„Babciu, czy mogę przestać brać witaminy, które daje mi sąsiadka?” – wyszeptała wnuczka w czwartek. Myślałam, że to tylko nieszkodliwe suplementy – dopóki moja znajoma farmaceutka nie złamała jednej tabletki na pół, nie zbladła i nie powiedziała: „Eleanor, to nie są witaminy”. W ciągu kilku dni przeszukiwałam biurko męża, znajdując teczkę z napisem „Projekty CL”, SMS-y o tym, że „dziecko zaśnie o 15:45” – i zastawiając policyjną prowokację, która zakończyła się tym, że mój sąsiad leżał w kajdankach na naszym trawniku.
Popołudnie, w którym to wszystko się zaczęło, było tak zwyczajne, że dziś, patrząc wstecz, nadal mnie przeraża. Byłem w salonie, stojąc przy starej, kwiecistej kanapie, która przetrwała troje dzieci, dwa…









