Kiedy zapytałam, o której godzinie odbędzie się pogrzeb mojego syna, synowa odpowiedziała bardzo spokojnie: „Już odprawiliśmy małą, prywatną ceremonię. Tylko dla bliskich przyjaciół”.
Tydzień później zadzwoniła do mnie w panice i krzyknęła: „Co ty robisz z moim życiem?”.
Stałam w moim domu w stylu rancza na skraju małego teksańskiego miasteczka o nazwie Cedar Ridge, tuż przy autostradzie 79. Okno mojej kuchni wychodzi na wąskie podwórko i tory kolejowe, które przecinają miasto na pół. Układałam białe lilie w słoiku – ulubione kwiaty Blaine’a od małego. Kupiłam je w sklepie H‑E‑B przy Main Street, myśląc, że może, ale to tylko może, uda mi się je mu zanieść do szpitala następnego dnia.
Lekarze powiedzieli, że stan mojego syna jest stabilny. Krytyczny, ale stabilny. Powiedzieli mi, że jest jeszcze czas. Czas na kolejną operację. Czas, żeby walczył.
Wciąż trzymałam łodygę lilii, gdy zadzwonił telefon stacjonarny na ścianie.
„Halo?” zapytałam.
„Opal”.
Głos Noli był płaski. Nie zachrypnięty od płaczu, nie drżący, jak powinien brzmieć głos młodej wdowy pogrążonej w żałobie. Po prostu płaski, urywany, jakby dzwoniła w sprawie rachunku za media.
„Dzwonię w sprawie pogrzebu” – powiedziała.
Serce mi zamarło. Lilia wyślizgnęła się z moich palców i uderzyła o wytarte linoleum z miękkim, wilgotnym plaskiem.
„Pogrzeb?” Poczułam ucisk w gardle. „Jaki pogrzeb? Lekarz powiedział, że Blaine jest…”
„Kiedy ostatnio rozmawiałaś z lekarzem, Opal?” Jej ton stał się ostrzejszy, niecierpliwy, jakbym była klientką blokującą połączenie.
„Wczoraj rano. Dr Henderson powiedział, że operacja przebiegła pomyślnie. Że Blaine odpoczywa. Powiedział…” Szukałam odpowiednich słów. „Powiedział, że za kilka dni przeprowadzą ponowną ocenę”.
„To było dwa dni temu” – wtrąciła. „Blaine zmarł wczoraj wieczorem. Powikłania po infekcji”.
Kuchnia zadrżała. Złapałam się krawędzi blatu, żeby nie zsunąć się na podłogę.
„Nie” – wyszeptałam. „Nie, to nie to… dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? Dlaczego nikt…”
„Próbowałam dzwonić” – powiedziała. W jej głosie nie było ciepła. Nie ma pocieszenia dla matki, która dowiaduje się, że jej jedyne dziecko nie żyje. „Nie odebrałaś”.
Moja wolna ręka powędrowała do telefonu komórkowego w kieszeni spranych dżinsów. Wyciągnęłam go, kciukiem przesuwając palcem po ekranie, przeglądając ostatnie połączenia. Nic. Żadnych telefonów od Noli. Żadnych ze szpitala.
„Nie ma od ciebie żadnych nieodebranych połączeń” – powiedziałam. Słowa z trudem wydobyły się z mojego gardła.
„No cóż, może miałeś wyłączony telefon. Albo byłeś w jednej ze swoich martwych stref na odludziu. Teraz to nie ma znaczenia”. Słyszałem, jak krząta się w tle – otwierały się drzwiczki szafek, głuchy odgłos stawianego czegoś ciężkiego. Zawsze wszystko organizuje. Zawsze panuje nad sytuacją. „Chodzi o to, że muszę wiedzieć, która godzina pogrzebu ci pasuje. Myślimy o czwartku o drugiej”.
Czwartek. Był już wtorek wieczorem. Zegar w kuchni nad lodówką wskazywał 18:47.
„To… to już niedługo” – wydusiłem z siebie. „Czy nie potrzebujemy więcej czasu na planowanie? Na powiadomienie ludzi? Blaine ma rodzinę, znajomych z liceum, z Uniwersytetu Teksańskiego…”
„Już jest zaplanowane” – powiedziała. „Mała ceremonia. Tylko najbliższa rodzina. Pastor Williams z mojego kościoła poprowadzi ceremonię”.
Jej kościół, nie nasz. Nie ten mały kościół metodystów z białą wieżą, w którym Blaine został ochrzczony i gdzie fałszował w chórze dziecięcym w każdą niedzielę, aż do dwunastego roku życia i odkrycia baseballu. Jej wielki, nowoczesny kościół przy autostradzie międzystanowej, w którym nigdy nie czułam się mile widziana.
