Moja ofiara nie była obowiązkiem. To była głupota.
I przestałem być głupi.
Wziąłem głęboki oddech, wyprostowałem ramiona i zmusiłem twarz do neutralnego wyrazu. Potem otworzyłem drzwi trochę szerzej, upewniając się, że zaskrzypią, i wszedłem z oczami wbitymi w notes, jakbym czytał go cały czas.
„Znalazłam!” – powiedziałam radośnie. „Przepraszam. Ostatnio jestem taka rozkojarzona”.
Lexi i mama lekko się od siebie odsunęły, a ich wyrazy twarzy zmieniły się z wyćwiczoną łatwością w coś naturalnego i ciepłego.
Gdybym nie usłyszała tego, co właśnie usłyszałam, mogłabym pomyśleć, że rozmawiali o kolorach lakierów do paznokci, albo o czymś równie niewinnym.
„Nie ma problemu, kochanie” – powiedziała mama z idealnym uśmiechem. „Właśnie rozmawialiśmy o tym, jak bardzo się cieszymy, że zobaczymy, co stworzysz”.
„Oczywiście” – wtrąciła Lexi. „Wiem, że zrobisz dla mnie coś niesamowitego”.
Odwzajemniłem uśmiech. Miałem wrażenie, że moja twarz może pęknąć od wysiłku.
„Zrobię, co w mojej mocy.”
Spędziliśmy kolejne trzydzieści minut, omawiając wizję Lexi dotyczącą sukni. Chciała dramatyzmu. Chciała blasku. Chciała czegoś, co doprowadzi jurorów do łez.
Pokazała mi kilkanaście zdjęć referencyjnych, wszystkie wykonane przez projektantów, których asystenci zarobili w miesiąc więcej, niż ja w ciągu całego roku.
„Zdecydowanie szmaragdowa zieleń” – powiedziała. „Uwydatnia moje oczy”.
„Korale na gorsecie” – dodała mama. „Mnóstwo brokatu”.
„A spódnica musi pięknie się układać” – powiedziała Lexi. „Na przykład, zwiewna i romantyczna, ale jednocześnie na tyle strukturalna, żeby dobrze się prezentowała na zdjęciach”.
Zapisałam wszystko, kiwając głową we właściwych miejscach, zadając właściwe pytania. Grałam rolę oddanej siostry, niezawodnej krawcowej, rodzinnego konia pociągowego.
Kiedy w końcu wyszli, Lexi dała mi całusa w powietrzu, tuż przy policzku.
„Jesteś najlepsza, Harper. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.”
Mama ścisnęła moją dłoń.
„To będzie cudowne. Po prostu to wiem.”
Drzwi się zamknęły. Zadzwonił dzwonek.
A ja stałam pośrodku swojej pracowni, otoczona tkaninami, nićmi i duchami każdego odłożonego przeze mnie snu, nie czując niczego.
Potem wyciągnąłem telefon.
Moje palce zawisły nad aplikacją tekstową, ale pisanie wydawało się zbyt bierne jak na wściekłość wibrującą pod moją skórą. Potrzebowałem usłyszeć ludzki głos.
Wcisnąłem przycisk szybkiego wybierania, aby zadzwonić do O’Briena.
O’Brien Mitchell był moim najlepszym przyjacielem od lat. Poznaliśmy się w społeczności miłośników tekstyliów i mody – kolektywie pasjonatów tkanin, dla których ważniejsze było skład włókien niż aktualne trendy.
Zadałem złożone pytanie dotyczące integralności strukturalnej jedwabiu ciętego ukośnie, a O’Brien był jedyną osobą, która odpowiedziała, przedstawiając szczegółową analizę inżynierską, a nie przypuszczenie.
Postanowiliśmy spotkać się na kawie, aby kontynuować dyskusję. Zostaliśmy aż do zamknięcia sklepu, kłócąc się o wzory splotów i od tamtej pory jesteśmy nierozłączni.
