Czy mam prawo być szczęśliwa?
Magdzie powiedziałam po dwóch miesiącach. Zadzwoniłam wieczorem, gdy Zosia już spała, żeby córka miała chwilę spokoju.
– Mamo, poznałam kogoś – powiedziałam i sama się roześmiałam, bo brzmiało to jak zdanie z pamiętnika szesnastolatki.
Zapadła cisza. Dłuższa, niż się spodziewałam.
– Jak to „poznałam kogoś”?
– Wojciech. Emerytowany nauczyciel. Bardzo porządny człowiek, Magda.
– Mamo, tata nie żyje pięć lat.
– Wiem, ile lat nie żyje tata.
– I ty teraz chcesz… co? Chodzić z kimś za rękę po parku?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Właśnie chodziliśmy za rękę po parku i było to najpiękniejsze, co mnie spotkało od lat. Magda się rozłączyła. Przez tydzień nie dzwoniła.
Kiedy w końcu przyjechała na Ursynów, usiadła w kuchni, na krześle Staszka. Miała twarz napiętą jak wtedy, gdy jako nastolatka próbowała mnie przekonać, że bez niej nie mogę jechać na wakacje.
– Mamo, ośmieszasz się. Wszyscy będą mówić.
– Kto „wszyscy”?
– Ciocia Krystyna. Sąsiadki. Ludzie.
– Magda, mam sześćdziesiąt trzy lata, a nie trzynaście. Nie muszę pytać cioci Krystyny o pozwolenie.
Odwróciła się do okna. Zobaczyłam, że płacze. Nie ze złości. Z lęku.
– Bo jak ty z kimś będziesz – powiedziała cicho – to znaczy, że tata naprawdę nie wróci. Że to koniec.
I wtedy zrozumiałam. Nie chodziło o opinię sąsiadek. Chodziło o pamięć. Dopóki byłam sama, Staszek wciąż był obecny – w mieszkaniu, w rozmowach, w serwetce na telewizorze, którą sam wybrał. Moje szczęście z kimś innym oznaczało dla niej, że ten rozdział został zamknięty.
Zostałam z pytaniem: czy mam prawo być szczęśliwa, jeśli to sprawia ból mojemu dziecku?
Opowiedziałam o tym Wojtkowi. Siedzieliśmy w jego kuchni. Kroił chleb, słuchał uważnie, nie przerywał. W końcu odłożył nóż i powiedział:
– Dorota, ja nie chcę zastępować twojego męża. Chcę po prostu jeść z tobą kolację i rozmawiać o książkach.
Leave a Comment