Noc, w której poszedł za swoją gospodynią w deszcz i znalazł jedyne miejsce, którego jego moc nie mogła dotknąć

Noc, w której poszedł za swoją gospodynią w deszcz i znalazł jedyne miejsce, którego jego moc nie mogła dotknąć

Podziękowała mężczyźnie, który właśnie sprawił, że krwawiła.

Aleksander obserwował wszystko z daleka, nie mogąc zrozumieć.

W jego świecie wszystko miało swoją cenę. Lojalność miała swoją cenę. Cisza miała swoją cenę. Nawet miłość miała swoją cenę. Nikt nie dawał bez oczekiwania czegoś w zamian. Nikt nie był miły bez motywu.

Taka była zasada.

To była prawda, którą poznał mając dwanaście lat, gdy jego rodzice zostali zamordowani i zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nikt się nikim nie przejmuje.

Ale Isabelle o nic nie prosiła.

Pracowała szesnaście godzin dziennie za pensję, która ledwo wystarczała na opiekę medyczną jej brata. Zjadała resztki, kiedy wszyscy inni byli już najedzeni. Nosiła te same trzy znoszone ubrania i postrzępione ramiona. I każdej nocy nosiła ciężkie torby do piwnicy kościoła, żeby rozdawać je ludziom w jeszcze gorszej sytuacji niż ona.

Dała z siebie wszystko.

I nie żądała niczego w zamian.

Pewnego popołudnia Aleksander stał przed drzwiami kuchni i obserwował Isabelle przygotowującą obiad. Gotowała zupę, prostą zupę z ziemniakami i marchewką, ale gotowała ją ostrożnie, doprawiając ją stopniowo, jakby to był najważniejszy posiłek na świecie.

Zauważył, że dzieli zupę na dwie porcje. Większą porcję włożyła do lodówki dla jego ludzi. Mniejszą przelała do starych plastikowych pojemników i starannie spakowała do swojej znanej torby.

A co z jej udziałem? – zastanawiał się.

Wtedy zdał sobie sprawę, że ona nie zachowała niczego dla siebie.

Gotowała dla innych, a potem się wygłupiała. Oddała ostatnią rzecz, jaką miała, i poszła spać z pustym żołądkiem.

Tej nocy Aleksander leżał w łóżku i wpatrywał się w sufit, nie mogąc zasnąć.

Spotkał w życiu tysiące ludzi. Chciwych, którzy chcieli jego pieniędzy. Ambitnych, pragnących jego władzy. Bojaźliwych, którzy klękali u jego stóp. Pełnych nienawiści, którzy chcieli, żeby odszedł.

Ale nigdy nie spotkał nikogo takiego jak Isabelle – kogoś, kto niczego od niego nie chciał, kogoś, kto wiedział, że jest potworem, wiedział, że zniszczył jej rodzinę, a mimo to postanowił zostać, nie z zemsty, ale by ratować ludzi, których skrzywdził.

Nie zrozumiał jej.

I to zaniepokoiło go bardziej niż jakiekolwiek inne zagrożenie, z jakim kiedykolwiek się zmierzył.

Ponieważ po raz pierwszy natknął się na coś, czego nie dało się kupić ani kontrolować, ani ukryć za pomocą pieniędzy i władzy.

Życzliwość. Prawdziwa życzliwość. Bez zysku. Bez warunków.

I nie wiedział, co z tym zrobić.

Kilka dni później Alexander poszedł szukać Dot w małej kuchni za rezydencją. Sześćdziesięcioośmioletnia kobieta siedziała tam i łuskała fasolę, a jej pomarszczone dłonie poruszały się w tym samym wyćwiczonym rytmie, który utrzymywały przez ostatnie trzydzieści lat. Była jedyną osobą w rezydencji, która odważyła się spojrzeć mu prosto w oczy bez drżenia.

Może dlatego, że była tam, odkąd żył jego ojciec. Może dlatego, że widziała go płaczącego nad ciałami rodziców, gdy miał zaledwie dwanaście lat. Może dlatego, że dla niej wciąż był osieroconym chłopcem z dawnych lat.

Aleksander usiadł na krześle naprzeciwko niej i przez chwilę milczał.

