Była teściowa chciałaByła teściowa chciała

Była teściowa chciałaByła teściowa chciała

Walentyna Pietrowna zaczęła „chorować”. Nagle pojawiły się problemy z kręgosłupem, przez które nie mogła myć podłóg. Potem — z sercem, przez co nie mogła się denerwować, a więc Marina musiała do niej przyjeżdżać i sprzątać mieszkanie, żeby teściowa „nie martwiła się bałaganem”.

— Mama jest samotna, przecież rozumiesz — mówił Andriej. — Czy to naprawdę taki problem, żeby raz w tygodniu do niej pojechać?

Raz w tygodniu zamieniło się w dwa, potem w trzy. Marina kręciła się jak w kołowrotku: praca, dom, teściowa, znów praca, gotowanie, pranie, sprzątanie. Zasypiała jak nieżywa i budziła się wykończona.

W lustrze patrzyła na nią obca kobieta — z poszarzałą cerą, pustym spojrzeniem i piętnastoma dodatkowymi kilogramami, które pojawiły się niezauważalnie, między przekąskami w biegu a wieczornym zajadaniem stresu.

Pewnego dnia, przechodząc obok witryny butiku, Marina zobaczyła piękną turkusową sukienkę. Była elegancka, dopasowana, z lekkiego, połyskującego materiału. Marina weszła do środka, przymierzyła ją — i nagle w lustrze zobaczyła przebłysk dawnej siebie.

— Biorę — powiedziała sprzedawczyni.

W domu Andriej zrobił awanturę.

— Ty chyba oszalałaś?! — krzyczał, machając paragonem. — Pięć tysięcy na szmatę? Mamy przecież wspólny budżet! Za te pieniądze można by kupić jedzenia na tydzień!

— To moja pensja — odparła cicho Marina.

— Twoja? — Andriej roześmiał się. — Co ty tam w ogóle zarabiasz? Grosze! To ja jestem głównym żywicielem rodziny i ja decyduję, na co wydajemy pieniądze. Oddaj tę sukienkę.

Oddała. Sprzedawczyni spojrzała na nią z politowaniem.

Marina zaczęła się dusić. Budziła się w nocy z uczuciem, że ściany ją przygniatają. Jej życie zamieniło się w niekończące się spełnianie cudzych wymagań, w których nie było miejsca dla niej samej.

Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zrobiła coś dla siebie, spotkała się z przyjaciółkami — i nie mogła. To wszystko zostało w jakimś innym życiu.

Pewnego wieczoru, gdy Andriej po raz kolejny wyrzucił jej, że zupa jest „bez smaku”, Marina powiedziała:

— Nie mogę już tak dłużej żyć.

Zapadła cisza.

— Co masz na myśli? — zapytał powoli Andriej.

— Duszę się. Nie czuję się człowiekiem. Chcę wrócić do normalnej pracy, chcę żyć, a nie tylko wszystkich obsługiwać.

Andriej zadzwonił do matki. Walentyna Pietrowna przyjechała w ciągu godziny.

Rozmawiali długo. Mówili na zmianę i jednocześnie, przerywając sobie nawzajem. Marina siedziała na kanapie, a oni stali nad nią — i miała wrażenie, że kurczy się z każdą minutą.

— Spójrz na siebie — mówiła Walentyna Pietrowna z lodowatą złością. — Myślisz, że masz dokąd pójść? Masz trzydzieści pięć lat, jesteś gruba, nie masz żadnego doświadczenia potrzebnego do dobrej pracy, nie masz pieniędzy. Kto cię przyjmie?

— Mama ma rację — wtórował Andriej. — Myślisz, że ktoś tam na ciebie czeka? Rozejrzyj się — wszyscy tak żyją. To normalne. Po prostu jesteś rozpieszczona, i tyle.

— Nikomu nie jesteś potrzebna — ciągnęła teściowa. — Andriej żyje z tobą z litości. Gdzie widziałaś, żeby takie jak ty były szczęśliwe? Będziesz sama, w wynajętym pokoju, w durnej pracy, będziesz się starzeć w samotności. To właśnie cię czeka.

Marina słuchała i czuła, jak coś w niej się zmienia. Ale wraz z tym przyszło też dziwne uczucie ulgi. Bo w tym momencie zrozumiała: nawet jeśli będzie sama, w wynajętym pokoju, z kiepską pracą — i tak będzie jej lepiej niż tutaj.

— Odchodzę — powiedziała.

Walentyna Pietrowna pobladła.

Post navigation

Leave a Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

back to top