Mój mąż wyjechał w podróż służbową, zostawiając pod moją opieką całkowicie sparaliżowanego pasierba. W chwili, gdy jego samochód zniknął mi z oczu, mój pasierb zeskoczył z wózka inwalidzkiego i wyłączył przeciekającą kuchenkę gazową.

Mój mąż wyjechał w podróż służbową, zostawiając pod moją opieką całkowicie sparaliżowanego pasierba. W chwili, gdy jego samochód zniknął mi z oczu, mój pasierb zeskoczył z wózka inwalidzkiego i wyłączył przeciekającą kuchenkę gazową.

„Patrzysz? Jak… on jest na autostradzie” – wydusiłem z siebie, próbując odzyskać zdrowy rozsądek.

Leo wskazał na róg pokoju. Tuż nad wysoką kryształową gablotą, wśród bujnych sztucznych kwiatów, widniała maleńka, błyszcząca kropka odbijająca światło.

„Kamera” – syknął Leo. „Zainstalował ją w zeszłym tygodniu. Powiedział, że to czujnik ruchu do alarmu. Skłamał. Jest podłączona do jego telefonu”.

Krew mi zmroziła krew w żyłach. Instynktownie odwróciłem głowę w jego stronę.

„Nie patrz na to” – szepnął Leo. Pociągnął mnie za rękę, żebym nie patrzyła w dół. „Słuchaj, mamo. Pewnie właśnie otwiera aplikację, żeby sprawdzić, dlaczego wciąż mogłaś odebrać telefon. Jeśli zobaczy mnie tak stojącą – albo jeśli zobaczy, że wyglądasz idealnie – będzie wiedział, że jego plan całkowicie się nie powiódł”.

„Co więc zrobimy?” – zapytałem, czując narastającą panikę.

„Zróbmy mu przedstawienie” – powiedział Leo, a w jego oczach pojawił się przebiegły błysk. „Musimy wmówić mu, że słabniesz. Sprawić, żeby poczuł, że wygrywa, żeby teraz nie chciał się wycofać”.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, mój telefon znów zawibrował.

Wiadomość tekstowa.

Czytając to, trzęsły mi się ręce.

Kochanie, sprawdziłem obraz z kamery, ale w salonie jest ciemno. Czy nie ma prądu? Spróbuj zapalić lampę. Chcę sprawdzić, co u Leo.

Leo przeczytał wiadomość przez moje ramię, a jego twarz się ściągnęła.

„On nas testuje” – wyszeptał. „Nie ma prądu. Zdalnie wyłączył tryb nocny w kamerze, żeby ekran był ciemny, prowokując cię do stania przed nią”.

Leo spojrzał na mnie. Potem szybkim ruchem lekko rozdarł kołnierzyk swojej koszuli, sprawiając, że wyglądała na rozczochraną.

„Mamo” – rozkazał – „uderz mnie”.

“Co?”

„Uderz mnie” – powtórzył ostrym głosem. „A potem rzuć się na kanapę. Udawaj, że szalejesz. Nakrzycz na mnie prosto przed kamerą. Natychmiast”.

Moja ręka zawisła w powietrzu, drżąc pod ciężarem moralnym, który groził, że mnie zmiażdży.

Leo wypiął pierś. Jego oczy spotkały się z moimi – mieszanina wyzwania i rozpaczliwej prośby.

„Zrób to, mamo. Teraz, albo zginiemy” – syknął.

Zamknąłem oczy, ugryzłem się w wargę, aż poczułem smak krwi, i zamachałem ręką.

Pękać.

Dźwięk rozbrzmiał echem w cichym pokoju. Dłoń mnie piekła, ale serce bolało jeszcze bardziej.

Leo gwałtownie odwrócił głowę na bok, a jego policzek natychmiast poczerwieniał. W ułamku sekundy jego wyraz twarzy uległ zmianie. Otworzył usta i wyrwał mu się rozdzierający serce jęk – żałosny, przekonujący i w jakiś sposób druzgocący.