Większość ludzi myślała, że się spotykamy. Nigdy nie byliśmy niczym innym niż przyjaciółmi, ale łączyła nas ta rzadka przyjaźń, która dawała poczucie rodziny – taka, którą się wybiera, a nie taka, do której jest się przywiązanym.
O’Brien był genialny. Naprawdę, obiektywnie genialny.
Pracował teraz w dużej firmie produkującej odzież sportową, zajmując się badaniami i rozwojem tkanin o wysokiej wydajności. Przez lata wielokrotnie próbował namówić mnie do ubiegania się o stanowiska w jego firmie.
„Jesteś lepsza niż to” – mawiał, wskazując na moje ciasne studio. „Powinnaś projektować dla prawdziwych marek, Harper. Masz talent”.
Ale zawsze byłam zbyt przestraszona, zbyt przekonana, że nie jestem wystarczająco dobra.
Jakim byłem idiotą.
Odebrał po drugim sygnale.
„Harper? Wszystko w porządku?”
„Nie” – powiedziałem drżącym głosem. „Nie, O’Brien, nie jest”.
A potem mu opowiedziałam. Wszystko.
Przemierzałam całe moje maleńkie studio, ściskając telefon jak koło ratunkowe, i wyrzuciłam z siebie wszystko — popyt na sukienkę, akcję anonimowego francuskiego projektanta i rozmowę, którą podsłuchałam na schodach.
Kiedy doszedłem do fragmentu, w którym moja matka nazwała mnie nieudacznikiem, mój głos się załamał.
Po drugiej stronie zapadła długa cisza.
Wtedy rozległ się głos O’Briena, niski i groźny.
„Ten komentarz o porażce… Harper, wiesz, że to bzdura, prawda? Jesteś jedną z najbardziej utalentowanych projektantek, jakie kiedykolwiek spotkałam”.
„Nieważne” – powiedziałem, ocierając łzę z policzka grzbietem dłoni. „Liczy się to, że byłem idiotą przez jedenaście lat i już z tym skończyłem”.
„Jak to zrobione?”
Zatrzymałam się i spojrzałam na manekin stojący w kącie.
„Uszyję tę sukienkę. Zrobię ją idealną. I dopilnuję, żeby moja siostra nigdy nie zapomniała o przysłudze, którą jej wyświadczyłam”.
„Chcę stworzyć coś tak pięknego, że gdy wszystko się rozpadnie, nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie dałem z siebie wszystkiego”.
„Rozpada się” – powtórzył powoli O’Brien. „Dosłownie?”
“Idealnie.”
Prawie słyszałem, jak mózg jego inżyniera zmienia biegi, a trzask i szum obliczeń zastępuje gniew. Po chwili odezwał się ponownie, a jego ton był ostry i pełen nowego pomysłu.
„Może mam coś, co mogłoby pomóc” – powiedział.
“Co to jest?”
„Lepiej ci pokażę. Potrzebuję tygodnia.”
„Tydzień?”
„Zaufaj mi, Harper. Warto będzie poczekać. Spotkajmy się w przyszłą sobotę? Tam, gdzie zwykle?”
„Będę tam” – powiedziałem.
Następny sobotni poranek był szary i mżysty.
Spotkałem O’Briena w naszej ulubionej kawiarni, małym lokalu o nazwie Brood Awakening, w którym serwowano naprawdę dobrą kawę i robiono najlepsze w całym stanie bułeczki z jagodami.
Kiedy przybyłem, był już na miejscu, siedział przy naszym stałym stoliku w rogu z dwiema dużymi kawami i przekrojoną na pół bułeczką.
O’Brien był takim przystojniakiem, który zakradał się do ciebie znienacka – nie rzucał się w oczy jak faceci, z którymi spotykała się Lexi, ale był solidny i prawdziwy, z ciepłymi brązowymi oczami i pewną postawą, która sprawiała, że czułaś się bezpiecznie.
„Wyglądasz okropnie” – powiedział na powitanie, podsuwając mi kawę.
„Dzięki. Jesteś naprawdę czarujący.”
Wziąłem duży łyk gorącej kawy, pozwalając kofeinie ukoić moje nerwy.
