Dwa miesiące po śmierci mojego najlepszego przyjaciela jego prawnik wręczył mi pendrive i jedną zasadę: nie mów mojej żonie

Dwa miesiące po śmierci mojego najlepszego przyjaciela jego prawnik wręczył mi pendrive i jedną zasadę: nie mów mojej żonie

Potem: „Dobra. Zwiększ dawkę. Od dziś wieczorem. Mam już dość czekania”.

Richard zaśmiał się cicho.

„Zrobione. Do wtorku nie będzie w stanie utrzymać długopisu.”

„Poprowadzę jego rękę” – powiedziała Emily.

W jej głosie słychać było uśmiech.

„Zaprowadzę go prosto do grobu”.

Richard odszedł.

Emily się ociągała.

Pogłaskała mnie po policzku — tak mocno, że aż zabolało.

„Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy, Bill” – wyszeptała.

Poszła do łazienki.

Zaczął się prysznic.

Pod kołdrą zaciskałam pięść.

Strach zniknął.

Smutek zniknął.

Na jego miejscu pojawiło się coś zimnego i twardego.

Chcieli pokierować moją ręką.

Niech spróbują.

Następnego dnia dom zamienił się w przedstawienie.

Firmy cateringowe wnosiły przez wejście dla obsługi skrzynki z szampanem i przystawkami.

Kwiaciarze układali białe lilie, które niepokojąco pachniały jak zakład pogrzebowy.

Emily dyrygowała tym wszystkim z maniakalną energią, niczym idealna gospodyni własnego morderstwa.

Powiedziała mi, że wybiera się do spa na kilka godzin, „żeby wyglądać schludnie przed wielkim wieczorem”.

Zegar zaczął tykać, gdy tylko jej Range Rover zniknął na podjeździe.

Nie wziąłem samochodu.

Gdyby zainstalowała urządzenie śledzące „dla mojego bezpieczeństwa”, zdradziłaby mnie.

Zamiast tego wymknąłem się tylnymi drzwiami, przeszedłem przez ogród, w którym Pan Whiskers kiedyś polował, i przecisnąłem się przez żywopłot na równoległą ulicę.

Czekał czarny sedan.

Mike to zaaranżował.

Wjazd do Loop był pełen napięcia.

Siedziałem nisko na tylnym siedzeniu, obserwując zbliżającą się linię horyzontu – szkło i stal, a w oddali słychać było brzęk litery „L”.

Sarah Jenkins czekała w biurze, w sali konferencyjnej.

Stos dokumentów leżał na stole niczym naładowana broń.

Wyglądała blado.

Wiedziała, że ​​jeśli Emily dowie się, że mi pomaga, Sarah może stać się kolejnym problemem do rozwiązania.

Nie traciliśmy czasu.

Podpisałem.

Trust nieodwołalny.

Na papierze William Harrington nie byłby już właścicielem swojego portfolio.

Akcje, obligacje, gotówka — natychmiast transferowane do odrębnego podmiotu prawnego.

Beneficjentami nie była Emily.

Był to nowy fundusz przeznaczony na badania nad truciznami i wsparcie ofiar przemocy domowej.

Był język, który pozwoliłby mi utrzymać się na powierzchni, gdybym przeżył.

Jednak większość z nich będzie zamknięta.

Emily potrafiła machać pełnomocnictwem, dopóki nie odpadła jej ręka.

Nie mogła zabrać mi czegoś, czego nie posiadałem legalnie.

A potem testament.

Skreśliłem akapit, w którym Emily została uznana za jedynego beneficjenta i wykonawcę testamentu.

Na jej miejsce mianowałem Sarę Jenkins, dając jej wyraźne polecenie, aby współpracowała z organami ścigania, gdyby moja śmierć wzbudziła podejrzenia.

Podpisałem.

Głos Sary zadrżał.

„Zrobione. Przelew jest elektroniczny. Załatwimy go w ciągu godziny. Zanim goście przyjadą dziś wieczorem, nie będziesz miał już papierów.”

Wstałem i zapiąłem płaszcz.

„Nie jestem biedny” – powiedziałem cicho. „Po prostu kupiłem sobie wolność”.

Podróż powrotna przypominała tykającą bombę.

Ruch na Lake Shore Drive był utrudniony z powodu deszczu.

Wizyta Emily w spa zakończyła się o drugiej.

Była już 1:45.

Jeśli ona dotrze do domu przed mną, gra będzie skończona.

Kierowca wysadził mnie na bocznej uliczce.

Przecisnąłem się przez żywopłot, całe buty przemokły mi błotem, i wślizgnąłem się do kuchni akurat w chwili, gdy drzwi garażu zaczęły się trząść.

Rzuciłam płaszcz na krzesło i opadłam na sofę, zmuszając się do uspokojenia oddechu.

Chwyciłem magazyn i otworzyłem go, nie patrząc na treść.

Drzwi garażu się otworzyły.

Emily wkroczyła do akcji.

Promienny.

Włosy zniszczone, cera promienna, drogie olejki na twarzy.

Zatrzymała się, gdy mnie zobaczyła.

Jej oczy zwęziły się, skanując.

Błoto na butach.

Rumieniec na moich policzkach.

„Gdzie byłeś?” – warknęła.

„Sprawdziłem sypialnię. Nie było cię tam.”

