Wpatrywałem się w skroploną wodę spływającą po mojej butelce piwa i myślami wróciłem do sali odpraw w Kandaharze sprzed sześciu miesięcy. To był pierwszy raz, kiedy bezpośrednio współpracowałem z pułkownikiem Marcusem Hailem. To była wspólna operacja, o wysokiej stawce. Odbicie zakładnika w górach.
Utknęliśmy w dolinie, ostrzeliwani z trzech stron. Ptak ewakuacyjny nie mógł wylądować. Kończyła nam się amunicja. Znalazłem miejsce na grzędzie, poszarpany występ skalny jakieś pięćset metrów wyżej. Zostałem tam dwanaście godzin, smażąc się na słońcu i obliczając prędkość wiatru, który nieprzewidywalnie wirował w kanionie. Oddałem dziewięć strzałów. Upuściłem dziewięć tangosów. Każdy z nich stanowił zagrożenie, które miało zaskoczyć drużynę Haila.
Kiedy w końcu wróciliśmy do bazy, pokryci kurzem i adrenaliną, spodziewałem się tego, co zwykle. Spodziewałem się, że SEALsi pójdą na własną odprawę, ignorując wsparcie Sił Powietrznych. Zamiast tego, Marcus Hail podszedł prosto do mnie w mesie. Był cały umazany w brudzie, z twarzą mokrą od potu. Nie uśmiechał się. Nie flirtował. Spojrzał mi prosto w oczy. Z hukiem postawił przede mną butelkę wody na stole.
„Neves” – powiedział chrapliwym głosem.
„Proszę pana” – wstałem instynktownie.
„Usiądź” – rozkazał, ale nie tak jak mój ojciec.
To był rozkaz wydany z szacunkiem. Pochylił się i zniżył głos, żebym tylko ja mógł go usłyszeć.
„Ten strzał w kierunku strzelca RPG, ten na godzinie jedenastej.”
„Sterowanie wiatrem było trudne, proszę pana” – odpowiedziałem.
„Uratowałeś życie mojemu dowódcy” – powiedział Hail. „Jesteś wszechwidzącym okiem, majorze. Gdyby nie ty na tej skale, wrócilibyśmy dziś do domu w workach na zwłoki”.
Położył mi ciężką dłoń na ramieniu. To nie było zaborcze. To było potwierdzenie.
„Jesteś bronią, Neves. I to cholernie dobrą.”
Ta chwila była dla mnie cenniejsza niż wszystkie medale, które mój ojciec kiedykolwiek wystawił w swoich gablotach. Hail nie widział kobiety. Nie widział córki generała. Widział wojownika.
Gdy wróciłem do Rusty Anchor, czyjaś ręka machnęła mi przed twarzą, wyrywając mnie ze wspomnień.
„Ziemia do Ducha” – zaśmiał się Tex, stawiając dzbanek piwa na stole. „Znowu patrzysz na tysiąc jardów. Pij. Dzisiaj stawiam rachunek”.
Uśmiechnąłem się, a uśmiech był szczery i obejmował moje oczy.
„Dzięki, Tex.”
„Hej” – powiedział chrapliwy głos z miejsca obok mnie.
Odwróciłem się. To była starsza sierżant Elena Rodriguez. Miała pięćdziesiąt lat, była twarda jak skóra, z siwymi pasmami we włosach i cynicznym spojrzeniem, które widziało zbyt wielu dowódców przychodzących i odchodzących. Zbliżała się do emerytury i stała się nieoficjalną matką-kwoką naszej jednostki – o ile matki-kwoki piją czystą whisky i palą Marlboro Reds.
Elena wzięła łyk swojego drinka i spojrzała na mnie przenikliwie inteligentnie.
„Dziś usłyszałem o briefingu. O liście awansów.”
Zesztywniałem. Znów nie zakwalifikowałem się do wyścigu dowodzenia.
„I niech zgadnę” – powiedziała Elena, ściszając głos. „Najdroższy tatuś miał z tym coś wspólnego”.
Wzruszyłem ramionami i obrysowałem krawędź butelki.
„Mówi, że nie jestem gotowy. Mówi, że potrzebuję więcej doświadczenia administracyjnego. Uważa, że ta dziedzina mnie osłabia”.
Elena prychnęła, wydmuchując kłąb wyimaginowanego dymu.
Pochyliła się bliżej, a jej ton zmienił się ze swobodnego na intensywny.