„Nola, proszę, możemy o tym porozmawiać?” Z trudem wzięłam oddech. „Wiem, że ty też przeżywasz żałobę, ale Blaine był moim synem. Muszę być częścią tego. Potrzebuję…”
„Myślałam o tym” – powiedziała, a jej głos stał się chłodniejszy, o ile to w ogóle możliwe. „I szczerze mówiąc, może lepiej byłoby, gdybyś nie przychodziła”.
Słowa uderzyły mnie z całą siłą. Cofnęłam się o krok i uderzyłam biodrem o kuchenny stół.
„Co ty właśnie powiedziałaś?”
„Słyszałaś mnie. To byłoby zbyt emocjonalne. Zbyt skomplikowane. Blaine nie chciałby sceny na swoim pogrzebie”.
Sceny. Jakby matka opłakująca jedyne dziecko była widowiskiem, które trzeba udźwignąć.
„Nola, nie mówisz poważnie. To mój syn. Moje jedyne dziecko”.
„Był moim mężem” – warknęła. „I szczerze mówiąc, Opal, gdzie byłaś przez ostatnie pięć lat? Ledwo dzwoniłaś. Ledwo odwiedzałaś. Nie udawaj teraz, że byłaś blisko niego”.
Każde słowo było jak nóż, a najgorsza była cienka warstwa prawdy pod kłamstwami. Nie dzwoniłam tak często, jak powinnam. Nie odwiedzałam tak często, jak chciałam. Za każdym razem, gdy próbowałam, zawsze był jakiś powód, dla którego nie mogłam przyjść. Zawsze jakiś konflikt lub problem, który Nola odkrywała w ostatniej chwili.
„Próbowałam” – wyszeptałam. „Za każdym razem, gdy planowałam wizytę, coś wyskakiwało. Mówiłaś, że jest zbyt zmęczony. Albo miałaś plany, albo…”
„Dokładnie”. W jej głosie słychać było nutę triumfu. „Próbowałaś. To nie to samo, co być tam”.
Pomyślałam o wszystkich urodzinach, kiedy moje połączenia trafiały na pocztę głosową. O świątecznych zaproszeniach, które w ostatniej chwili zostały wycofane. O wnukach, których nigdy nie poznałam, bo Nola twierdziła, że posiadanie „kilku babć” byłoby dla nich zbyt mylące.
„Czekaj – wnuki?” – wyrzuciłam z siebie. „Dzieci. B
dzieci Laine. Powinnam przynajmniej…”
„Jakie dzieci?” Nola brzmiała na autentycznie zdezorientowaną.
„Dwa lata temu Blaine powiedział mi, że spodziewasz się dziecka”. Wspomnienie unosiło się w powietrzu niczym teksańskie niebo. Siedziałam w barze przy autostradzie I-20, w powietrzu unosił się zapach kawy i smażonego bekonu, kiedy Blaine zadzwonił, a w jego głosie słychać było coś w rodzaju radości. „Ale w zeszłym roku wspomniał, że dziecko chodzi i…”
Nola się roześmiała. Naprawdę się roześmiała. Krótkim, ostrym dźwiękiem.
„Opal. Nigdy nie mieliśmy dzieci. Nie wiem, co Blaine ci powiedział, ale lata temu zrezygnowaliśmy z dzieci. Moja kariera, jego problemy zdrowotne… byliśmy szczęśliwi tylko we dwoje”.
Kłamstwa. Wymyślne historie, które Blaine mi opowiadał o wyimaginowanych dzieciach. Zdjęcia, które mi wysyłał – pulchne maluchy na polach dyniowych, rudowłosi chłopcy w strojach Małej Ligi – musiały być cudzymi dziećmi.
„Dlaczego miałby kłamać w takiej sprawie?” Mruknęłam.
„Nie mam na to czasu”. Jej cierpliwość się skończyła. „Muszę dokończyć pogrzeb. Nabożeństwo jest w czwartek o drugiej w Domu Pogrzebowym Petersona na Maple Street. Jeśli naprawdę nalegasz, to dobrze, ale trzymaj się, dobrze? Tu nie chodzi o ciebie”.
Rozłączyła się, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
Stałam w mojej cichej teksańskiej kuchni, na zewnątrz brzęczały cykady, trzymając w ręku rozładowany telefon i wpatrując się w lilię na podłodze. Mój syn odszedł, a ja dowiedziałam się o tym od jego żony, jakby to była niedogodność, z którą musiała sobie poradzić.
Szpital, pomyślałam nagle. Mogłabym zadzwonić do szpitala. Przynajmniej tyle potwierdzić.
Wybrałam numer drżącymi rękami.
