Na siodła! – rzuciłem. To był ledwie podniesiony głos, ale usłyszeli go wszyscy. – Każdy z was. Pełne barwy. Ruszamy za pięć minut.
Pienięć minut później ziemia zadrżała. Dziewięćdziesiąt trzy Harleye Davisony odpaliły jednocześnie. To dźwięk, który czujesz w zębach, głęboki, pierwotny ryk, który zwiastuje nadejście czegoś nie do zatrzymania. Tego dnia nie jechaliśmy w paradnej formacji. Jechaliśmy jako stado, jako żywy mur z chromu i czarnej skóry, który wytoczył się z bramy na główną drogę.
Prowadziłem, wiatr smagał moją twarz, ale nie był w stanie ochłodzić żaru pod skórą. Przejeżdżaliśmy na czerwonym świetle. Samochody zjeżdżały na pobocza, by ustąpić nam drogi. Miejskie patrole, które mijaliśmy, tylko nam się przyglądały; nie zatrzymujesz stada tej wielkości, chyba że masz pod ręką Gwardię Narodową.
Dotarliśmy do eleganckiej dzielnicy Cedar Falls w dziesięć minut. Trawniki były wystrzyżone. Zraszacze cykały rytmicznie. To był obrazek z amerykańskiego snu, a my byliśmy koszmarem, który wtoczył się środkiem alejki.
Skręciliśmy w ulicę szeryfa Wrighta. Znałem ten dom – wielka, biała willa w stylu kolonialnym, flaga USA powiewająca na ganku. Na podjeździe nie było policyjnego radiowozu, ale stał jego prywatny pick-up.
Zgasiłem silnik i dojechałem na luzie aż do samego końca jego podjazdu. Za mną, w nierównym rytmie, zgasły dziewięćdziesiąt dwa silniki, pogrążając okolicę w nagłej, przerażającej ciszy.
Zsiedliśmy z motocykli. Nikt nie odezwał się ani słowem. Po prostu wypełniliśmy ulicę, morze skórzanych kamizelek i ciężkich butów.
Ruszyłem podjazdem. Po moich bokach szli Axel i mój sierżant broni, Tiny.
Drzwi wejściowe otworzyły się, zanim dotarłem do ganku. W progu stanął szeryf Wright. Miał na sobie polówkę i khaki, w ręku trzymał butelkę piwa. Wyglądał na zirytowanego, ale nie przestraszonego. To był jego błąd. Myślał, że odznaka czyni go bogiem.
– Co to ma, do cholery, znaczyć? – warknął Wright, schodząc na ganek. – Jesteście na terenie prywatnym, Bear. Wiem, kim jesteś. Zabieraj stąd swoje śmieci, zanim wezwę patrol i każę was pozamykać za zakłócanie spokoju.
Nie zatrzymałem się, dopóki nie stanąłem u stóp jego schodków. Spojrzałem na niego z dołu. – Gdzie jest chłopiec, Wright?
Jego twarz się nie zmieniła, ale oczy tak. Lekki skurcz. Tylko na ułamek sekundy. – Nie wiem, o czym mówisz. Mój pasierb jest u kolegi. A teraz się wynoś.
– Emma jest w moim klubie – powiedziałem, a mój głos niósł się po całym, cichym trawniku. – Mówi, że masz Pokój Myśli. Mówi, że Tommy jest w piwnicy. Mówi, że wczoraj przestał krzyczeć.
Twarz Wrighta nabiegła purpurą. – Ta dziewczynka to kłamczucha i uciekinierka. Jest chora psychicznie. Jeśli ją masz, to porywasz nieletnią. Każę wasz klub zamknąć i zrównać z ziemią buldożerami.
– Tiny – powiedziałem spokojnie. – Otwórz te drzwi.
Tiny, zbudowany jak automat z napojami, tyle że z nogami, minął mnie bez słowa.
– Zrób jeszcze krok, a strzelę! – Wright sięgnął ręką do pasa, najwyraźniej po ukrytą broń.
Nie zdążył. Poruszyłem się szybciej, niż facet moich rozmiarów powinien móc. Złapałem go za gardło i przygwoździłem do jego własnych drzwi wejściowych. Drewno trzasnęło pod wpływem uderzenia. Butelka z piwem rozbiła się o deski ganku.
– Jeśli ten chłopak nie żyje – wyszeptałem mu prosto do ucha – to w całym tym stanie nie znajdą gliniarza, który zdoła zidentyfikować choćby twój ząb.
Tiny kopnął frontowe drzwi. Rozpadły się w drzazgi.
Wtargnęliśmy do środka. Wewnątrz było nieskazitelnie czysto. Na ścianach wisiały zdjęcia uśmiechniętych dzieci. Kłamstwa oprawione w ramki.
– Piwnica! – krzyknąłem.
Znaleźliśmy drzwi w kuchni. Były ze wzmocnionej stali, dziwnie ciężkie jak na wewnętrzne drzwi. I dokładnie tak, jak mówiła Emma, na skoblu wisiała solidna kłódka.
– Obcęgi! – krzyknął Axel, zawracając w stronę wyjścia, by pobiec do motocykli.
– Nie ma czasu – warknąłem. Spojrzałem na Tiny’ego i dwóch innych wielkich braci. – Wyważyć.
Trzech nas było. Kopaliśmy w futrynę, aż drewno pękło, a wkręty wyrwały się z muru. Drzwi otworzyły się z trzaskiem, ukazując drewniane schody prowadzące w ciemność.
Najpierw uderzył nas smród. Mocz, brud i stęchłe, gorące powietrze z niewentylowanego pomieszczenia.
Sięgnąłem po latarkę przypiętą do pasa i ruszyłem pierwszy.
– Tommy? – zawołałem.
Cisza.
Zszedłem na dół. Piwnica była wykończona, ale jeden z jej rogów odgrodzono sklejką. Cela.
Leave a Comment