„Posłuchaj mnie, Lucia. Służyłem pod ludźmi takimi jak Arthur Neves przez trzydzieści lat. Znam ten typ.”
Wycelowała zrogowaciałym palcem w moją klatkę piersiową.
„On nie jest ślepy. Wie dokładnie, jak dobry jesteś. W tym problem.”
Zmarszczyłem brwi.
“Co masz na myśli?”
„On jest zazdrosny” – wyszeptała Elena. „To oficer starej gwardii. Dorobił się rangi uściskami dłoni i grą w golfa. Ty… ty dorabiasz się w błocie. Masz szacunek. Prawdziwy szacunek. Taki, którego nie da się kupić. Nie pozwól, żeby cień starego przysłonił ci słońce, dzieciaku. On się boi, że pewnego dnia go przyćmisz”.
Jej słowa uderzyły mnie jak fizyczny cios. Zazdrość. Mój ojciec, wielki generał. Wydawało się to niemożliwe. A jednak, patrząc wokół stołu na Texa i Millera śmiejących się z tego, jak traktowali mnie jak równego sobie, jak istotną część maszyny, zdałem sobie sprawę, że Elena może mieć rację.
Tutaj byłem Duchem 13. Byłem niezbędny.
Mój telefon zawibrował gwałtownie na stole, uderzając o drewno. Ekran się rozświetlił. Imię „Tata” błysnęło jasnymi, wymagającymi literami.
Śmiech przy stole zdawał się cichnąć. Ciepło baru wyparowało. Sięgnąłem po telefon, czując, jak żołądek zaciska mi się w supeł. Otworzyłem SMS-a.
„Bądź w domu jutro o 8:00. Mama się stresuje grillem dla senatora. Ekipa sprzątająca nie zajrzała do łazienki na dole, a meble ogrodowe wymagają wyszorowania. Ubierz się ładnie. Bez kamuflażu.”
Wpatrywałem się w słowa „szorowanie mebli ogrodowych”. Byłem cennym atutem. Byłem wszechwidzącym okiem, zdolnym trafić w cel z odległości mili. Moje ręce, które uratowały komandosów Navy SEALs przed śmiercią, były teraz wzywane do czyszczenia toalet i wycierania krzeseł, bo mój ojciec chciał zaimponować politykowi.
Ironia była tak ostra, że poczułem w ustach smak krwi.
Tex spojrzał na mnie i zauważył zmianę w moim wyrazie twarzy.
„Złe wieści? Odwołać zamówienie?”
Spojrzałem na niego. Spojrzałem na tę rodzinę nieudaczników, którzy daliby się za mnie pokroić. Potem znowu spojrzałem na telefon.
„Nie” – powiedziałem cicho. „Tylko przypomnienie mojego miejsca”.
Sięgnąłem po piwo i wypiłem je jednym długim łykiem. Goryczka chmielu dorównywała goryczy mojego serca.
„Muszę iść” – powiedziałem, wstając. „Jutro mam dyżur”.
„Obowiązek?” zapytał Miller. „Jest sobota”.
„Tak” – powiedziałem, chwytając kluczyki. „Sprzątanie”.
Wyszedłem z ciepła Rusty Anchor w wilgotną, florydzką noc. Za mną grała muzyka. Przede mną znajdowała się rezydencja, grill i mężczyzna, który chciał zamienić wilka w golden retrievera.
Ale słowa Eleny rozbrzmiewały w mojej głowie przy każdym kroku.
Jest przerażony, że pewnego dnia go przyćmisz.
Może nadszedł czas, żeby przestać czyścić meble i zacząć przewracać stół.
Dokładnie siedem dni przed incydentem w sali odpraw. Tydzień przed tym, jak świat poznał nazwę Ghost 13.
Miejscem akcji był klub oficerski w bazie lotniczej Langley. Była to doroczna gala, wieczór, w którym powietrze pachniało drogą wodą kolońską, antrykotem i desperackim potem pułkowników, którzy próbowali awansować na generała. Oświetlenie było przyćmione. Zespół jazzowy grał cichą wersję „Fly Me to the Moon”. Sala wypełniła się brzękiem kryształowych kieliszków.