Dot o nic nie pytała. Nadal łuskała fasolę i czekała. Wiedziała.

„Co wiesz o Isabelle?” – zapytał w końcu.

Dot spojrzała na niego, jej stare oczy wciąż były bystre. Nie wydawała się zaskoczona. Może spodziewała się tego pytania od dawna.

„Ta dziewczyna” – powiedziała powoli, odstawiając kosz fasoli. „Znam ją od trzech lat, od dnia, w którym weszła do tego domu”.

Zatrzymała się, jakby ostrożnie dobierając słowa.

„Nigdy nie kończy posiłków. Na początku myślałam, że jest wybredna albo że jedzenie jej nie odpowiada. Ale potem zdałam sobie sprawę, że zawsze odkładała połowę, pakowała i gdzieś zabierała. Kiedyś ją o to zapytałam. Uśmiechnęła się tylko i powiedziała, że ​​ktoś inny tego bardziej potrzebuje”.

Dot pokręciła głową, ale w jej oczach pojawiło się coś, czego Alexander nie potrafił odczytać.

„Pracuje szesnaście godzin dziennie, proszę pana. Czasami osiemnaście. Przychodzi przed świtem i wychodzi, kiedy wszyscy już śpią. Nigdy nie narzeka. Nigdy nie prosi o wolne. Nigdy nie prosi o podwyżkę. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak pracował bez powodu.”

Aleksander milczał. Znał powód Isabelle. Potrzebowała pieniędzy dla brata. Musiała żyć, żeby móc dalej pomagać ludziom w piwnicy kościoła. Nie pracowała dla pieniędzy.

Pracowała, aby inni mogli żyć.

„Był taki raz” – kontynuowała Dot, a jej głos złagodniał – „skaleczyłam się w rękę, krojąc warzywa. To było głębokie skaleczenie, mocno krwawiące. Podbiegła i opatrzyła to tak starannie, jakbym była jej rodziną. Zrobiła mi nawet filiżankę gorącej herbaty, kazała usiąść i odpocząć, a potem dokończyła za mnie pracę”.

Dot spojrzała na Alexandra przenikliwym wzrokiem.

„Mieszkam w tym domu od trzydziestu lat, proszę pana. Widziałem najróżniejsze osoby, które tu przechodziły. Mężczyzn, którzy ranili innych bez mrugnięcia okiem. Mężczyzn, którzy kłamali z taką łatwością, jak oddychanie. Mężczyzn, którzy potrafili tylko pochylić głowę i być posłusznym. Ale nigdy nie widziałem nikogo takiego jak ona”.

Zatrzymała się i wzięła głęboki oddech.

„To jedyna prawdziwie dobra osoba, która przekroczyła te drzwi od trzydziestu lat. Naprawdę dobra. Nie udając, nie dla zysku. Jest dobra, bo taka właśnie jest, bez względu na to, co życie jej zrobiło”.

Aleksander nic nie powiedział. Po prostu siedział, patrząc, jak zrogowaciałe dłonie Dot nadal łuskają fasolę.

„Wiesz” – dodała Dot, zniżając głos – „zastanawiasz się, co z nią zrobić. Nie wiem, co takiego zrobiła, że ​​zwróciłaś na nią uwagę, ale jest jedna rzecz, którą chcę ci powiedzieć”.

Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.

„Nie niszcz jej, panie. Ten świat odebrał jej już zbyt wiele. Nie bądź tym, który odbierze jej to niewiele, co jej zostało”.

Alexander wstał, nie odpowiadając. Wyszedł z kuchni, ale słowa Dot wciąż rozbrzmiewały mu w głowie.

Jedyna dobra osoba. Trzydzieści lat. Jedyna.

I prawie odebrał jej życie z powodu kilku toreb.

Tej nocy Aleksander nie mógł spać. Słowa Dot rozbrzmiewały w jego umyśle jak dzwonek, który nie przestawał dzwonić.

Jedyna dobra osoba.

Nie niszcz jej.

Nie bądź tym, który zabierze jej to niewiele, co jej zostało.

Przewracał się z boku na bok, aż niebo zaczęło się rozjaśniać, po czym podjął decyzję, której sam nie do końca rozumiał.

Pójdzie zobaczyć Samuela Monroe.