Kaszlałem — wilgotno, prawdziwie.

„Poszłam na spacer” – skłamałam.

„Żeby go zobaczyć” – wtrąciła.

„James” – powiedziałem cicho.

„Poszedłem na cmentarz. Chciałem mu opowiedzieć o rocznicy. Chciałem się pożegnać przed… dzisiejszym wieczorem”.

To było ryzykowne.

Zdrowy człowiek mógłby ją pokonać pieszo.

Chory człowiek, którego udawałem, powinien był zemdleć.

Ale liczyłem na jej ego.

O tym, że uważała mnie za żałosną.

Emily patrzyła przez dłuższą chwilę.

Potem jej ramiona opadły.

Na twarzy mężczyzny pojawił się okrutny uśmiech.

„Och, Bill” – powiedziała, strzepując kłaczki z mojego ramienia. „Naprawdę tracisz rozum”.

Pochyliła się bliżej, jej ciepły oddech muskał moje ucho, zapach lawendy, a na nim coś ciemniejszego.

„Nie martw się, kochanie” – mruknęła. „Już niedługo będziesz musiała za nim tęsknić. Wkrótce go zobaczysz”.

Wyprostowała się.

„Idź na górę i się umyj. Richard będzie tu za godzinę, żebyś dostał zastrzyk witaminowy przed imprezą.”

Zastrzyk witaminowy.

Kod.

Nie żeby mnie pocieszyć.

Żeby mnie poniżyć.

Na górze zamknąłem drzwi łazienki i wpatrywałem się w swoje odbicie.

Wyglądałem staro.

Cienki.

Ale po raz pierwszy od miesięcy nie wyglądałam jak ofiara.

W kieszeni dotknąłem małej kapsuły, którą dał mi Mike — nieszkodliwej, mającej w razie potrzeby symulować niebezpieczeństwo.

W drugiej kieszeni dyktafon — nowe baterie.

Dzisiejszy wieczór był występem życia.

Zegar stojący wskazywał godzinę siódmą.

Na dole przybyli goście.

Rozległ się brzęk szkła.

Rozbrzmiewał dźwięk kwartetu smyczkowego.

Zapach perfum Emily unosił się w powietrzu niczym kurtyna.

Siedziałem w fotelu z uszami, ubrany w smoking, którego materiał zwisał luźno.

Strach na wróble ubrany na pogrzeb.

Emily poprawiała diamentowe kolczyki przed lustrem.

Była tak wspaniała, że ​​przeszły mnie ciarki.

Jej suknia była pełna smaku, kusząca – wdowa pogrążona w żałobie, która chciała, aby świat pamiętał, że wciąż jest pożądana.

Odwróciła się.

„Wyglądasz przystojnie” – skłamała.

Następnie wzięła do ręki skórzaną teczkę.

Moje serce zabiło mocniej.

„To tylko papierkowa robota” – zaszczebiotała. „Ubezpieczenie. Wiesz, jak to jest. Po prostu podpisz tu i tu”.

Wcisnęła mi w drżącą dłoń ciężki długopis.

Słowa pływały — nie dlatego, że nie umiałem czytać.

Ponieważ ta zuchwałość przyprawiała mnie o zawroty głowy.

To nie było ubezpieczenie.

Było to trwałe pełnomocnictwo przyznające Emily kontrolę nad moimi finansami, moim majątkiem i moimi decyzjami medycznymi.

Wyrok śmierci w trzech egzemplarzach.

Pozwoliłem, aby moja ręka gwałtownie się zatrzęsła.

Bełkotałem, odgrywając swoją rolę.

“W którym miejscu mam podpisać?”

„Tutaj, kochanie” – powiedziała, wskazując zadbanym paznokciem.

Opuściłem długopis.

Puściłem to mimo uszu, ciągnąc nierówną linię.

„Ups.”

„W porządku” – syknęła, tracąc cierpliwość. „Spróbuj jeszcze raz. Skup się”.

Znów coś bazgrałem — nieczytelne, zupełnie nie przypominało mojego prawdziwego podpisu.

Dla niej to nadal był klucz.

„Doskonale” – szepnęła, zabierając teczkę.

Sprawdziła stronę, jej oczy błyszczały.

Nie wiedziała, że ​​sejf jest już pusty.

Drzwi sypialni się otworzyły.

Richard Sterling wszedł — również w smokingu, elegancki i spokojny.

Niósł małą, wyściełaną aksamitem walizkę.

„Czas na zastrzyk witaminowy” – powiedział, zamykając drzwi i przekręcając zamek.

Moje palce nacisnęły kieszeń.

Antidotum było już we mnie.

Mój dyktafon był gotowy.

„Nie chcę tego” – wyszeptałem.

„To tylko szczypta” – powiedział Richard, odkładając walizkę i otwierając ją.

Strzykawka została napełniona.

Jasne.

Emily stanęła za moim krzesłem i przytrzymała mnie za ramiona.

„Stój spokojnie” – wyszeptała. „Wkrótce wszystko się skończy”.

Richard podwinął mi rękaw.

Bez wymazu.

Żadnej łagodności.

On dźgnął.

Natychmiast poczułem pieczenie.

Nie tylko igła – zimne ukłucie rozprzestrzeniające się po mięśniach niczym ogień.

Nacisnął tłok.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

back to top