Przepraszasz siebie, że tak długo czekałeś.
Telefon wibrował mi w kieszeni. Wiadomości, powiadomienia, połączenia – wiedziałem, że jeśli go odblokuję, ekran się nimi zapełni. Niektóre od nieznajomych oferujących wsparcie. Niektóre od dalszej rodziny domagającej się wyjaśnień. Może nawet od prawnika rodziców.
Nie patrzyłem. Jeszcze nie.
Zamiast tego oparłem się o barierkę i obserwowałem słabe pluskanie wody poniżej, czując, jak nieznane uczucie bezpieczeństwa powoli ogarnia moje kości.
Ten apartament to coś więcej niż marmur i szkło. To była po części restytucja. Namacalne potwierdzenie, że to, co mi zrobiono, było na tyle złe, że prawo musiało interweniować.
Nie wymazało nocy spędzonych w ciemnościach, pominiętych dawek, upokorzenia związanego z telefonem do matki po pięćdziesiąt dolarów i powiedzeniem, żebym „rozsądniej gospodarowała budżetem”. Nie zwróciło mi lat życia, które spędziłam wypaczona w kształty pasujące do ich historii.
Ale to był początek.
Jutro miałem spotkać się z prawnikami mojego dziadka. Sam miałem porozmawiać z księgowym, przejrzeć wszystkie liczby linia po linii. Miałem skontaktować się z agencjami kredytowymi, żeby zgłosić kradzież tożsamości, zakwestionować zarzuty i rozpocząć powolny proces naprawy tego, co zniszczyli moi rodzice.
Zadzwoniłbym do fachowca, żeby sprawdził system HVAC, nie dlatego, że była tam pleśń, ale dlatego, że mogłem. Ponieważ byłby odpowiedzialny, a ja w końcu miałem zarówno uprawnienia, jak i środki, aby zadbać o przestrzeń, w której mieszkałem.
Może znajdę nowego endokrynologa, bliżej tego miejsca, takiego, który mógłby ze mną opracować plan leczenia, który nie wiązałby się z ciągłym strachem.
Może przemaluję ściany. Dodam sztukę, która nie będzie sztampowa. Wniosę rośliny – nie hortensje ustawione dla ozdoby, ale coś, co sprawiało mi radość każdego ranka.
Uczyniłbym to miejsce swoim.
Naprawdę moje.
Wtedy zaburczało mi w brzuchu, nagłe, prozaiczne przypomnienie, że niewiele zjadłem na kolację. Ironia losu – być otoczonym jedzeniem, a mimo to wciąż głodnym – nie umknęła mojej uwadze.
Wróciłam do środka, otworzyłam spiżarnię i cicho się zaśmiałam, widząc rzędy starannie ułożonych przekąsek: batony proteinowe w ładnych opakowaniach, bezglutenowe krakersy, importowane ciasteczka.
Wziąłem z lodówki paczkę krakersów i trochę sera, przygotowałem sobie coś na późny wieczór i wróciłem na balkon.
Pierwszy kęs smakował… niczym szczególnym, fizycznie. Po prostu słony, kremowy i wyśmienity.
Ale świadomość, że nie będę musiała wybierać między tym a insuliną, między prądem a zakupami spożywczymi – świadomość, że pieniądze, które były mi przeznaczone, w końcu trafiły w moje ręce, przynajmniej częściowo – dodała mi smaku, którego nie potrafiłam nazwać.
Spojrzałem w ciemność, na słabe odbicia świateł na wodzie i poczułem, jak coś rozwija się w mojej piersi.
Po raz pierwszy od dawna przyszłość nie przypominała groźnej, przeciekającej konstrukcji, którą rozpaczliwie próbowałam podeprzeć własnym ciałem.
Wyglądało to jak pusty zestaw planów.
Czysty. Bez śladów.
Gotowe, żebym rysował.
Dom, pieniądze, moja historia – nic już do nich nie należało.
Należało do mnie.
KONIEC.
Leave a Comment