Przybyłem punktualnie o 19:00. Spędziłem godzinę przed lustrem, przygotowując się. Nie miałem na sobie sukienki koktajlowej. Nie miałem na sobie pereł. Miałem na sobie mundur galowy. Mój mundur był nieskazitelny. Srebrne liście dębu, symbolizujące stopień majora, lśniły na moich ramionach. Mój stojak na wstążki, choć nie uwzględniałem w nim najbardziej delikatnych operacji, i tak robił wrażenie – trzy rzędy odznaczeń symbolizujących krew, pot i piasek.
Poczułem dumę. Po raz pierwszy od dawna poczułem, że przynależę do tego świata.
Dostrzegłem ojca po drugiej stronie sali. Stał w pobliżu otwartego baru, otoczony senatorem i dwoma kontrahentami z branży zbrojeniowej. Wyglądał jak wybitny mąż stanu – w idealnie skrojonym smokingu, z szkocką w jednej ręce i cygarem w drugiej.
Podszedłem, odchylając ramiona do tyłu.
„Dobry wieczór, Generale.”
Odwrócił się. Jego uśmiech, który promieniał do senatora, zniknął w chwili, gdy jego wzrok spoczął na mnie. Zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, a jego usta wykrzywiły się z niesmakiem.
„Lucia” – powiedział, ściszając głos, żeby inni nie mogli go usłyszeć. „Co masz na sobie?”
Zamrugałem zdezorientowany.
„To gala wojskowa. Tato, to jest odpowiedni mundur dla…”
„Jak na mężczyznę” – syknął. „Wyglądasz jak cholerny szofer. Mówiłem twojej mamie, żeby ci kupiła tę niebieską jedwabną sukienkę, tę, która naprawdę podkreśla twoją figurę”.
Westchnął i pokręcił głową, jakbym go osobiście obraził.
„Boże, tak bardzo utrudniasz mi pomoc. Senator Miller przyprowadził dziś wieczorem swojego syna. Jest bankierem inwestycyjnym. Chciałem cię przedstawić. Jak mam go przekonać do… tego?”
Niejasno wskazał na mój mundur i medale na mojej piersi, jakby były plamą.
Żołądek mi się ścisnął. Nie byłam dla niego córką. Nie byłam oficerem. Byłam bydłem do handlu.
„Nie jestem tu po to, żeby szukać męża, Generale” – powiedziałam sztywno. „Jestem tu, żeby reprezentować swoją jednostkę”.
Zanim zdążył odpowiedzieć, podszedł do nas młody porucznik. To był porucznik Evans, chłopak z mojego zespołu wywiadowczego. Zobaczył mnie i natychmiast stanął na baczność.
„Dobry wieczór, majorze Neves” – powiedział Evans głosem pełnym szczerego szacunku.
Nie widział kobiety w kostiumie. Widział swojego przełożonego.
Oczy mojego ojca się zwęziły. Nienawidził tego. Nienawidził patrzeć, jak ktoś mnie szanuje bez jego pozwolenia.
„Spokojnie, poruczniku” – przerwał mi ojciec, stając między nami. Położył mi dłoń na ramieniu – ciężką, protekcjonalną. Uśmiechnął się do Evansa, ale to był uśmiech rekina.
„Lucia nie ma dziś dyżuru, synu. Jest tu tylko jako moja córka”.
Odwrócił się do mnie i mocniej ścisnął moje ramię.
„Kochanie, szklanka senatora jest pusta. Może pobiegniesz do baru i dolejesz mu ginu z tonikiem, dorzucisz limonkę, a przy okazji przyniesiesz mi jeszcze jedną szkocką?”
Powietrze uleciało mi z płuc. Porucznik Evans wyglądał na zdezorientowanego. Spojrzał na mnie, na generała. Wiedział, że to źle. Nie prosi się oficera sztabowego, żeby podawał napoje jak kelnerkę.
„Tato” – wyszeptałem, czując, jak płonie mi twarz. „Są do tego serwery”.
„Prosiłem cię, żebyś to zrobiła” – powiedział mój ojciec, podnosząc głos na tyle, by usłyszało go całe otoczenie. „No dalej, mała Lucio. Bądź pożyteczna. Nie stój tak bezczynnie”.
Senator zaśmiał się cicho, nieświadomy gry o władzę.
„Gin z tonikiem byłby cudowny, kochanie.”
Stałem tam przez chwilę. Widziałem, jak porucznik Evans patrzy w podłogę, zawstydzony moim losem. Czułem na sobie wzrok innych oficerów. Mój stopień, moje doświadczenie, moje poświęcenia – wszystko to zostało odebrane w ciągu kilku sekund. Dla niego byłem tylko wsparciem.