„I co z tego?” – zapytałem. „Masz to?”
O’Brien sięgnął do torby i położył na stole między nami małą paczuszkę zawiniętą w zwykły papier.
Rozpakował go i zobaczył małą szpulkę nici, przechowywaną w szczelnym pojemniku.
Dla niewprawnego oka wyglądało to jak zwykły poliester – taki, jaki można kupić w każdym Joann Fabrics za trzy dolary. Ale znałem O’Briena lepiej.
„To” – powiedział cicho i intensywnie – „jest rozpuszczalna nić o wysokiej czułości”.
„To nie jest eksperyment. I to nie magia”. Stuknął palcem wskazującym w szpulkę. „To po prostu niewiarygodnie mało znane. To specyficzny rodzaj przemysłowej, znikającej nici fastrygowej”.
Pochyliłem się do przodu i przyjrzałem się niewinnie wyglądającej szpulce.
„Rozpuszczalny… jak rozpuszczający się w wodzie?”
Uśmiech O’Briena stał się szerszy, ostry i pełen wiedzy.
„W tym tkwi piękno. Wystarczy mikroklimat z wysoką temperaturą i wilgocią, aby zdestabilizować łańcuch polimeru”.
„Na przykład środowisko stworzone między ciasnym gorsetem a nerwowym, spoconym ciałem pod wpływem czterech tysięcy watów oświetlenia scenicznego”.
Wpatrywałem się w szpulę, a mój umysł pracował na najwyższych obrotach, gdy chemia między nami zaskoczyła.
„Nie pęknie od razu” – kontynuował. „Potrzeba czasu, żeby zmiękło. W warunkach scenicznych – z ciepłem uwięzionym w jej skórze – szacuję, że degradacja rozpocznie się w ciągu minuty lub dwóch. Pełne zniszczenie konstrukcji nastąpi w ciągu trzech do pięciu minut, w zależności od obciążenia”.
„I to jest bezpieczne?” zapytałem. „Nie zaszkodzi jej skórze?”
„To w zasadzie po prostu specjalistyczny plastik” – powiedział. „Całkowicie nietoksyczny. Najgorsze, co może się stać, to że zrobi się trochę gumowaty, zanim wyzionie ducha”.
Przesunął szpulę w moją stronę po porysowanym drewnianym stole.
„To legalny produkt, Harper. Tylko… kreatywnie zastosowany. Pytanie brzmi: czy na pewno chcesz to zrobić?”
Podniosłem szpulkę, czując jej ciężar w dłoni. Wyglądała tak niewinnie – tak zwyczajnie – po prostu narzędzie pracy, przerobione na sprawiedliwość.
Ale kiedy tam siedziałem, przypomniałem sobie głos mojej matki. Tę porażkę. Przypomniałem sobie śmiech Lexi.
Przypomniałem sobie jedenaście lat poświęconych marzeniom i skradzionej przyszłości.
„Jestem pewien” – powiedziałem.
O’Brien skinął powoli głową, a na jego twarzy malował się wyraz ponurej satysfakcji.
„Więc sprawmy, żeby twoja siostra zabłysnęła.”
Pierwszej nocy po tym, jak O’Brien wręczył mi szpulę nici rozpuszczalnej o wysokiej czułości, nie spałem.
Siedziałem przy stole kreślarskim w ostrym świetle jarzeniówek, szkicując i poprawiając, aż do momentu, gdy moja ręka zaczęła boleć, a wzrok stał się niewyraźny.
Ta sukienka miała być nie tylko piękna – miała być moim opus magnum, dosłownie i w przenośni. Każda narysowana przeze mnie linia była przemyślana. Każde rozmieszczenie koralików przemyślane. Każdy szew mógł być potencjalnym punktem katastrofalnej awarii.
Straciłem poczucie czasu. Dni zamieniły się w noce.
Przeżyłem dzięki czarnej kawie i tej szalonej energii, która pojawia się, gdy w końcu mam jakiś plan.
Moje małe studio zamieniło się w salę wojenną — próbki tkanin i szpule nici porozrzucane były po każdej powierzchni niczym amunicja.