Znów był niepełnosprawnym dzieckiem.

Natychmiast wczułem się w swoją rolę. Wykorzystałem prawdziwy zawrót głowy jako paliwo, krzyczałem histerycznie i zatoczyłem się przed gablotę, z której patrzyła ukryta kamera.

„Cicho, Leo! Cicho!” krzyknęłam, chwytając się za głowę. „Boli mnie głowa… przez ciebie… przez ten zapach… wariuję!”

Rzuciłem się na długą sofę, wiłem się i waliłem pięściami w poduszki.

„Ethan! Ethan, pomóż mi” – bełkotałem, upewniając się, że mój głos jest wystarczająco głośny, by mikrofon go wychwycił. „Zaraz mi głowa eksploduje!”

Mijały sekundy, bolesne i długie.

Wtedy mój telefon znów zawibrował.

Kochanie, co się stało? Widzę cię na kamerze. Krzyczysz. Źle ci? Jeśli masz zawroty głowy, spróbuj spać na kanapie. Nie złość się na Leo. Straszysz go. I nie otwieraj drzwi, dobrze? To niebezpieczne. Wrócę do domu tak szybko, jak tylko będę mógł. Utknąłem w korku.

On to widział.

Oglądał program.

A co najstraszniejsze, kazał mi spać i nie otwierać drzwi – subtelne instrukcje, żebym został w środku i wdychał to, co pozostało w powietrzu, dopóki ono nie dokończy dzieła.

Leo, wciąż szlochający na wózku inwalidzkim, powoli się uspokoił, gdy zobaczył, że odkładam telefon. Spojrzał na mnie zaszyfrowanym wzrokiem, zerkając w lewo.

Poszedłem za jego wzrokiem w stronę korytarza, który prowadził do kuchni gospodarczej i nieużywanej łazienki dla służby.

Znikając z pola widzenia, Leo bezgłośnie powiedział:

Bezpieczna.

Lekko skinąłem głową.

Wciąż czując zawroty głowy, wstałam i głośno jęknęłam. „Będę wymiotować”.

„Zejdź mi z drogi, Leo” – wybełkotałem, biegnąc w stronę tylnego korytarza, poza pole widzenia kamery.

W chwili, gdy dotarłem do małej, wilgotnej łazienki dla służby, Leo wjechał tam z prędkością błyskawicy. Wślizgnęliśmy się do środka, a on natychmiast odsunął zasuwę.

W małym pokoju, w którym unosił się zapach naftaliny, w końcu spadły z nas maski.

Osunęłam się na podłogę obok suchej wanny, szlochając – cicho, drżąc. „Przepraszam, Leo. Przepraszam, że cię uderzyłam”.

Leo zignorował moje przeprosiny. Był zajęty wyciąganiem cienkiego tabletu z ukrytej przegródki, którą ukrył za oparciem wózka inwalidzkiego. Jego palce śmigały po ekranie.

„Oszczędź sobie łez, mamo” – powiedział chłodno, choć policzek wciąż miał czerwony. „Będą ci potrzebne później. Teraz… spójrz”.

Wcisnął mi tabletkę w twarz.

„Od miesiąca wchodzę do jego chmury i synchronizuję jego czaty. Wiedziałem, że coś planuje, ale nigdy nie mogłem tego udowodnić aż do dzisiaj. Popełnił fatalny błąd, nie wyłączając synchronizacji danych na tym starym tablecie”.

Na ekranie wyświetliła się znajoma zielona aplikacja do przesyłania wiadomości.

Nie była to rozmowa z klientem ani współpracownikiem.

To była intensywna rozmowa z osobą o imieniu Jessica: Projektowanie wnętrz.

Moje oczy przesuwały się po wierszach, a każde słowo uderzało mnie w pierś niczym młot.