Dom opieki znajdował się na obrzeżach Chicago, około czterdziestu minut od rezydencji. Alexander pojechał sam, bez Theo, bez ochroniarzy. Nie chciał, żeby ktokolwiek dowiedział się o tej wyprawie. Nie był nawet pewien, czego się spodziewał.

Może po prostu musiał to zobaczyć na własne oczy, zobaczyć konsekwencje tego, co zrobił. Nie słowami na papierze, ale z krwi i kości.

Dom Opieki Sunny Hills. Nazwa brzmiała okrutnie ironicznie. W tym miejscu nie było nic słonecznego. Stary budynek z łuszczącą się farbą. Kawałek pożółkłej trawy, o który nikt nie dbał. Ostry zapach taniego środka dezynfekującego uderzył go w nos, gdy tylko wszedł do środka.

Alexander powiedział recepcjonistce, że jest dalekim krewnym odwiedzającym Samuela Monroe. Młoda kobieta przyglądała mu się przez chwilę z podejrzliwością, jego drogi garnitur boleśnie nie pasował do tego szarego świata, ale potem wskazała mu drogę.

Pokój 217, drugie piętro, koniec korytarza po lewej stronie.

Korytarz był wąski i ciemny, świetlówki migotały, jakby miały zaraz zgasnąć. Alexander przechodził obok zamkniętych drzwi, słysząc suchy kaszel, ciche jęki i jednostajny rytm aparatów oddechowych przeciekających przez ściany.

To tutaj ludzie przychodzili czekać na koniec.

To tutaj zapomniani dopełniali swego żywota.

I to właśnie tutaj Isabelle co miesiąc płaciła składki, aby jej brat mógł nadal istnieć.

Pokój 217.

Aleksander zatrzymał się przy drzwiach, wziął głęboki oddech i otworzył je.

Pokój był mniejszy, niż się spodziewał. Pojedyncze łóżko, mała szafka nocna, stare plastikowe krzesło, wąskie okno z widokiem na parking. Żadnych kwiatów, żadnych kartek, żadnego śladu, że ktokolwiek poza Isabelle kiedykolwiek tu był.

Samuel Monroe leżał na łóżku, nieruchomy jak trup. Miał dwadzieścia pięć lat, a wyglądał jak starzec. Blada skóra, zapadnięte policzki, zamknięte powieki, rurka intubacyjna w nosie, wenflon w ramieniu. Jego ciało było tak chude, że Alexander mógł policzyć każde żebro pod cienką szpitalną koszulą.

Aleksander stanął u stóp łóżka, wpatrując się w człowieka, w którego zamienił się na skutek swojego rozkazu.

Samuel był kiedyś siedemnastoletnim chłopcem z całą przyszłością przed sobą. Miał ojca i matkę, siostrę, która go kochała, marzenia i nadzieję.

Potem jego ojciec zniknął. Matka zasłabła. Upadł, próbując ratować rodzinę w jedyny sposób, jaki mógł sobie wyobrazić zdesperowany siedemnastolatek.

I poniósł porażkę.

Ludzie Aleksandra „dali mu nauczkę”, nauczkę zapisaną łamanymi kośćmi i krwią.

Aleksander zerknął na stolik nocny i zobaczył małą ramkę ze zdjęciem. Podniósł ją i coś boleśnie ścisnęło go w piersi.

To było rodzinne zdjęcie Monroe’ów. Roberta, Catherine, Isabel i Samuela. Stali przed skromnym domem z białym płotem, w blasku słońca, cała czwórka się uśmiechała. Robert położył dłoń na ramieniu żony, a w jego oczach błyszczała duma. Catherine tuliła dzieci do siebie, a jej uśmiech był promienny, nietknięty cierpieniem. Isabelle, piętnasto- lub szesnastoletnia, z włosami spiętymi w kucyk, błyszczącymi oczami, uśmiechająca się, jakby cały świat należał do niej. A Samuel, dwunasto- lub trzynastoletni, stał obok siostry, z uniesioną ręką, jakby witał przyszłość.

Byli szczęśliwi.

Kiedyś mieli wszystko.

I zabrał wszystko.