Oczywiście, Deborah nie mogła mnie zostawić samego.
Zaczęła pojawiać się bez zapowiedzi, czasami dwa razy dziennie, zawsze z tym swoim słodkim uśmiechem na twarzy.
„Po prostu sprawdzam, co u mojej zdolnej córki” – mawiała, po czym natychmiast rzucała krytykę, przebraną za sugestie.
„Nie sądzisz, że potrzebuje więcej blasku, Harper? Lexi musi błyszczeć jaśniej niż wszyscy.”
„Pociąg wygląda trochę… zwyczajnie. Czy możesz go uczynić bardziej okazałym? Bardziej dramatycznym?”
Każda wizyta, każde żądanie, każda ledwo skrywana zniewaga podsycały ogień płonący w mojej piersi.
Deborah nie zdawała sobie sprawy, że w ten sposób przyspieszała proces upadku swojej córki.
Każda prośba o ulepszenie oznaczała większy ciężar, więcej punktów naprężenia i więcej możliwości, aby rozpuszczalna nić mogła wykonać swoją pracę.
Uśmiechałem się mimo wszystko. Spokojny, pogodny uśmiech, który musiał ją zaniepokoić, choć była zbyt zajęta sobą, żeby to zauważyć.
„Oczywiście, mamo. Czegokolwiek Lexi potrzebuje.”
„Masz rację. Więcej kryształów byłoby oszałamiające.”
„Dzisiaj wieczorem przeprojektuję pociąg.”
Nie byłam już tą samą niespokojną, chcącą zadowolić córkę, którą manipulowała przez lata.
Byłem myśliwym zastawiającym pułapkę, a moja ofiara wbiegała prosto w nią.
Po tygodniu ciągłych poprawek sfinalizowaliśmy ostateczny szkic.
Podniosłam go do światła, udając, że podziwiam go z macierzyńską dumą, jednocześnie w myślach katalogując każdy kosztowny szczegół, który celowo w nim umieściłam.
Gorset zdobiony ręcznie koralikami. Importowana francuska koronka. Kryształy Swarovskiego spływające kaskadą po spódnicy.
Dwumetrowy pociąg z ręcznie haftowanymi kwiatami, którego ukończenie zajęłoby setki godzin.
To było obscenicznie ekstrawaganckie.
Miało to kosztować fortunę.
Doskonały.
„To jest piękne” – wyszeptała Deborah, aż się zarumieniła. „Lexi będzie wyglądać jak księżniczka. Nie zasługuje na nic innego”.
„Ona na nic innego nie zasługuje” – zgodziłem się i powiedziałem to szczerze, choć nie tak, jak myślała moja matka.
Aby w pełni oddać tę iluzję, zrobiłem coś, co powinno być nie do pomyślenia.
Wypłaciłam całą gotówkę z mojego konta oszczędnościowego. Każdy grosz, który udało mi się zebrać, każdy dolar, który odłożyłam na opłacenie czynszu za studio w przyszłym miesiącu – przepadł.
Poszłam do najdroższego sklepu z tkaninami w mieście i kupiłam najwspanialsze importowane kamienie, najdelikatniejsze importowane koronki, wszystko najwyższej jakości.
Kiedy pokazałem Deborah rachunki, jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
„Harper, to… to już za dużo. Nie musiałaś.”
„Chciałem” – przerwałem, patrząc jej prosto w oczy. „To moja siostra. Lexi to moja specjalność”.
Słowa te smakowały jak popiół, ale wywołały pożądany efekt.
Podejrzenia Deborah zmieniły się w aprobatę.
Ona naprawdę mnie przytuliła — rzadkie zdarzenie, które przyprawiło mnie o dreszcze.
„Jesteś dobrą córką, Harper. Dobrą siostrą.”
Odwzajemniłam uścisk, myśląc o skradzionych funduszach na studia.
Jedenaście lat. Jedenaście lat bycia dobrą córką, podczas gdy oni brali, brali i brali.
Już nie.
