— Aniu, nie rób scen — szepnął Piotr, nachylając się w moją stronę. — To tylko żart. Ona tak mówi, bo jest zmęczona. To był długi dzień, wszyscy są podminowani. Nie bierz tego do siebie. Proszę, po prostu zjedzmy w spokoju.
Spojrzałam na niego powoli. Przez moment widziałam w nim tego samego chłopaka, którego pokochałam – wrażliwego, ciepłego, chcącego dobrze. I nagle dotarło do mnie, że to właśnie ta wrażliwość, to wieczne szukanie kompromisu, jest naszym przekleństwem. On nie stał po niczyjej stronie, bo od dziecka nauczył się, że bezpieczniej jest nie wybierać. Tyle że życie ma to do siebie, że prędzej czy później zmusza nas do decyzji.
— To nie jest żart — odpowiedziałam cicho, ale stanowczo. — I dobrze o tym wiesz.
Wstałam. Krzesło zgrzytnęło o deski tarasu. Cisza, która zapadła, była gęsta jak powietrze przed burzą. Nawiatar, który do tej pory delikatnie poruszał firankami w oknach, nagle ustał. Czułam, jak serce wali mi w piersi, ale nie czułam strachu. Po raz pierwszy od bardzo dawna czułam coś, co przypominało spokój.
— Dokąd ty idziesz? — zapytała Krystyna ostro, choć w jej głosie pojawiła się pierwsza nuta niepewności. Może nie spodziewała się, że posunie się za daleko. A może właśnie na to liczyła.
— Do domu — odpowiedziałam, nie odwracając się. — Do swojego domu.
— Jeśli wyjdziesz teraz, nie licz, że będę cię tu jeszcze widzieć — rzuciła za mną. Jej głos był już tylko głosem, niczym więcej. Stracił nade mną władzę.
— To chyba akurat nie będzie dla mnie strata — powiedziałam spokojnie, nie podnosząc tonu.
Weszłam do pokoju gościnnego. To niewielkie pomieszczenie na parterze, z oknem wychodzącym na ogród, stało się przez te trzy lata moją tymczasową przystanią. Białe firanki, tapczan przykryty starą kapą, szafa, w której wisiało kilka moich rzeczy. Na podłodze stała torba, której nie rozpakowałam do końca. Może zawsze, nieświadomie, gotowa byłam stąd wyjechać.
Spakowałam swoje rzeczy bez pośpiechu, starannie, jakbym chciała udowodnić samej sobie, że nie uciekam, nie działam pod wpływem impulsu. Dres, który włożyłam pierwszego dnia, złożyłam w kostkę i wsunęłam do torby. Obcisłe dżinsy, w których Krystyna uważała, że wyglądam „wyzywająco” – też je zabrałam. Na koniec został szlafrok. Miękki, niebieski w drobne prążki, kupiony rok temu na wyprzedaży. Zostawiłam go na łóżku, starannie złożony. Nie chciałam go zabierać. Był symbolem wszystkiego, co przez lata próbowałam udowodnić – że potrafię się dostosować, że zasługuję na miejsce w tej rodzinie, że jeśli będę wystarczająco cierpliwa, w końcu zostanę zaakceptowana. Szlafrok został na posłaniu jak znak, że przestałam czekać.
Leave a Comment