Alexander spojrzał na zdjęcie, a potem z powrotem na nieruchome ciało leżące na łóżku i zdał sobie sprawę, że drży mu ręka. On, Alexander Kensington, człowiek, który bez mrugnięcia okiem zlecił setki aktów przemocy, trząsł się, nie ze strachu, ale z czegoś, czego nie potrafił nazwać.

Odłożył ramę i cofnął się o krok.

Samuel nie mógł go usłyszeć, nie mógł go zobaczyć, nie mógł wiedzieć, że człowiek, który zniszczył mu życie, stoi tuż obok.

Ale Aleksander i tak przemówił, jego głos był niski i szorstki, jakby mówił bardziej do siebie niż do Samuela.

„Nie wiedziałem, kim jesteś, kiedy wydawałem rozkaz.”

To nie były przeprosiny. Przeprosiny byłyby zbyt tanie za to, co zrobił. To była po prostu prawda, brutalna prawda.

Dla niego Samuel był po prostu kolejnym dłużnikiem wśród tysięcy, nazwiskiem na liście, problemem do rozwiązania. Nie myślał o rodzinie, o siostrze, o matce czekającej w domu.

Nie myślał, bo nie było mu to potrzebne.

W jego świecie ludzie byli liczbami.

A liczby nie dawały o sobie znać.

Aleksander pozostał w małym pokoju jeszcze przez kilka minut, obserwując, jak klatka piersiowa Samuela unosi się i opada w rurze, obserwując delikatny ruch oddechu, obserwując oczy zamknięte w niekończącym się śnie.

Potem odwrócił się i odszedł.

Nie mógł zostać dłużej. Nie dlatego, że był zajęty, ale dlatego, że pokój go przytłaczał.

Wracając do rezydencji, Aleksander nie włączył radia, nie zadzwonił do nikogo, po prostu siedział w ciszy, przy jednostajnym szumie silnika. Jego dłonie wciąż lekko drżały na kierownicy.

I po raz pierwszy od trzydziestu siedmiu lat zastanawiał się, kiedy stał się potworem, czy też może po prostu się nim urodził i uświadomił to sobie dopiero dzisiaj.

W kolejnych dniach Aleksander zaczął działać, nikomu niczego nie tłumacząc.

Wezwał Theo do swojego biura i wydał serię krótkich, precyzyjnych poleceń.

„Podnieś pensję Isabel Monroe trzykrotnie. Wpłać ją na konto, którego źródła nie zna. Przenieś Samuela Monroe do najlepszego ośrodka pielęgniarskiego w Chicago, z prywatnym pokojem, najlepszymi lekarzami, wszystkie wydatki pokryję ja. I nie mów jej, kto płaci”.

Theo przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, ale nie zadał ani jednego pytania. Dwadzieścia lat pracy dla Alexandra nauczyło go, kiedy cisza jest konieczna.

„Tak, proszę pana.”

Tydzień później Isabelle otrzymała zawiadomienie z ośrodka pielęgniarskiego z informacją, że jej brat został przeniesiony do nowego miejsca. Zadzwoniła, żeby zadać pytania, a tam powiedziano jej, że anonimowy darczyńca pokrył wszystkie wydatki na kolejne pięć lat.

Ona w to nie wierzyła.

Poszła do nowego ośrodka i zobaczyła Samuela leżącego w czystym, przestronnym pokoju, z oknem wychodzącym na kwitnący ogród, pielęgniarkami pełniącymi dyżur przez całą dobę i nowoczesnymi urządzeniami monitorującymi każdy jego oddech.

Stała tam przez długi czas, nie mogąc zrozumieć, co się dzieje.

Aleksander wiedział, że jest zdezorientowana, bo kazał ją śledzić. Widział, jak godzinami stoi przy łóżku Samuela, trzymając brata za rękę i płacząc bezgłośnie. Widział, jak pyta każdego, kto jej pomógł.

Nikt nie wiedział.

Albo nikt nie miał prawa tego powiedzieć.

Zarządził również podwyżkę jej pensji, ale nie zauważyła tego od razu. Dopiero pod koniec miesiąca, kiedy sprawdziła konto, zobaczyła tę niezwykle wysoką sumę.

Poszła o to do księgowości, a tam powiedziano jej, że to decyzja przełożonego i że nie musi wiedzieć nic więcej.