Ethan, przewód gazowy jest poluzowany. Głupiec i idiota są zamknięci w środku. Wychodzę, udając, że jadę w podróż służbową, którą wysłałem dwie godziny temu.

Jessica, jesteś pewna, że ​​to bezpieczne, kochanie? A co, jeśli się nie uda? Nie chcę dłużej czekać, aż będziesz cała dla siebie. Już zarezerwowałam bilety do Paryża na przyszły tydzień.

Ethan, spokojnie, kochanie. Clara jest naiwna. Nie będzie niczego podejrzewać. Nawet jeśli nie umrze od gazu, to zemdleje i niechcący przewróci tę świecę, którą zapaliłem na stoliku. Dom się zawali. Zbierzemy pieniądze. Weźmiemy ślub w Europie. Żegnaj biedoto.

Jessica. Haha. Jesteś taka zła. Ale to uwielbiam.

Kocham Cię, mój przyszły bogaty mężu.

Kocham cię jeszcze bardziej. Tylko bądź cierpliwy. Za jakąś godzinę powinniśmy dostać powiadomienie o pożarze domu.

Pod rozmową znajdowało się zdjęcie, które właśnie wysłała Jessica.

Test ciążowy z dwiema różowymi liniami.

Jessica: Mały bonus dla ciebie. Junior jest w drodze.

Świat pociemniał.

Moja miłość, moje dwuletnie oddanie, moja szczerość w opiece nad jego synem – odpłaciła się spiskiem tak ohydnym, że aż mnie ciarki przeszły. Nie chciał, żebym odeszła tylko dla pieniędzy. Chciał mnie zastąpić, wymazać i oczyścić dom ze świadków.

I nazwał Leo — swojego syna — idiotą.

Ucisk w piersi przestał być smutkiem. Przekształcił się w coś innego: coś gorącego, ostrego i żywego.

Wpatrywałam się w ekran, wypalając w pamięci każde ohydne słowo. Łzy przestały płynąć. Mój nierówny oddech stał się spokojny – ciężki, głęboki.

„Mamo” – powiedział Leo cicho, być może przestraszony moim nagłym bezruchem.

Zwróciłem się do niego.

Łagodna, uległa Klara zniknęła. Nieśmiała, posłuszna Klara zniknęła.

„Leo” – powiedziałem cicho, wibrując nie strachem, lecz świeżo zrodzoną zemstą. „Czy ta tablica może teraz nagrać nasze twarze?”

Leo skinął głową, zdezorientowany. „Tak. Dlaczego?”

„Nagraj mnie” – rozkazałem, ocierając ostatnie łzy z policzków. „Dziś nie umieramy i nie biegniemy”.

Zaciskałem pięści, aż paznokcie wbijały mi się w dłonie.

„On chce, żeby ten dom spłonął” – powiedziałem spokojnym głosem. „Dobrze. Damy mu ogień, którego nigdy nie zapomni”.

Wyjście z tej małej łazienki przypominało powrót na pole bitwy bez zbroi. Zapach gazu prawie się ulotnił, ale smród zdrady wypełniał teraz każdy kąt domu.

„Pamiętaj, mamo” – wyszeptał Leo, szarpiąc mnie za rękaw. „Nie jesteś silna, Claro. Jesteś zatruta gazem, masz zawroty głowy i ledwo się trzymasz. Niech twoje oczy się zaszkliją. Nie skupiaj się na kamerze”.

Skinąłem głową.

Nogi niosły mnie niepewnie w stronę sofy w salonie, naszej sceny. Rozczochrałam włosy, pozwalając, by kosmyki przykleiły się do spoconego czoła. Twarz zbladła mi już bez żadnego wysiłku; świadomość, że mąż chce mojej śmierci, sprawiła, że ​​krew odpłynęła mi z policzków.

Właśnie osunąłem się na kanapę, gdy telefon znów zawibrował.