Wróciwszy do studia, rozłożyłem wszystkie materiały niczym chirurg przygotowujący się do skomplikowanej operacji.
Szmaragdowozielony jedwab błyszczał w świetle moich lamp. Kryształy odbijały światło i rzucały tęczowe fraktale na ściany.
Wszystko było wykwintne. Wszystko było drogie. Wszystko miało się rozpaść.
Zabrałem się do pracy.
Moje ręce poruszały się z pewnością siebie, wynikającą z piętnastu lat doświadczenia.
Szyłam odkąd skończyłam piętnaście lat. Studiowałam projektowanie mody obsesyjnie, nawet bez formalnego wykształcenia.
Każda technika, której nauczyłam się sama, każda umiejętność, którą rozwinęłam w tym ciasnym, małym studiu — wszystko to teraz składało się w jedną całość.
Najpierw nadano kształt gorsetowi.
Zaprojektowałem go z architektoniczną precyzją, tworząc solidny fundament, który będzie w stanie utrzymać setki kryształów.
Ale tutaj właśnie moja specjalistyczna wiedza odegrała decydującą rolę.
W punktach największego naprężenia — szwach na ramionach, panelach bocznych, miejscach, w których ciężar i ruch mogłyby wytworzyć największe napięcie — stosowałam naprzemiennie zwykłą nić i specjalną rozpuszczalną nić O’Briena.
Nieoczywiste. Nic, co dałoby się zauważyć po pobieżnej inspekcji, a nawet przy starannym przymierzaniu.
Rozpuszczalna nić wyglądała niemal identycznie jak standardowa nić poliestrowa, ale miała jedną zasadniczą różnicę.
Został zaprojektowany tak, aby uległ zniszczeniu pod wpływem długotrwałego działania ciepła i wilgoci.
Ciepło ludzkiego ciała. Pot. Światła sceniczne.
A potem, w najgorszym możliwym momencie, wszystko się waliło.
Pracowałem osiemnaście godzin dziennie. Bolały mnie palce. Piekły mnie oczy.
Przeżyłem dzięki jedzeniu na wynos i kawie.
Następnie powstała spódnica — warstwy szmaragdowego jedwabiu, które przechodziły w zapierający dech w piersiach biało-niebieski efekt ombre.
Ręcznie wyhaftowałam delikatne kwiaty, które zdawały się unosić na materiale. Każdy ścieg był perfekcyjny.
A wpleciony w całość, niewidzialny i śmiercionośny, był dar O’Briena.
Miesiąc później odszedłem od stołu roboczego i przyjrzałem się temu, co stworzyłem.
To było zapierające dech w piersiach.
Szmaragdowozielona suknia lśniła niczym klejnoty. Gorset był arcydziełem z koralików, każdy kryształ był tak umieszczony, by odbijał światło z każdej strony.
Spódnica powiewała niczym woda, a efekt ombré tworzył eteryczny, niemal magiczny efekt.
Pociąg był dziełem sztuki — miał dwa metry ręcznie haftowanej koronki, która zdawała się świecić.
Włożyłam w tę sukienkę całą swoją wiedzę i umiejętności.
Bez przesady można powiedzieć, że była to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem.
Była to również bomba z opóźnionym zapłonem.
Zadzwoniłem do Deborah.
„Gotowe.”
Przybyli w ciągu godziny.
W chwili, gdy Lexi zobaczyła sukienkę wiszącą na moim manekinie, dosłownie zamarła.
„Harper. O mój Boże, Harper, to niesamowite.”
Przez chwilę – tylko krótką, zdradziecką chwilę – poczułem iskierkę dumy. Nie z powodu Lexi, ale z własnej pracy.
Stworzyłem coś niezwykłego.
Potem Lexi przymierzyła go i ten błysk zgasł.
Wystroiła się przed moim lustrem, obracając się to w jedną, to w drugą stronę, całkowicie pochłonięta swoim odbiciem.
Ani razu mi nie podziękowała. Ani razu nie wspomniała o miesiącu nieprzespanych nocy, o opróżnionym koncie oszczędnościowym, o umiejętnościach potrzebnych do stworzenia czegoś tak skomplikowanego.