Isabelle wiedziała, że ​​coś jest nie tak, ale nie wiedziała co i nie odważyła się zapytać.

Pewnej nocy, gdy sprzątała korytarz na trzecim piętrze, Aleksander wyszedł z gabinetu. Stał tam i patrzył, jak ona myje podłogę w przyćmionym świetle.

Spojrzała w górę i zatrzymała się, ale nie wstała.

„Panie, czy czegoś Pan potrzebuje?”

Jej głos był spokojny jak zawsze, jakby on był po prostu jej pracodawcą, a ona tylko gospodynią, jakby deszczowa noc w kościele nigdy nie miała miejsca.

Alexander podszedł bliżej i zatrzymał się kilka kroków dalej. Spojrzał na jej zrogowaciałe dłonie, dłonie, które ścierały krew z jego podłóg, zszywały rany jego ludzi, gotowały niezliczone miski zupy dla ludzi, których zniszczył.

„Chcę cię o coś zapytać” – powiedział cicho.

Isabelle wstała, odłożyła mop i czekała. Nie okazywała strachu. Nigdy go nie okazywała, mimo że wiedziała, kim on jest i co zrobił jej rodzinie.

„Dlaczego mnie nie nienawidzisz?” – zapytał Aleksander bezpośrednio.

Bez żadnych wykrętów, bez wyjaśnień. Musiał wiedzieć.

To pytanie nie dawało mu spokoju od tamtej nocy, kiedy czytał jej akta.

„Wiesz, co zrobiłem” – kontynuował, a jego głos stał się szorstki. „Odebrałem życie twojemu ojcu. Spowodowałem śmierć twojej matki. Zmieniłem twojego brata w kogoś, kto nie może się ruszyć. Zniszczyłem wszystko, co miałeś. A jednak wciąż tu jesteś, wciąż dla mnie pracujesz, wciąż nie zatruwasz mojego jedzenia ani nie sprzedajesz informacji moim wrogom. Dlaczego?”

Isabelle milczała przez chwilę. Spojrzała na niego głębokim, nieprzeniknionym wzrokiem.

Potem przemówiła, jej głos był cichy, ale pewny.

„Nienawidziłem cię. W każdej sekundzie, każdej minucie przez pierwsze dwa lata. Leżałem w tym brudnym, wynajętym pokoju, wyobrażając sobie setki sposobów, by zakończyć twoje życie. Śniło mi się, że cię dźgam. Wyobrażałem sobie, jak cierpisz tak, jak mój ojciec. Nienawiść zżerała mnie żywcem od środka. Paliła mnie każdej nocy”.

Aleksander nic nie powiedział. Po prostu stał i słuchał.

„Ale potem coś sobie uświadomiłam” – kontynuowała Isabelle. „Nienawiść nikogo nie zbawia. Nie przywraca życia mojemu ojcu. Nie leczy matki. Nie pomaga Samuelowi stanąć na nogi. Zmienia mnie tylko w kogoś, kogo nienawidzę najbardziej – kogoś, kto potrafi tylko niszczyć”.

Spojrzała mu prosto w oczy.

„Nie chcę być taki jak pan, panie Kensington.”

Te słowa przeszyły Aleksandra jak ostrze. Nie chciała go obrazić. Mówiła po prostu prawdę.

A prawda bolała bardziej, niż jakakolwiek klątwa.

„Więc wybrałam inną drogę” – ciągnęła Isabelle. „Wybrałam ratowanie zamiast niszczenia. Wybrałam dawanie zamiast brania. Nie mogę zmienić przeszłości, ale mogę wybrać, kim się stanę w przyszłości”.

Pochyliła się, żeby podnieść mop, jakby rozmowa dobiegła końca.

„Skończył pan pytać, proszę pana? Muszę jeszcze posprzątać korytarz na drugim piętrze.”

Aleksander nie odpowiedział.

Po prostu stał tam, patrząc jak ona odchodzi, a jej szczupła sylwetka znika w cieniu.

I zdał sobie sprawę, że jej odpowiedź nie wyjaśniała tylko, dlaczego go nie nienawidziła.