Dzwonek, który kiedyś przyspieszał bicie mojego serca, teraz brzmiał jak syrena.

Rozmowa wideo.

„On dzwoni” – syknęłam, czując narastającą panikę.

„Odpowiedz” – rozkazał Leo, szybko stawiając swój wózek inwalidzki tuż za mną i wracając do trybu zepsutej lalki.

Moja ręka drżała, gdy naciskałem zieloną ikonę aparatu.

Na ekranie pojawiła się twarz Ethana. Siedział w samochodzie, autostrada rozmywała się za nim. Jego twarz – Boże – wciąż była tak przystojna, ozdobiona wyrazem troski tak przekonującym, że gdybym nie przeczytała jego wiadomości, rozpłynęłabym się.

„O mój Boże, kochanie, wyglądasz tak blado” – wykrzyknął.

W jego głosie słychać było panikę, ale moje niedawno otwarte oczy dostrzegły w nim błysk oczekiwania.

Przełknąłem gorzki smak w ustach.

„Ethan” – jęknęłam, a mój głos się załamał. „Źle się czuję. Mam zawroty głowy. Mam mdłości”.

„Co się stało? Nadal czujesz gaz?” – zapytał szybko.

„Ten zapach… po prostu wiruje mi w głowie” – odpowiedziałam cicho, zamykając oczy, jakbym nie mogła znieść patrzenia na ekran. „Chcę tylko spać. Jestem taka śpiąca”.

Kącik ust Ethana drgnął.

Malutki uśmiech – prawie niezauważalny – ale go dostrzegłem.

Był szczęśliwy. Myślał, że senność oznacza, że ​​słabnę.

„Dobrze, kochanie” – zagruchał, a jego głos był gładki jak jedwab. „Nie zmuszaj się do czuwania. Może po prostu potrzebujesz długiego odpoczynku. Po prostu śpij sobie na sofie. Dobrze? Nigdzie nie odchodź. Poczujesz się lepiej, kiedy się obudzisz”.

Długi odpoczynek.

Pod koniec usypiał mnie.

Ale Leo—

Lekko przechyliłem telefon, pokazując pochylonego Leo, z szeroko otwartymi, pustymi oczami i lekko otwartymi ustami.

„Leo nie jadł obiadu” – powiedziałam słabo.

„Cicho. Wszystko w porządku” – wtrącił Ethan lekko niecierpliwym głosem. „Leo jest silny. Może się obejść bez jedzenia przez chwilę. Jesteś teraz najważniejsza. Śpij, kochanie. Dla mnie. Po prostu odpocznij.”

Łza spłynęła mi po policzku.

To nie była gra. To był ból z powodu mężczyzny, który obiecał mi miłość, a teraz namawiał mnie do śmierci za swoją ciężarną kochankę.

„Dobrze, Ethan” – wyszeptałam z rezygnacją. „Idę spać”.

„Grzeczna dziewczynka. Kocham cię. Słodkich snów, Claro.”

Połączenie zostało zakończone.

W chwili, gdy ekran zgasł, moje siły obronne runęły. Rzuciłam telefon na poduszkę i pobiegłam do zlewu, wymiotując jedynie gorzką żółcią. Całym ciałem wstrząsnęły mi dreszcze. Czułam obrzydzenie – obrzydzenie, że kiedykolwiek dotknęły mnie ręce, które to zaplanowały.

Ogarnęła mnie głęboka depresja.

Byłem sam w tym wielkim domu, uwięziony z małym dzieckiem przeciwko potworze, który trzymał wszystkie klucze.

Co się stanie, jeśli nasz plan się nie powiedzie?

A co jeśli miał plan awaryjny?

A co jeśli dzisiejsza noc będzie moją ostatnią nocą na Ziemi?

Osunęłam się na podłogę w kuchni, obejmując kolana, a szloch groził wybuchem.

