Prezent, który miał być trumną
W dniu jej 30. urodzin Femi obudził ją z szerokim uśmiechem. W dłoni trzymał kluczyki.
— Kochanie, kupiłem ci nowego SUV-a. Ale musisz pojechać nim sama do wioski i pokazać go mojej mamie. Dołączę później.
Chioma była w siódmym niebie. Uściskała go mocno.
— Dziękuję! Wyjadę od razu!
— Tak — odpowiedział, nerwowo sprawdzając zegarek. — Wyjedź przed dziesiątą. Musisz być na autostradzie przed dwunastą.
Nie wiedziała, że dwunasta była godziną, o której „Grupa Modlitewna” domagała się ofiary, by odnowić jego bogactwo.
Przed wyjazdem zatrzymała się w warsztacie, by dopompować opony. Tam mechanik, któremu kiedyś pomogła opłacić rachunki za leczenie, zatrzymał ją.
— Proszę spojrzeć — powiedział, pokazując jej przelew w telefonie. — Jeśli bym odmówił, powiedział, że mnie też zabije.
Na ekranie widniało imię Femi.
W tej samej chwili zadzwonił telefon.
— Kochanie? Jesteś już w drodze? Jedziesz szybko? Mama czeka — mówił Femi, zniecierpliwiony.
Łzy spływały jej po twarzy.
— Tak, kochanie — skłamała. — Jestem na autostradzie. Jadę szybko.
— Dobrze — wyszeptał. — Szerokiej drogi.
Rozłączył się.
Chioma spojrzała na samochód, który miał stać się jej trumną.
— Napraw hamulce — powiedziała mechanikowi. — Wracam do domu. Dziś to się skończy.
— Proszę nie wracać! On jest zdesperowany! — błagał chłopak.
Jednak Chioma wsiadła do auta.
Nie płakała już.
Była wściekła.
Leave a Comment