„Jest idealnie” – oznajmiła Deborah ze łzami w oczach. „Przekroczyłaś samą siebie, Harper”.
„I potrzebuję cię za kulisami w noc konkursu piękności, żebyś pomogła Lexi włożyć suknię. Jest tak skomplikowana, że nie możemy powierzyć jej nikomu innemu”.
Nawet gdyby moja matka nie zapytała, znalazłabym pretekst, żeby tego dnia zostać asystentką Lexi.
To był decydujący moment, którego potrzebowałem — musiałem być tym, który ją ubierze, upewnić się, że każdy szew leży dokładnie tak, jak powinien, że nic nie zostanie naruszone ani wykryte, zanim ona wejdzie na scenę.
Spojrzałem jej w oczy i się uśmiechnąłem.
„Oczywiście, mamo. Nie przegapiłabym tego za nic w świecie.”
Po ich wyjściu osunąłem się na krzesło i wpatrywałem się w puste konto bankowe na ekranie telefonu.
Byłem spłukany. Całkowicie, kompletnie spłukany.
Czynsz należało zapłacić za dwa tygodnie, a ja nie miałem nic.
Mój telefon zawibrował. SMS od O’Briena.
„Jak idzie ci praca nad arcydziełem?”
„Stało się” – odpisałam. „Wszystko się zmienia”.
„To moja dziewczyna. Wilk jest gotowy do polowania.”
Spojrzałam na sukienkę.
W słabym świetle mojego studia szmaragdowy jedwab zdawał się pulsować złowrogim życiem.
Tak. Wilk był gotowy.
A baranek nie miał pojęcia, co go czeka.
Noc konkursu Miss State nadeszła niczym dzień egzekucji, do którego odliczałam tygodnie.
Za kulisami panował kontrolowany chaos — gorąca, duszna plątanina dymu z lakieru do włosów, półnadzy uczestnicy pokazu i szczekający kierownicy sceny.
Klimatyzacja nie dawała sobie rady z ciepłem wydobywającym się z ciał ludzi, światłami scenicznymi wydobywającymi się z głównej sali oraz sprzętem elektrycznym w ilości wystarczającej do zasilenia małego miasta.
Już po kilku minutach od przybycia mój czarny T-shirt przesiąknięty był potem.
Idealne warunki.
Znalazłem Lexi w wyznaczonym miejscu do przebierania się, otoczoną przez swoją świtę niczym królowa trzymająca dwór.
Jej włosy były już ułożone w misterny kok, a makijaż nieskazitelny.
Kiedy zobaczyła mnie niosącą torbę na ubrania, jej oczy rozbłysły głodem, który widziałem już tysiące razy — spojrzeniem kogoś, kto wierzy, że piękne rzeczy po prostu im się należą.
„Wreszcie” – powiedziała, nawet mnie nie witając. „Czekałam. Wszyscy inni są gotowi od dwudziestu minut”.
Powstrzymałem kilkanaście odpowiedzi i po prostu, z ceremonialną powolnością, rozpiąłem pokrowiec na ubrania.
Szmaragdowa suknia rozpościerała się niczym rozwijający się wąż i nawet w ostrym świetle jarzeniówek za kulisami wyglądała oszałamiająco.
Kilku uczestników, którzy znajdowali się w pobliżu, przerwało rozmowę w połowie, żeby się im przyjrzeć.
„O mój Boże” – wyszeptał jeden z nich. „To niesamowite”.
Uśmiech Lexi stał się ostry i zaborczy.
Pomogłam jej włożyć suknię, trzymając ręce nieruchomo, mimo że serce waliło mi jak młotem. Gorset ułożył się na swoim miejscu.
Rozpoczęłam skomplikowany proces zapinania ukrytych haftek i sznurowania wewnętrznej struktury gorsetu.
Moje palce musnęły szwy na ramionach, gdzie znajdowała się rozpuszczalna nić, niewidoczna pośród normalnych szwów.