Przełknąłem wściekłość, która smakowała jak żółć.
„Tak, proszę pana.”
Podszedłem do baru. Nogi mi ciążyły. Marsz wstydu. Zamówiłem drinki, a barman spojrzał na mnie ze współczuciem, co tylko pogorszyło sprawę. Niosłem kryształowe kieliszki przez salę, czując, że każdy krok zdradza mój uniform.
Podałem senatorowi drinka. Podałem ojcu jego szkocką.
„Grzeczna dziewczynka” – powiedział mój ojciec, klepiąc mnie po policzku. „Widzisz, to nie było takie trudne”.
Odwróciłam się, żeby wyjść, potrzebując powietrza, potrzebując krzyku. Ale ojciec złapał mnie za łokieć. Jego uścisk nie był już ojcowski. Był bolesny. Odciągnął mnie od grupy w stronę ustronnej wnęki przy wejściu do kuchni.
Przysunął się bliżej. Zapach drogiej szkockiej w jego oddechu był przytłaczający. Maska dobrotliwego generała zniknęła. Jego oczy były zimne, twarde jak krzemień.
„Widziałem to spojrzenie w twoich oczach” – wyszeptał, a jego głos brzmiał jak niski pomruk. „Nigdy więcej mnie tak nie zawstydzaj. Nigdy więcej się nie wahaj, kiedy wydam rozkaz”.
Odsunąłem rękę.
„Upokorzyłeś mnie przed moim podwładnym.”
„Upokorzył cię?” Zaśmiał się okrutnie i sucho. „Nie masz żadnego statusu, dopóki ja ci go nie dam. Myślisz, że te medale cokolwiek znaczą? Myślisz, że ta ranga cokolwiek znaczy? Podejmowałem działania, żeby dostać się do akademii. Podejmowałem działania, żeby utrzymać twoją kartotekę czystą. Jesteś moim dziełem, Lucia.”
Pochylił się bliżej, jego twarz była zaledwie kilka centymetrów od mojej.
„I pamiętaj o tym. To ja cię stworzyłem. Mogę cię złamać. Mogę zedrzeć te dębowe liście z twojego ramienia jednym telefonem. Więc znaj swoje miejsce. Jesteś przede wszystkim moją córką, dopiero potem oficerem, i tylko wtedy, gdy ja ci na to pozwolę”.
Wyprostował marynarkę, wygładził krawat, a maska wskoczyła z powrotem na miejsce.
„A teraz idź i popraw swoją twarz. Wyglądasz na wzruszoną. To niestosowne.”
Wrócił na imprezę, zostawiając mnie samą w cieniu korytarza.
Jechałem do domu w milczeniu. Nie włączałem radia. Nie płakałem. Łzy nie chciały płynąć. Smutek już minął. Byłem w miejscu o wiele zimniejszym niż smutek.
Wszedłem do mieszkania i od razu poszedłem do łazienki. Włączyłem ostre światło przy umywalce. Spojrzałem na siebie w lustrze. Spojrzałem na kobietę w niebieskim uniformie. Zobaczyłem ślady na ramieniu, gdzie mnie złapał.
W tym momencie coś zrozumiałem. Nie chciał mnie tylko kontrolować. Chciał mnie posiadać. Wierzył, że jestem jego własnością. I dopóki zabiegałem o jego aprobatę, dopóki grałem według jego zasad, byłem jego własnością.
Jeśli kiedykolwiek Twoje ciężko wypracowane osiągnięcia zostały zlekceważone przez osoby, które powinny być z Ciebie dumne, kliknij przycisk „Lubię to” i skomentuj poniżej: „Sama definiuję swoją wartość”. Pokażmy światu, że nie definiuje nas niczyja opinia, tylko nasza własna.
Rozpiąłem kołnierzyk. Zdjąłem kurtkę mundurową i ostrożnie ją powiesiłem.
„Stworzyłem cię. Mogę cię złamać” – powtórzyłem jego słowa pustemu pokojowi.
„Nie, tato” – wyszeptałem do odbicia. „Nie ty mnie stworzyłeś. To Siły Powietrzne mnie stworzyły. Wojna mnie stworzyła. Ból mnie stworzył. A ducha nie złamiesz”.
W przyszłym tygodniu w McDill miała odbyć się strategiczna odprawa. On tam będzie. Ja też.
