„Dziękuję” – wyszeptałam. „On się jeszcze nie urodził… a ty już w niego wierzysz”.

Jay uśmiechnął się. „Oczywiście. To mój wnuk.”
Z biegiem lat Martin i ja stopniowo powiększaliśmy ten fundusz. Prezenty urodzinowe, premie, zwroty kosztów – odkładaliśmy, co się dało. Stało się to rytuałem. Nie tylko planowaniem finansowym, ale także sposobem na podlewanie ziarna jego marzeń.
Robert miał wielkie marzenia. Chciał zostać astrofizykiem. Powiedział, że zbuduje rakietę na Plutona. Zaśmiałam się, ale on był taki poważny – te małe paluszki przewracające strony książki, jego głos był niski i pewny.
Ale życie nie daje ci ostrzeżenia, zanim cię zniszczy.
Po śmierci Roberta nigdy nie tknęliśmy tego konta. Leżało tam, święte i ciche. Nie mogłem się zalogować, nie mogłem zobaczyć numeru, który kiedyś symbolizował przyszłość, która już przeminęła. Stało się czymś, o czym nie wspominaliśmy – ale też nie mogliśmy tego wymazać.
Dwa lata temu zaczęliśmy próbować od nowa. Brakowało mi poczucia bycia mamą. Pomyślałam, że może, tylko może, kolejne dziecko mogłoby przynieść trochę światła.
„Myślisz, że już czas?” zapytałam Martina pewnej nocy, niemal szeptem.
„Tylko jeśli będziesz gotowy” – odpowiedział natychmiast.
Nie byłem. Ale i tak skinąłem głową.
Leave a Comment