„Przestań się nad sobą użalać.”

Głos Leo powrócił. Tym razem nie był rozkazujący – tylko zimny i pragmatyczny. Jego wózek inwalidzki zaskrzypiał, gdy się zbliżył.

„Możesz płakać później, kiedy będzie gnił w celi więziennej” – powiedział. „A teraz wstawaj”.

Spojrzałam na niego z opuchniętymi oczami. „Boję się, Leo. To mój mąż. Jak mógł to zrobić?”

„Bo jest potworem” – odpowiedział po prostu Leo.

Był już zajęty tabletem, jego małe palce szybko przesuwały się po ekranie.

„Śledzę GPS jego samochodu poprzez wbudowany system nawigacyjny” – powiedział. „Powinien już jechać dalej autostradą międzystanową”.

Z trudem podniosłam się na nogi, wycierając usta papierowym ręcznikiem.

„On… on mi uwierzył, prawda?” – wyszeptałam. „Powiedział mi, żebym spała”.

Nagle palce Leo zamarły.

Jego oczy się rozszerzyły. Spokojny wyraz twarzy zmienił się w napięty, blady szok.

„Leo” – powiedziałem, czując narastający strach. „Co się stało?”

Leo przełknął ślinę. Uniósł tablet, pokazując mi cyfrową mapę z pojedynczą migającą czerwoną kropką.

„Mamo” – powiedział, a jego głos po raz pierwszy zadrżał. „Ta kropka… to samochód taty”.

Zmrużyłam oczy. „Więc jest daleko, tak?”

„Nie” – powiedział Leo, powoli kręcąc głową, z przerażeniem w oczach. „Po prostu skorzystał z najbliższego wyjścia. A teraz zawraca”.

Moje serce zabiło mocniej.

„On wie” – wyszeptał Leo. „Coś było nie tak z twoją grą. Albo może zauważył, że tylna szyba na nagraniu była lekko uchylona”.

„Nie jest już w podróży służbowej” – powiedział Leo, zerkając na zegar ścienny, a potem na mnie. „Będzie tu za dwadzieścia minut”.

„A kiedy wróci do domu i zastanie nas żywych, bez ognia” – kontynuował Leo, ledwo panując nad głosem – „nie użyje już więcej gazu. Sam dokończy robotę”.

„Dwadzieścia minut” – wykrztusiłem.

Adrenalina pulsowała w moich żyłach. „Musimy uciekać, Leo. Musimy się stąd wydostać natychmiast. Możemy wspiąć się na tylne ogrodzenie. Krzyczcie po ochronę”.

„To bez sensu, mamo” – warknął Leo, wyrywając mnie z ślepej paniki. „Najbliższy posterunek ochrony jest pół mili stąd. Tylne ogrodzenie ma dziesięć stóp wysokości i jest ogrodzone drutem kolczastym. A o bramie frontowej… zapomniałaś. Zabezpieczył ją łańcuchem”.

Zostaliśmy uwięzieni.

Pobiegłem do frontowego okna, zerkając przez żaluzje. Żelazny łańcuch owijał się wokół ciężkiej, czarnej bramy niczym wąż.

Byliśmy myszami w pułapce, czekającymi na powrót drapieżnika.

„Więc po prostu się poddamy i pozwolimy mu nas zabić?” – zapytałam zdesperowana, zwracając się do Leo.

Leo pokręcił głową, a jego młoda twarz stwardniała. Wyraz twarzy nie był już wyrazem dziecka, lecz osaczonego żołnierza.

„Nie” – powiedział. „Nie uciekamy. Witamy go”.

Leo szybko podjechał do konsoli multimedialnej pod telewizorem. „Mamo, pomóż mi to przenieść. Szybko”.

Nie zadawałem pytań. Ostatkiem sił pomogłem mu pchnąć ciężką drewnianą szafkę.

Za nim, na ścianie, znajdowała się niska kratka wentylacyjna z luźnymi kratami.