Umyłam twarz zimną wodą. Kiedy podniosłam wzrok, przestraszona córka zniknęła. Duch 13 patrzył na mnie z politowaniem.
Następnym razem, przyrzekłem sobie, nie będę przynosił napojów. Następnym razem sprowadzę burzę.
„Usiądź, Lucia. Jesteś zerem. Nie zawstydzaj mnie.”
Głos mojego ojca wciąż odbijał się echem od akustycznych płyt ścian sali odpraw. Śmiech pochlebców, podpułkowników i majorów, którzy zbudowali swoje kariery na śmiechu z żartów mojego ojca, wciąż unosił się w powietrzu.
To był moment, którego obawiałem się przez całe życie: publicznego upokorzenia, odarcia mnie z godności na oczach ludzi, z którymi służyłem.
Ale stało się coś dziwnego. Nie skurczyłam się. Nie załamałam się. Nie spojrzałam na buty, nie przeprosiłam ani nie uciekłam jak mysz, którą chciał, żebym była.
Poczułem spokój.
To był ten rodzaj spokoju, jaki czujesz tuż przed naciśnięciem spustu. Świat zwolnił. Hałas otoczenia – szum szaf serwerowych, szelest papierów, chichot – ucichł w głuchym brzęczeniu.
Nadal stałem. Moja postawa była idealna. Broda była równolegle do podłogi. Nie patrzyłem na ojca. Patrzyłem przez niego. Mój wzrok był utkwiony w Navy SEAL, stojącym dziesięć stóp ode mnie.
Pułkownik Marcus Hail się nie roześmiał. Nie poruszył się. Wpatrywał się we mnie z intensywnością, która płonęła mocniej niż świetlówki.
„Majorze” – warknął mój ojciec, a jego twarz pokryła się niebezpiecznym, fioletowym rumieńcem. Zrobił krok w moją stronę, unosząc rękę, jakby miał zamiar uderzyć nieposłuszne dziecko. „Wydałem ci bezpośredni rozkaz. Siadaj, zanim żandarmi cię stąd wyciągną za niesubordynację”.
W pomieszczeniu zapadła grobowa cisza. Śmiech ucichł natychmiast. Grożenie oficerowi terenowemu żandarmerią wojskową podczas odprawy było krokiem za daleko, nawet jak na generała Nevesa.
Powietrze zrobiło się ciężkie, naładowane elektrycznością statyczną, która sprawiła, że włosy na moich rękach stanęły dęba.
Marcus Hail przeprowadził się.
Nie zrobił kroku w stronę mojego ojca. Wszedł między nas. Odwrócił się plecami do generała – naruszenie protokołu tak rażące, że aż zaparło dech w piersiach w pierwszym rzędzie. Hail spojrzał prosto na mnie.
„Major Neves.”
„Pułkowniku” – odpowiedziałem spokojnym głosem, nie zdradzającym ani odrobiny adrenaliny krążącej w moich żyłach.
„Prosiłem o konkretnego agenta” – powiedział Hail niskim, groźnym głosem. „Powiedziano mi, że agent jest w tym pokoju. Czy rościsz sobie prawo do tej tożsamości?”
Za nim mruknął mój ojciec.
„Pułkowniku, nie wiem, w co pan gra, ale moja córka jest oficerem logistyki. Zamawia spinacze i ustala harmonogramy dostaw paliw. Ona nie jest…”
“Cisza.”
Słowa Haila zabrzmiały jak smagnięcie biczem.
Mój ojciec zamarł z szeroko otwartymi ustami. Nikt nie kazał Arthurowi Nevesowi milczeć. Ani w jego własnej bazie. Ani w jego własnym królestwie.
Hail nawet się nie odwrócił. Nie spuszczał mnie z oczu.
„Zadaję ci pytanie, majorze. Status i identyfikator.”
To był ten moment. Punkt, z którego nie było powrotu.
Wziąłem głęboki oddech. Puściłem córkę, która sprzątała meble ogrodowe. Puściłem dziewczynę, która chowała wstążki pod łóżkiem.
„Duch 13” – powiedziałem.
Nazwa zawisła w powietrzu.
„Sektor?” zapytał Hail.
„Sierra Tango” – odpowiedziałem. „Hindu Kush. Operacja Dolina Śmierci. Overwatch dla Drużyny Szóstej”.
Hail skinął głową, a jego wyraz twarzy był nieodgadniony.