„Centrum Medyczne St. Mary’s, centrum Cedar Ridge. Jak mogę przekierować rozmowę?” Głos kobiety był energiczny, profesjonalny.
„Dzwonię w sprawie mojego syna” – powiedziałam. „Blaine Morrison. Był tam pacjentem i powiedziano mi…
„Chwileczkę, proszę pani. Przełączę panią do informacji o pacjencie”.
Muzyka w oczekiwaniu na połączenie brzmiała energicznie w stylu country-pop, zupełnie niepasująca do mojego świata, który właśnie się zawalił.
„Proszę pani?” – odezwał się inny głos. „Informacje o pacjencie. W czym mogę pomóc?”
„Mój syn” – powtórzyłam. „Blaine Morrison. Dwa dni temu przeszedł operację. Jego chirurgiem był dr Henderson. Powiedziano mi, że zmarł tam wczoraj wieczorem”.
„Przykro mi, proszę pani” – powiedziała kobieta – „ale nie mamy żadnych danych o Blaine’ie Morrisonie jako pacjencie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. I nie mamy dr Hendersona w naszym zespole”.
Ścisnęłam blat, aż zbielały mi kostki.
„To niemożliwe” – powiedziałam. „Przeszedł operację. Powiedział mi…”
„Czy jest pani pewna, że trafiła pani do właściwego szpitala?”
Rozłączyłam się bez odpowiedzi.
W jakim szpitalu leżał Blaine? Dlaczego założyłam, że to St. Mary’s? Czy rzeczywiście podał nazwę, a ja zapomniałam, czy po prostu uzupełniłam luki, bo do St. Mary’s wszyscy w naszym hrabstwie zgłaszali się po coś poważniejszego niż szwy?
Mój umysł przypominał układankę, której brakuje połowy elementów.
Zakład pogrzebowy, pomyślałam. Mogłabym zadzwonić do Peterson’s. Ulica Maple była tylko dwie przecznice od rynku, między antykwariatem a starym kinem, w którym teraz wyświetlano najnowsze filmy Marvela i serwowano piwo rzemieślnicze.
„Zakład Pogrzebowy Peterson” – odpowiedział ciepły kobiecy głos. „Tu Margaret. W czym mogę pomóc?”
„Dzień dobry” – powiedziałam, przełykając ślinę. „Dzwonię w sprawie pogrzebu Blaine’a Morrisona w czwartek”.
„O tak, pani Morrison” – odpowiedziała natychmiast. „Wszystko jest przygotowane tak, jak pani prosiła. Trumna zamknięta, skromny pogrzeb, tylko najbliższa rodzina. Nawiasem mówiąc, piękny wybór muzyki – „Amazing Grace” na fortepian. Przyniesiesz kwiaty, czy my zajmiemy się organizacją?”
„Nie jestem panią Morrison” – powiedziałam powoli. „Jestem Opal Morrison. Mamą Blaine’a”.
Na linii zatrzeszczała cisza.
„Ojej. Ojej” – powiedziała w końcu. „Bardzo mi przykro, pani Morrison. Pani synowa wyraźnie powiedziała, że lista gości jest już gotowa i że nie będzie żadnych dodatkowych członków rodziny. Założyłam…”
„Powiedziała, że nie przyjdę?” – mój głos zabrzmiał cichutko.
„Powiedziała, że to będzie dla pani zbyt trudne” – powiedziała łagodnie Margaret – „że woli pani opłakiwać go w samotności, w domu. Bardzo przepraszam za zamieszanie”.
„Za trudne dla mnie. Jakby czuwanie przy pochówku mojego syna było trudniejsze niż nieobecność w ogóle.
„Nabożeństwo jest na pewno w czwartek o drugiej?” Zapytałam.
„No cóż”, powiedziała Margaret, „zaszła zmiana. Pani Morrison dzwoniła godzinę temu i przesunęła to na jutro, na dziesiątą rano. Mówiła coś o tym, że chce to szybko załatwić dla dobra wszystkich”.
„Jutro”, powtórzyłam. W środę rano. Za niecałe dwanaście godzin.
Przeniosła pogrzeb mojego syna i nawet nie raczyła mi o tym powiedzieć.
Rozłączyłam się i ciężko opadłam na jedno z kuchennych krzeseł, którego winylowe siedzisko popękało od lat spędzonych w Teksasie latem. Wpatrywałam się w lilię wciąż leżącą na podłodze.
Jutro rano, podczas gdy prawdopodobnie będę nalewać sobie filiżankę Folgersa i czytać nekrologi w „Cedar Ridge Gazette”, moje jedyne dziecko zostanie złożone w grobie. Jego żona – kobieta, która systematycznie wypychała mnie z jego życia – prawdopodobnie…
Leave a Comment