„Zdejmij to” – rozkazał Leo.

Szarpnąłem kratę. W środku znajdowało się stare pudełko na sprzęt wędkarski należące do Ethana – to, o którym twierdził, że zaginęło lata temu.

Leo wyciągnął go.

„Mała niespodzianka dla niego” – mruknął, odpinając zamek.

Moje oczy rozszerzyły się na widok zawartości. Nie było haczyków ani żyłki. W środku znajdował się zbiór przedmiotów, które Leo potajemnie zebrał – narzędzia, improwizowane środki odstraszające, a co najbardziej szokujące, czarny ręczny paralizator.

„Skąd to masz?” wyszeptałam, drżąc.

„To taty” – powiedział szybko Leo. „Kupił go do samoobrony i trzymał w samochodzie. Zabrałem go kilka miesięcy temu, kiedy był pijany. Myśli, że zgubił go na myjni samochodowej”.

Gwałtowny trzask rozległ się między zębami.

„Baterie pełne” – powiedział Leo.

Podał mi paralizator. „Weź to, mamo. To twoja jedyna szansa. Kiedy się zbliży, nie wahaj się”.

Trzymałam zimny przedmiot, a moja ręka drżała. Myśl o zrobieniu krzywdy własnemu mężowi – mężczyźnie, który kiedyś trzymał mnie w ramionach każdej nocy – przyprawiała mnie o mdłości.

Ale widok tych wiadomości rozwiał moje wątpliwości.

„Teraz posłuchaj planu” – powiedział Leo, uważnie obserwując. „Nie możemy go zaatakować w salonie. Kamera tam jest. Sprawdzi obraz z samochodu, zanim jeszcze wejdzie do środka, żeby zobaczyć, gdzie jesteśmy. Więc schowamy się w martwym polu”.

Leo skinął głową w stronę spiżarni pod schodami.

„Jest ciemno, ciasno i co najważniejsze, poza zasięgiem wzroku kamery”.

„A co jeśli on tam nie pójdzie?” – wyszeptałam.

„Zrobi to” – powiedział Leo, a jego uśmiech był ponury. „Bo zostawię wózek inwalidzki tuż przed drzwiami spiżarni. Pomyśli, że wypadłem i wpełzłem do środka – albo że to ty mnie tam zaciągnąłeś, żeby się schować”.

Pomysł był jednocześnie genialny i szalony.

Poruszaliśmy się szybko, jak drużyna, która przygotowywała się do wojny, o której nikt inny nie wiedział. Posprzątaliśmy salon na tyle, żeby wyglądał normalnie. Leo zeskoczył z wózka inwalidzkiego. Razem pchnęliśmy puste krzesło, aż przewróciło się przed lekko uchylonymi drzwiami spiżarni, stwarzając iluzję walki.

Potem Leo i ja wślizgnęliśmy się w ciemność spiżarni.

Przycupnęliśmy za kuchenną wyspą, wśród stosów puszek. Mój oddech stał się urywany. Leo chwycił mnie za rękę, jego dłoń była zimna i wilgotna.

Pięć minut minęło w ciszy.

Dziesięć minut.

Słychać tylko tykanie zegara ściennego, głośne jak bomba.

Piętnaście minut.

Usłyszeliśmy dźwięk chrupnięcia opon na żwirowym podjeździe.

Miałem wrażenie, że serce wyskoczy mi z gardła.

Był tutaj.

Silnik samochodu zgasł. Chwila ciszy, a potem brzęk metalu – dźwięk odryglowywanego łańcucha bramy.

Nie zatrąbił. Nie zawołał mojego imienia.

Przyszedł w milczeniu, jak złodziej do własnego domu.

Drzwi wejściowe otworzyły się powoli. Kroki na marmurowej podłodze.

Stuknij. Stuknij. Stuknij.

