Wyciągnął igłę.
„Proszę” – powiedział, patrząc na zegarek. „To powinno zająć około trzech minut”.
Jedna minuta.
Dwa.
Poczułem gorąco w piersi.
Moje serce trzepotało jak uwięziony ptak.
Szybciej niż się spodziewałem.
Musiałam działać zanim moje ciało mnie zdradzi.
Wsunąłem kapsułę sceniczną do ust i ugryzłem.
Gorzki.
Mydlany.
Następnie pozwoliłem pianie się zgromadzić.
Odrzuciłem głowę do tyłu.
Wydaj zduszony dźwięk.
Moje nogi kopnęły, rozbijając wazon.
„Bill!” krzyknęła Emily.
Zsunąłem się na podłogę.
Drgawki.
Piana wylała mi się z ust.
Przewróciłam oczami.
Uczyniłem to brzydkim.
Przekonywający.
Przez mgłę ich zobaczyłem.
Richard nie zwrócił się o pomoc.
Nie zadzwonił pod numer 911.
On patrzył.
Kliniczny.
Emily stała z ręką na ustach – nie płakała.
Czekanie.
„Czy to się dzieje?” wyszeptała. „Czy on umiera?”
„Tylko patrz” – powiedział Richard.
Pozwalam, aby moje ruchy osłabły, a potem ustają.
Ostatni, nierówny oddech.
Potem cisza.
Wstrzymałem oddech.
Pozostałam rozluźniona.
Ciężar własny.
Zapadła cisza.
„Sprawdź go” – szepnęła Emily.
Richard uklęknął i przycisnął palce do mojej szyi.
Użyłem wszelkich możliwych środków kontroli, żeby utrudnić wykrycie pulsu.
Ociągał się.
Potem wstał.
„Nic” – powiedział. „Brak pulsu. Brak oddechu. Nie żyje”.
W mojej czaszce moje płuca krzyczały.
Na zewnątrz się nie ruszałem.
Emily podeszła bliżej.
Poczułem zapach jej perfum.
Spojrzała mi w oczy.
Nie zamknąłem ich.
Nie pocałował mnie w czoło.
Trąciła mnie palcem pięty w ramię.
„Wreszcie” – wyszeptała. „Wreszcie, to już koniec”.
Zwróciła się do Richarda.
„Pomóżcie mi położyć go na łóżku. Zrobimy tak, żeby wyglądało, jakby zemdlał.”
„Nie” – powiedział Richard. „Zostaw go na podłodze. Będzie bardziej dramatycznie”.
„Prawda” – zgodziła się Emily, po czym podeszła do lustra, poprawiła makijaż i wygładziła sukienkę.
Spojrzała na mnie ostatni raz.
„Dobranoc” – powiedziała cicho. „Ciesz się piekłem”.
Potem odeszli.
Zamknęli drzwi.
Czekałem.
Jedna sekunda.
Dwa.
Trzy.
Potem wystrzeliłem w górę, łapiąc powietrze jak człowiek wynurzający się z głębokiej wody.
Moje serce zaczęło bić szybciej — nie z powodu trucizny, a adrenaliny.
Żyłem.
Myśleli, że nie żyję.
Podczołgałem się do zasłon i zajrzałem w dół wielkich schodów.
Emily i Richard przyszli ramię w ramię na moje przyjęcie rocznicowe, gotowi pełnić rolę wdowy pogrążonej w żałobie i wspierającego przyjaciela.
Włożyłem słuchawkę.
„Mike” – wychrypiałem. „Zniknęli”.
Szum, potem jego głos.
„Zapamiętaj. Mamy wszystko. Dźwięk jest krystalicznie czysty. Obraz z kamery w otworze wentylacyjnym jest idealny.”
Zatrzymał się.
„A teraz idź do windy służbowej. Karawan czeka.”
Nie, to nie jest karawan.
Ucieczka.
Stałem, chwiejny, ale sprawny.
Poruszałem się jak duch po własnym domu, zostawiając za sobą ciało Williama Harringtona.
Znów leżałem nieruchomo na podłodze z twardego drewna, bo plan zakładał jeszcze jedno uderzenie śmierci.
Z dołu dobiegał śmiech i brzęk szklanek.
Moi goście świętowali naszą rocznicę, podczas gdy ja leżałem „martwy” nad nimi.
Klamka drzwi się obróciła.
Moje serce zabiło mocniej.
Richard wszedł z powrotem do pokoju nucąc.
Sinatra.
Uklęknął obok mnie i położył podkładkę na podłodze.
Odgłos drapania pióra przypominał tarcie piły.
Podpisywał mój akt zgonu.
„Ostry zawał mięśnia sercowego” – mruknął. „Czas zgonu…”
Mówił tak, jakby wypełniał paragon za kawę.
Potem jego głos stał się ostrzejszy.
„Zaleca się natychmiastową kremację” – dodał, nadając temu oficjalny charakter.
Wyrwał stronę.
Wybrał numer swojego telefonu.
„Tak, to dr Sterling” – powiedział. „Mam pickupa w posiadłości Harringtonów. Mężczyzna, siedemdziesiąt lat. Nie ma karetki. Proszę przyjechać vanem. Tym dyskretnym”.
On posłuchał.
„Dwadzieścia minut? Lepiej dziesięć. Będzie dodatkowe pięć tysięcy, jeśli obróci się w proch przed północą”.
Rozłączył się.
Dziesięć minut.
Zrobiło mi się zimno.
Jeśli najpierw przyjechał niewłaściwa furgonetka…
Emily weszła z szampanem.
„Zrobione?” zapytała.
„Papierki podpisane” – powiedział Richard. „Van już w drodze”.
„Co powiemy gościom?”
