprawdę wyglądał.
Srebro we włosach.
Zmarszczki wokół oczu spowodowane śmiechem.
Sposób, w jaki trzymała filiżankę kawy obiema rękami, dawał jej ciepło, było dla niej czymś bardzo cennym.
„Myślę” – powiedziałem ostrożnie – „że jestem gotowy przestać brać to dzień po dniu”.
Brwi Patricii uniosły się.
„Na co jesteś gotowy?”
„Jutro” – powiedziałem.
“Przyszły tydzień.”
“Przyszły miesiąc.”
„Całość.”
Uśmiechnęła się.
„To dobrze” – powiedziała.
„Bo już powiedziałem moim dzieciom, że przyjedziesz na ślub Jennifer w sierpniu”.
„Naprawdę?” – zapytałem.
„Tak” – powiedziała, a jej uśmiech stał się figlarny. „Jako moja randka”.
„Czy to w porządku?”
„To więcej niż w porządku” – powiedziałem.
„Dobrze” – powiedziała Patricia.
„Bo jestem szczęśliwa, Richardzie” – powiedziała. „Naprawdę szczęśliwa”.
„I chcę być z tobą szczęśliwa tak długo, jak to możliwe.”
„Ja też” – powiedziałem.
Siedzieliśmy tam, gdy słońce wznosiło się coraz wyżej, piliśmy kawę i nie mówiliśmy wiele.
Czasami szczęście nie potrzebuje słów.
Czasami oznacza to po prostu siedzenie na ganku z kimś, kto cię widzi – naprawdę cię widzi – i mimo wszystko decyduje się tam być.
Mój telefon zawibrował.
Wiadomość od Sary.
„Możemy pójść na brunch w przyszłą niedzielę? Patricia też. Dzieciaki chcą was obie zobaczyć.”
Pokazałem Patricii.
Uśmiechnęła się.
„Widzisz?” powiedziała. „Teraz utkniesz z nami.”
„Mogę sobie wyobrazić gorszy los” – powiedziałem.
I mówiłem poważnie.
Bo gdzieś pośród bałaganu wykluczenia ze Świąt Bożego Narodzenia, stawiania granic i ryzykowania nową miłością, znalazłam coś lepszego niż włączenie z poczucia obowiązku.
Znalazłem ludzi, którzy mnie wybrali.
Ludzie, którzy chcieli, żebym tam był.
Ludzie, którzy widzieli we mnie kogoś, kogo warto poznać, a nie tylko kogoś, kogo należy tolerować.
Margaret spodobałaby się Patricia.
Spodobałby jej się klub fotograficzny, wycieczki i ogród japoński o świcie.
Powiedziałaby mi, żebym nie była taka ostrożna ze swoim sercem.
Żyć.
Więc to właśnie robię.
Mając sześćdziesiąt cztery lata, siwe włosy, okulary do czytania i nowy obiektyw do aparatu.
Życie z kimś, kto mnie rozśmiesza.
Życie z córką, która uczy się być obecna.
Mieszkanie z wnukami, którzy chcą pokazać mi swoje kolekcje kamieni i posłuchać o moich zdjęciach.
Żyj tak, jakby nigdy nie było za późno.
Ponieważ tak nie jest.
Nigdy tak nie jest.
Leave a Comment