Dźwięk jego drogich butów, którego kiedyś uwielbiałam słuchać, gdy wracał z pracy, teraz brzmiał jak kroki kata.

„Klara” – zawołał płaskim i zimnym głosem.

Nie było żadnych obaw związanych z rozmową wideo.

Brak odpowiedzi.

W domu panowała martwa cisza.

„Leo” – zawołał ponownie.

Wszedł głębiej do środka. Z wąskiej szczeliny pod wyspą widziałem cień jego nóg przesuwający się w stronę salonu. Zatrzymał się, prawdopodobnie rozglądając się, szukając oznak życia.

„Do diabła” – mruknął. „Zapach zniknął”.

Zdał sobie sprawę, że okna były otwarte.

Jego cień znów się poruszył. Podszedł do przewróconego wózka inwalidzkiego przed naszą kryjówką. Zatrzymał się tuż przed drzwiami spiżarni.

Dzieliły nas cienkie, uchylone drzwi i kuchenna wyspa.

Ścisnąłem paralizator z całej siły, zimny pot spływał mi po skroniach.

„Bawimy się w chowanego, co?” – zaśmiał się sucho, pusto. „Wyjdź, Klaro. Wiem, że jeszcze żyjesz. Za mało gazu, co?”

Ciężki metalowy przedmiot rozbił się o marmurową podłogę.

Wyjrzałem.

W prawej ręce Ethan nie trzymał teczki.

Trzymał w ręku długi, błyszczący klucz do opon.

Nie przyszedł pomóc.

Przyszedł, żeby się upewnić, że nie ma żadnych świadków.

Ethan zrobił krok do przodu, kopiąc wózek inwalidzki Leo na bok. Rozbił się o ścianę.

„Bezużyteczny bachor” – warknął, wchodząc do kuchni. „Wyjdź. Tatuś ma coś, co cię raz na zawsze zdołuje”.

Stał teraz dwa kroki od nas, tyłem do nas, i sprawdzał zawartość szafek po drugiej stronie pokoju.

Leo szturchnął mnie mocno w żebra.

Teraz.

Wzięłam głęboki oddech, zbierając resztki odwagi, na jakie stać zdradzoną żonę i opiekuńczą matkę. Wyszłam z kryjówki, a paralizator zatrzeszczał.

„Jestem tutaj, Ethan!” krzyknąłem.

Ethan odwrócił się z szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Klucz do opon uniósł się – ale zanim zdążył zamachnąć się, rzuciłem się do przodu.

Głośny, przerażający trzask wypełnił małą kuchnię, po którym usłyszałem krzyk agonii, który nie był mój.

Ciało Ethana drgnęło gwałtownie. Łyżka do opon z brzękiem upadła na podłogę. Upadł, uderzając mocno o kafelki.

Zatoczyłam się do tyłu, ciężko dysząc, a ręka trzęsła mi się tak bardzo, że o mało nie upuściłam paralizatora. Wpatrywałam się w męża jęczącego na podłodze, którego kończyny wciąż drżały od szoku.

„Przepraszam, kochanie” – wyszeptałam instynktownie – stary nawyk uległej żony, która czepia się go jak duch. Czułam się winna, że ​​go zraniłam.

„Nie przepraszaj!” – krzyknął Leo za mną. „Zrób to jeszcze raz, mamo. Nie pozwól mu wstać!”

Krzyk Leo przywrócił mnie do rzeczywistości, ale było już za późno.

Kiedy się ruszyłam, ręka Ethana wystrzeliła w górę i zacisnęła się na mojej kostce. Jego uścisk był twardy jak stal.

„Ty…” – wychrypiał, a w jego głosie słychać było wściekłość.

Ethan szarpnął mnie za nogę. Straciłem równowagę i upadłem do tyłu, uderzając tyłem głowy o twarde płytki. Przed oczami eksplodowały mi gwiazdy. Paralizator wyleciał mi z ręki i poleciał poza zasięg.

