Wyglądał starzej. Zmęczony. Przytłoczony własnym stresem. Usiadł naprzeciwko mnie i długo się wpatrywał.
— Nie jesteś tą kobietą, którą poślubiłem — powiedział w końcu.
Upiłam łyk espresso.
— Nie. Tamta kobieta kurczyła się, żebyś ty mógł czuć się duży.
— A teraz?
— Teraz nie kurczę się dla nikogo.
Wyciągnął z kieszeni kopertę. Czek.
— Gest dobrej woli — powiedział.
Przesunęłam go z powrotem w jego stronę.
— Wciąż myślisz, że chodzi o pieniądze — odpowiedziałam spokojnie. — I właśnie to jest problem.
Wstałam, poprawiłam płaszcz i wyszłam.
Za mną baristka wywołała moje imię.
Nie „pani Hartwell”.
Po prostu Amelia.
A wszyscy się odwrócili.
Dalsza część artykułu znajduje się na następnej stronie. Reklama
Leave a Comment