Goniłem go przez centrum. Przez tłumy, schodami ruchomymi, do Macy’s. Dopadłem go przy rampie załadunkowej, broń w dłoni.
„Ręce do góry!”
Leo uśmiechnął się. „Nie mogę. Podwózka już jest.”
Czarny van zahamował z piskiem. Wyskoczyli uzbrojeni mężczyźni w kominiarkach.
To nie był gang. To była operacja.
Leo wsiadł. „Jesteś dobrym człowiekiem, Jack. Głupim. Ale dobrym.”
„Kim jesteś?!”
„Dywersją.”
Van odjechał.
Stałem sam, serce waliło mi jak młot.
Mój kapitan odebrał natychmiast.
„Jack! Znalazłeś dzieciaka?!”
„Znalazłem. I zabrali ładunek.”
„To nie bomba. To biologiczne. Jeśli pojemnik pęknie…”
Nie musiał kończyć.
Na ziemi coś błysnęło.
Legitymacja szkolna.
Leo ją zgubił.
Ale imię na niej… nie było Leo.
Dalsza część artykułu znajduje się na następnej stronie. Reklama
Leave a Comment