„Poczuł się zmęczony i poszedł spać” – powiedział gładko Richard. „Rano go „znajdziesz”.
Emily wzięła łyk.
Stała nade mną.
Zastanawiałem się – choć raz – czy zabłyśnie we mnie poczucie winy.
Nie, nie.
„Wiesz” – powiedziała cicho – „naprawdę nienawidziłam jego śmiechu. Za głośnego”.
Potem wylała mi szampana na twarz.
Zimno.
Lepki.
Aż mnie oczy piekły.
Nie mrugnąłem.
„Ups” – zachichotała. „Toast za zmarłych”.
Wyszła.
Richard poszedł za nim.
Zamknęli drzwi ponownie.
Liczyłem sekundy.
Osiem minut później usłyszałem ciężkie buty i niskie głosy.
„Doktorze Sterling” – zawołał szorstki głos. „Jesteśmy tu po odbiór”.
Richard otworzył drzwi.
„Tutaj” – powiedział. „Użyj windy służbowej. Nie chcę, żeby goście widzieli worek na zwłoki”.
Dwóch mężczyzn weszło z wytrzymałą torbą.
Poruszali się z wojskową precyzją — zbyt kontrolowani jak na jakąś podejrzaną ekipę.
Jeden z nich uklęknął i zbadał moją szyję.
„Jest gotowy” – mruknął.
Rozwinęli torbę.
Zamek błyskawiczny wydawał odgłos otwierających się ust.
Podnieśli mnie.
Osłabłem.
Wsunęli mnie do środka.
„Zapnijcie go” – rozkazał Richard. „Nie chcę widzieć jego twarzy”.
Ciemność mnie pochłonęła.
Gorące, plastikowe powietrze.
Płytki oddech.
Oni mnie nieśli.
Winda usługowa.
Zimne nocne powietrze przy torbie.
Deszcz bębni o plastik.
Chrzęst żwiru.
„Wsadź go na zaplecze” – powiedział Richard. „Tu masz gotówkę. Nie otwieraj, dopóki nie włoży go do pieca. Zrozumiano?”
„Zrozumiałem” – odpowiedział szorstki głos.
Drzwi furgonetki zatrzasnęły się.
Finał.
Jechaliśmy.
Potem się zatrzymał.
Głos z przedniego siedzenia — spokojny.
„Pan Harrington.”
To nie był ten szorstki głos.
To był Mike.
Ręce otworzyły zamek błyskawiczny.
Światło wlało się do środka.
Usiadłam, łapiąc oddech i oderwałam torbę, jakby mnie paliła.
Mike spojrzał na mnie przez przepierzenie.
„Mężczyzna z bliznami” ściągnął perukę.
„Wszystko w porządku, Bill?” zapytał Mike.
„Żyję” – wychrypiałem.
Mike skinął głową.
„Zatrzymaliśmy się tuż za rogiem. Richard i Emily wciąż stoją pod portykiem. Patrzą, jak odjeżdżamy. Myślą, że właśnie wysłali cię do piekła”.
Podczołgałem się do przyciemnianej szyby z tyłu furgonetki.
Przez żelazne bramy zobaczyłem posiadłość rozświetloną światłem.
Impreza w pełnym rozkwicie.
A pod osłoną portyku – dwie postacie.
Richard i Emily.
Wzniesiono kieliszki do szampana.
Brzęczenie.
Nawet z tej odległości mogłem dostrzec ulgę w ich postawie.
Oni się śmiali.
Toastowanie.
Myśleli, że to już koniec historii.
Nie wiedzieli, że „trup” ich obserwuje.
Przycisnąłem dłoń do zimnej szyby.
Wściekłość we mnie już nie była tak gorąca.
Było zimno.
Absolutny.
„Uśmiechnij się, Emily” – szepnęłam. „Uśmiechaj się, póki możesz”.
Zwróciłem się do Mike’a.
„Zabierz mnie do bezpiecznego domu” – powiedziałem. „Muszę iść na pogrzeb”.
Trzy dni później siedziałem w ciemnym salonie bezpiecznego domu Mike’a.
Duży monitor świecił na niebiesko, rzucając widmowe światło na moją twarz.
Na ekranie: transmisja na żywo z cmentarza.
Znów deszcz.
Panorama Chicago rozmyła się, zmieniając się w stalową bryłę i mgłę.
W środku ramy stała mahoniowa trumna.
Moja trumna.
Oglądanie własnego pogrzebu nie wydaje się czymś heroicznym.
To wydaje się złe.
Poza ciałem.
Jakby wszechświat się zaciął.
Mike ustawił poziomy dźwięku na mikserze.
Umieścił mikrofon o wysokim wzmocnieniu wewnątrz wieńca z białych lilii przy grobie.
Inna kamera ukryła się w kamiennej rzeźbie nagrobka Jamesa.
Idealny punkt widokowy.
Byliśmy duchami w maszynie.
„Już idzie” – powiedział Mike.
Podjechała czarna limuzyna.
Emily wyszła.
Tragiczne piękno.
Czarna sukienka od projektanta.
Kapelusz z szerokim rondem i welon wystarczający, by dodać jej tajemniczości.
Ciemne okulary przeciwsłoneczne.
Chusteczka przy ustach.
Ramiona trzęsą się od przekonujących szlochów.
Richard szedł obok niej, opierając rękę na jej łokciu — pewny, wspierający, przekraczający granicę przyzwoitości na tyle, by ludzie zaczęli do niej szeptać.
Przytuliła moją ciocię Martę.
Otarłem łzę.
Klasa mistrzowska.
Każde potknięcie było obliczone.
Nie szła na pogrzeb.
Grała w jednym z nich.
Leave a Comment