Zmusiło go to do zadania sobie pytania, dlaczego zdecydował się stać się tym, czego cały świat się bał, zamiast stać się kimś innym.

CZĘŚĆ TRZECIA

Ale ciemność nigdy nie daje spokoju światłu.

Maxwell Harrington obserwował Alexandra od dawna. Czterdziestodwuletni baron z East Chicago, człowiek, który czekał dziesięć lat, by odkryć słabość Alexandra Kensingtona.

I w końcu to znalazł.

Ludzie Maxwella odkryli Isabelle trzy tygodnie wcześniej, gdy nocą opuściła rezydencję. Śledzili ją aż do kościoła św. Marii. Wszystko nagrali. Ludzi, którym pomagała, torby, które nosiła, a co najważniejsze, zdali sobie sprawę, że Alexander też ją obserwuje.

Najzimniejszy mężczyzna w Chicago troszczy się o gosposię.

To była słabość.

To była okazja.

Maxwell przeprowadził się pewnej nocy, gdy Isabelle opuściła kościół później niż zwykle. Właśnie wychodziła z alejki, gdy dwa czarne samochody zablokowały jej przód i tył. Czterech mężczyzn w czerni wysiadło i otoczyło ją w ciągu kilku sekund.

Isabelle nie miała czasu uciekać. Została złapana za włosy i wciągnięta do pracującego na biegu jałowym samochodu. Na głowę naciągnięto jej czarny kaptur. Ręce miała związane za plecami, a samochód pomknął w noc.

Kiedy zdjęto kaptur, Isabelle znalazła się w opuszczonym magazynie. Przed nią stał Maxwell Harrington, ubrany w czarny garnitur, z włosami zaczesanymi do tyłu i uśmiechem ostrym jak brzytwa.

Obok niego, na zimnej betonowej podłodze, klęczała Laura Donovan i jej dwójka dzieci.

Emma i Ryan mieli związane ręce, usta zaklejone taśmą, oczy zalane łzami i przerażeniem. Laura trzęsła się, patrząc na Isabelle z rozpaczą.

„Panno Belle” – szlochała bezgłośnie Laura, a jej słowa utknęły za taśmą. „Przepraszam. Przyszli do kościoła i nas zabrali. Przepraszam”.

Isabelle poczuła, jak krew w żyłach zamienia się w lód. Zmusiła się do zachowania spokoju i spojrzała na Maxwella.

„Czego chcesz?”

Maxwell podszedł bliżej i kucnął na wysokości jej oczu.

„Chcę Alexandra Kensingtona” – powiedział cicho, jakby mówił o pogodzie. „A ty mi pomożesz go zdobyć”.

„Jestem tylko gospodynią domową” – powiedziała Isabelle. „Nic nie wiem o jego interesach”.

Maxwell się roześmiał, a jego suchy dźwięk odbił się echem po pustym magazynie.

„Nie igraj ze mną, mała dziewczynko. Wiem, kim jesteś. Wiem, co robisz każdej nocy. I wiem, że Alexander Kensington bardzo się o ciebie troszczy”.

Wyprostował się i dał znak swoim ludziom.

Pięść uderzyła Isabelle w twarz. Upadła na podłogę, czując smak krwi. Emma krzyczała przez taśmę, a jej głos się łamał. Ryan jęczał. Laura krzyczała, błagając, żeby przestali, ale oni tego nie robili.

Drugi kopniak w brzuch. Trzeci w żebra.

Isabelle zwinęła się na betonie, próbując się osłonić, ale nie mogła stawić czoła czterem dorosłym mężczyznom. Bili ją, aż nie miała już siły jęczeć.

Maxwell uniósł rękę, dając im znak, żeby przestali. Uklęknął obok Isabelle, złapał ją za włosy i delikatnie, ale stanowczo uniósł jej głowę.

„Będziesz dla mnie szpiegować” – wyszeptał jej do ucha. „Opowiesz mi wszystko o Aleksandrze – jego harmonogram, słabości, plany. Jeśli odmówisz, ta dwójka dzieci umrze”.

Isabelle spojrzała na Emmę i Ryana opuchniętymi oczami. Dzieci drżały, ich oczy były zaczerwienione, zbyt przestraszone, by zrozumieć, co się dzieje.