„Uważaj” – mruknęłam, odgrywając swoją rolę. „Suknia jest bardzo misternie zdobiona koralikami, a gorset w środku jest bardzo ciasny. Proszę, obchodź się z nim delikatnie”.
Lexi spojrzała na mnie w lustrze i przez chwilę widziałem, jak coś brzydkiego przemknęło przez jej idealną twarz.
Pochyliła się ku mnie, jej usta niemal dotykały mojego ucha, a jej głos zniżył się do szeptu przeznaczonego tylko dla mnie.
„Urodziłem się, by występować. Scena to mój dom. Nie udawaj, że cokolwiek wiesz”.
„Dlaczego jakaś bezimienna krawcowa chciałaby nauczyć Lexi, jak błyszczeć?”
Słowa te miały ranić i rany zadawały — ale nie w sposób, w jaki ona zamierzała.
Nie zraniły mnie. Skrystalizowały moją determinację w coś twardego jak diament.
Cofnąłem się, zachowując neutralny wyraz twarzy.
„Połam sobie nogę, siostro.”
Zanim Lexi zdążyła odpowiedzieć, tuż obok niej pojawiła się Deborah z przenikliwym wzrokiem.
„Harper, ruszaj się. Znajdź jakieś ustronne miejsce, żeby zaczekać.”
Gdy się odwróciłem, żeby wyjść, dostrzegłem jakiś ruch, który mnie natychmiast ogarnął.
Dwie osoby z identyfikatorami prasowymi przeciskały się przez tłum za kulisami, kierując się prosto w stronę Lexi.
Jeden trzymał profesjonalną kamerę. Drugi trzymał telefon, który, sądząc po wyglądzie, transmitował na żywo.
Oczywiście.
Suknia była zbyt spektakularna, żeby nie przyciągać uwagi.
Wtopiłam się w cień za stojakiem ze strojami na zmianę, wystarczająco blisko, by móc obserwować, ale jednocześnie wystarczająco daleko, by o mnie zapomnieć.
Klasyczna niewidzialność — umiejętność, którą doskonaliłem przez trzydzieści lat.
Reporterka, blondynka w nienagannym kostiumie, stanęła przed Lexi z wdziękiem osoby, która przeprowadziła już tysiące takich wywiadów.
„Jesteśmy tu z uczestniczką numer siedemnaście, Lexi Vance, która wygląda absolutnie olśniewająco w tej niesamowitej sukni” – powiedziała. „Lexi, możesz nam opowiedzieć o swojej sukni? Nie przypomina niczego, co widzieliśmy dziś wieczorem”.
Uśmiech Lexi niczym z konkursu piękności wskoczył na swoje miejsce — jasny, ciepły, całkowicie fałszywy.
„Bardzo dziękuję. Tak, ta sukienka jest dla mnie wyjątkowa”. Delikatnie, z szacunkiem dotknęła zdobionego koralikami gorsetu. „To właściwie prezent od anonimowego projektanta z Paryża. Powiedział, że tylko moja uroda jest godna noszenia jego dzieła”.
Zacisnąłem szczękę tak mocno, że usłyszałem zgrzytanie zębów.
„Anonimowy paryski projektant?” Oczy reportera zabłysły z ciekawości. „Jakież to tajemnicze. Jak do tego doszło?”
„Nie mogę zdradzić wszystkich szczegółów” – powiedziała Lexi z konspiracyjnym uśmiechem – „ale powiedzmy, że kiedy jesteś oddany swojej pracy i wystarczająco jasno świecisz, właściwi ludzie to zauważają. Skontaktował się z moim zespołem i nalegał, żeby stworzyć coś specjalnego na dzisiejszy wieczór”.
Reporter łyknął to z otwartymi ramionami.
„To absolutnie zapiera dech w piersiach. Kunszt wykonania jest niezwykły. Samo nawlekanie koralików musiało zająć setki godzin.”
„To prawdziwy artysta” – zgodziła się Lexi, wykonując powolny obrót, by ukazać suknię w całej okazałości. Kamera uchwyciła każdy kąt, każdy lśniący kryształ. „Jestem zaszczycona, że jestem jego muzą”.