„A jaki masz poziom uprawnień?”
Zatrzymałem się na ułamek sekundy. Pozwoliłem, by mój wzrok powędrował w stronę ojca, który stał tam, mrugając szybko, z twarzą wykrzywioną konsternacją.
„Poziom Piąty” – powiedziałem wyraźnie. „Yankee White, program specjalnego dostępu”.
Reakcja była natychmiastowa i katastrofalna.
Ręka mojego ojca trzymająca szklankę z wodą zaczęła drżeć. Woda rozchlapywała się, kapała na jego wypolerowane buty.
Poziom piąty.
Wiedział, co to znaczy. Każdy oficer w tym pokoju wiedział, co to znaczy. Mój ojciec był generałem trzygwiazdkowym. Miał dostęp do trzeciego poziomu. Ściśle tajne. Uważał się za Boga. Ale piąty poziom to była stratosfera. To była tak ważna informacja, że nawet generałowie nie byli wpuszczani, chyba że byli specjalnie potrzebni do misji.
Oznaczało to, że składałem raporty cieniom. Oznaczało to, że wiedziałem rzeczy, za które, gdybym wyszeptał mu je do ucha, poszedłby do więzienia.
„To… to niemożliwe” – wyjąkał mój ojciec, a jego głos stracił cały swój donośność.
Rozejrzał się po pokoju, rozpaczliwie szukając sojusznika.
„Ona kłamie. Ma urojenia. Pracuje w zaopatrzeniu.”
Spojrzał na swojego szefa sztabu, pułkownika Roara.
„Powiedz im, Roar. Powiedz im, że ona jest tylko papierkową robotą.”
Ale pułkownik Roar nie patrzył na generała. Patrzył na mnie. I po raz pierwszy od dziesięciu lat nie patrzył na mnie z litością. Patrzył na mnie z podziwem.
„Proszę pana” – powiedział cicho Roar. „Jeśli ona zna oznaczenie Sierra Tango… nie mamy dostępu do tych plików. To tajne operacje”.
Mój ojciec odwrócił się do mnie, szeroko otwierając oczy, szukając dziecka, które uważał za swoje.
Ale jej tam nie było.
„Lucia” – wyszeptał. „Ty… nigdy mi nie powiedziałaś”.
„Nigdy nie pytałeś” – powiedziałem. „Byłeś zbyt zajęty opowiadaniem wszystkim, że podróżuję z plecakiem po Europie”.
W pokoju rozległ się szmer. Dwustu funkcjonariuszy zaczęło szeptać naraz.
„Słyszałeś to? Duch 13, snajper z Doliny Korengal.”
„Generał nie wiedział?”
„Jak mógł nie wiedzieć, że jego córka jest operatorką pierwszego szczebla? Traktował ją jak sekretarkę”.
Uświadomienie sobie tego uderzyło ich niczym fala uderzeniowa. Człowiek, którego się bali, człowiek, który emanował wizerunkiem wszechwiedzącej mocy, był głupcem we własnym domu. Był cesarzem bez ubrania.
Marcus Hail spojrzał na zegarek. Miał już dość dramatu. Miał to, po co przyszedł.
„Mamy ptaka kręcącego się po płycie lotniska” – powiedział do mnie Hail. „Za dziesięć minut ruszamy. Masz sprzęt?”
„Zawsze” – powiedziałem. „Jest w bagażniku mojego samochodu”.
„SP. Zabierz go” – rozkazał Hail. „W Jemenie czeka ekipa ewakuacyjna. Potrzebuję mieć oko na teren do 6:00”.
„Tak, proszę pana.”
Wyszedłem z szeregu. Minąłem funkcjonariuszy, którzy przed chwilą parsknęli ze mnie śmiechem. Podciągnęli nogi, próbując zejść mi z drogi. Niektórzy nawet zaczęli wstawać, instynktownie reagując na obecność lepszego wojownika.
Dotarłem do środkowego przejścia. Ojciec blokował mi drogę.
Wyglądał teraz na mniejszego. Jego ramiona były zgarbione. Pewność siebie, która zazwyczaj z niego emanowała, wyparowała, pozostawiając po sobie zdezorientowanego, starzejącego się mężczyznę w garniturze, który nagle wydawał się na niego za duży.
Wyciągnął rękę, jakby chciał złapać mnie za ramię i odzyskać nade mną kontrolę.
Leave a Comment