Ethan z trudem wstał, zataczając się, z twarzą wykrzywioną wściekłością. Jego oczy płonęły morderczą intencją tak czystą, że odebrała mi ostatnią iluzję.

Pełzał w moim kierunku, wyciągając rękę do mojego gardła.

„Umrzyj teraz, Claro.”

Zamknąłem oczy i podniosłem ręce, żeby odeprzeć nieuniknione.

Nagle usłyszałem dźwięk rozpryskującej się cieczy, a zaraz potem poczułem przeszywające, ostre pieczenie.

„Moje oczy!” krzyknął Ethan, puszczając moją nogę i turlając się po podłodze, drapiąc się po twarzy.

Leo stał tam, trzymając w ręku odnowioną butelkę perfum wypełnioną miksturą chili, pompując ją raz po raz bez litości.

„Uciekaj, mamo!” rozkazał Leo. „Na górę, natychmiast!”

Nie traciłem czasu. Adrenalina wzięła górę nad bólem głowy. Zerwałem się na równe nogi, chwyciłem Leo za drobną dłoń i wybiegliśmy z kuchni.

Wbiegliśmy po wielkich, krętych schodach. Za nami słyszeliśmy ryk Ethana, który rozbijał się o stoły i krzesła, potykając się i na chwilę tracąc wzrok.

„Zabiję cię!” – ryknął. „Ja…”

Jego groźby rozbrzmiały w całym domu.

Dotarliśmy na drugie piętro i pobiegliśmy prosto do głównej sypialni – pokoju, który był niemym świadkiem mojego udawanego szczęścia. Zatrzasnęłam ciężkie dębowe drzwi i przekręciłam podwójne zamki. Niezadowolona, ​​przeciągnęłam ciężką toaletkę, żeby ją zablokować.

Staliśmy w cichym pokoju, oddychając ciężko i nierówno.

Osunęłam się na podłogę, opierając się o słupek łóżka, a moje ciało drżało niekontrolowanie. Strach powrócił – silniejszy niż wcześniej.

Zostaliśmy uwięzieni.

Okna w tym pokoju miały stałe żelazne kraty. Jedynym wyjściem były drzwi, które właśnie zamknęliśmy.

A po drugiej stronie drzwi był potwór.

„Umrzemy” – mamrotałem, obejmując kolana. „On wyważy drzwi. Będzie nas powoli zabijał”.

Leo kuśtykał w moją stronę, jego małe stópki były obtarte od biegania boso.

Nie płakał.

Spojrzał na mnie beznamiętnym wzrokiem.

„Poddajesz się?” zapytał chłodno.

„Nie mamy już żadnej broni” – szlochałem. „Parametr jest na dole”.

Leo wziął głęboki oddech i zrobił coś, co mnie oszołomiło.

Uderzył mnie w policzek.

To nie było trudne, ale wystarczyło, żeby wyrwać mnie ze stanu histerii.

„Spójrz na mnie, mamo” – warknął Leo. „Spójrz na mnie”.

Spojrzałem w oczy dziesięcioletniego chłopca, który przez lata nosił w sobie gniew po śmierci matki.

„Ta jęcząca Klara, którą byłaś, musi umrzeć i zniknąć” – powiedział. „Jeśli nadal jesteś tą słabą kobietą, która szuka litości, to obie dziś umrzemy. Tata nie przestanie. Widział moje nogi. Wie, że wiesz. Nie ma już odwrotu”.

Leo wskazał na zabarykadowane drzwi.

„To już nie twój mąż. To obcy człowiek, który chce twoich pieniędzy. To ten mężczyzna, który nazwał cię naiwną idiotką przed swoją kochanką. Pozwolisz mu mieć rację? Pozwolisz mu spalić cię jak śmiecia?”

Jego słowa coś we mnie rozpaliły.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

Post navigation

Leave a Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

back to top