Patrzyłam, jak moja matka stoi obok Lexi, promienieje z dumy i kiwa głową na każde kłamstwo.
Mój telefon zawibrował w kieszeni.
Wyciągnąłem go, uważając, by ekran był przyciemniony.
O’Brien.
„Anonimowy francuski projektant” – napisał. „Twoja siostra jest naprawdę dobra w opowiadaniu bajek”.
„Suknia jest przedmiotem gorących dyskusji, a setki widzów już przewidują, że to ona zostanie koronowana na tegoroczną królową piękności, z niecierpliwością czekając na moment, w którym za kilka minut zobaczymy suknię na scenie”.
W odpowiedzi wysłałem emotikonę ze śmiechem.
Prawdopodobnie siedział teraz w domu, z nogami w górze, piwem w ręku i na bieżąco obserwował rozwój wydarzeń.
Odegrał kluczową rolę w tym odwecie.
I on o tym wiedział.
Nieustannie omawialiśmy kwestię harmonogramu — ile czasu zajmie nić, aby uległa zniszczeniu w optymalnych warunkach, co w ogóle oznacza słowo „optymalne” w tym kontekście: ciepło, pot, ruch, ciśnienie.
Wszystko to, czego nerwowo doświadcza uczestnik konkursu piękności w blasku reflektorów, jest w bród.
Spojrzałem na zegarek.
19:47
Konkurs miał rozpocząć się o godzinie ósmej, a Lexi miała wystąpić w środkowej grupie, prawdopodobnie około 8:30 lub 8:45.
Światła sceniczne potrzebowałyby czasu, żeby zadziałać. Temperatura ciała musiałaby wzrosnąć. Pot musiałby nasączyć wewnętrzną wyściółkę.
Ten moment był coraz bliżej.
Znalazłem kącik przy wejściu na scenę, który był odrobinę mniej klaustrofobiczny niż główna część za kulisami, wystarczająco blisko zewnętrznych drzwi, żebym od czasu do czasu czuł podmuchy chłodnego nocnego powietrza.
Nawet tutaj, nawet przy lepszej wentylacji, odczuwałem uciążliwy upał.
Koszula przykleiła mi się do pleców. Włosy poskręcały się od wilgoci.
Jeśli mnie było gorąco, Lexi — w tej wymyślnej sukni z gorsetowym stanikiem i wieloma warstwami — musiała być niesamowicie spocona.
Ta myśl wywołała uśmiech na mojej twarzy.
Wyciągnąłem telefon i udawałem, że przeglądam media społecznościowe, ale tak naprawdę patrzyłem na zegarek, na kierowników sceny, którzy ustalali kolejność występów.
Patrzyłem, jak Lexi robi się coraz bardziej czerwona, stojąc pod światłami za kulisami w ważącej dziesiątki funtów jedwabiu i kryształów sukni.
O 8:20 do grupy Lexi podszedł kierownik sceny z notesem i słuchawkami.
„Grupa środkowa, wstajecie za piętnaście minut. Kierujcie się do prawego wejścia na scenę.”
Dłoń Lexi powędrowała do jej gardła.
Nawet z najdalszego kąta widziałam niepokój w jej postawie. To był najważniejszy moment w jej karierze w konkursach piękności – występ, do którego przygotowywała się latami.
Sięgnęła po butelkę wody, ale Deborah przechwyciła jej dłoń.
„Nie. Zniszczysz sobie szminkę, a my nie mamy czasu, żeby to naprawić.”
Lexi skinęła głową i przełknęła ślinę.
Suknia lśniła w świetle reflektorów i z każdą minutą wyglądała coraz wspanialej.
Kilku uczestników otwarcie wpatrywało się w niego z wyrazem zazdrości i rezygnacji. Wiedzieli, że rywalizują z czymś niezwykłym.
Gdyby tylko wiedzieli.
O 8:32 światła na zapleczu sceny lekko przygasły.
Po drugiej stronie kurtyny usłyszałem stłumiony odgłos oklasków.
Leave a Comment