Byli tylko dziećmi.

Nie należeli do tego świata.

„Nie” – wyszeptała Isabelle ochrypłym głosem. „Nie zrobię tego”.

Maxwell ścisnął mocniej jej włosy.

„Jesteś pewien?” zapytał. „Czy pozwolisz tym dzieciom umrzeć z powodu swojego uporu?”

Isabelle zamknęła oczy. Pomyślała o swoim ojcu, o swojej matce, o Samuelu, o wszystkich ludziach, których zabrał ten świat.

Potem otworzyła oczy i spojrzała prosto na Maxwella.

„Zranisz ich, cokolwiek zrobię” – powiedziała. „Mężczyźni tacy jak ty nie dotrzymują obietnic. Nie zdradzę nikogo”.

Maxwell przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, po czym wstał. Skinął na swoich ludzi.

Ponownie ją bili, aż straciła przytomność.

Kiedy Isabelle się obudziła, leżała w ciemnej uliczce za kościołem. Laura i dzieci zniknęły. Obok niej leżała zmięta karteczka.

Powiedz Aleksandrowi, co trzymam. Ma trzy dni na oddanie zachodniego terytorium, inaczej ona i dzieci znikną razem.

Isabelle leżała tam, jej ciało płonęło bólem, krew sączyła się z kącika ust, i zdała sobie sprawę, że ciemność znów ją ogarnęła.

Ale tym razem nie tylko chciało ją połknąć.

Chciało połknąć każdą osobę, którą kochało.

Isabelle nie wiedziała, jak długo leżała w zaułku. Może godzinę, może dwie. Wiedziała tylko, że kiedy się ocknęła, wciąż było ciemno, a jej ciało bolało tak bardzo, że nie mogła się ruszyć.

Każde żebro było zmiażdżone. Każdy mięsień rozerwany. Zaschnięta krew pokrywała jej twarz, dłonie i cienkie ubrania.

Ale ona i tak wstała.

Musiała wstać.

Laura i dzieci były przetrzymywane. Nie mogła tam leżeć i się poddać.

Wyczołgała się z zaułka, trzymając się ściany, aby utrzymać równowagę.

Nie poszła do szpitala. Nie miała pieniędzy na szpital. I nie mogła nikomu powiedzieć, co się stało. Gdyby Aleksander się dowiedział, pomyślałby, że jest w związku z Maxwellem. Zabiłby ją, zanim zdążyłaby cokolwiek wyjaśnić.

Wróciła do rezydencji przed świtem, wślizgnęła się tylnymi drzwiami i umyła twarz w małej łazience dla personelu. Spojrzała na siebie w lustrze i prawie nie rozpoznała, kto na nią patrzy – opuchnięte oczy, rozcięte wargi, posiniaczone policzki.

Użyła taniego pudru, żeby ukryć siniaki, założyła długie rękawy, żeby zakryć rany na ramionach, i wróciła do pracy jak każdego innego dnia.

Nikt tego nie zauważył.

Albo nikt nie zwrócił na to uwagi.

Była tylko gospodynią domową.

Zawsze była niewidzialna.

Następne dni ciągnęły się jak niekończący się koszmar. Isabelle pracowała szesnaście godzin dziennie, jak zwykle, ale jej ciało rozpadało się od środka. Miała połamane żebra. Każdy oddech był niczym nóż wbijający się w jej klatkę piersiową. Rany wewnętrzne cicho krwawiły, choć nie zdawała sobie z tego sprawy.

Wiedziała tylko, że z dnia na dzień robi się coraz słabsza, ma coraz większe zawroty głowy i coraz większą duszność.

Nie jadła. Nie dlatego, że chciała umrzeć z głodu, ale dlatego, że nie mogła przełknąć. Każdy kęs przyprawiał ją o mdłości. Piła wodę, żeby utrzymać się w pozycji pionowej i kontynuowała pracę.

Przez trzy lata tak żyła – trzy lata szesnastogodzinnych dni, trzy lata nigdy nie jedząc wystarczająco, nigdy nie śpiąc wystarczająco, trzy lata dźwigając ciężar brata, ludzi z kościoła, wszystkich, których nie mogła porzucić.

Jej ciało było puste przez długi czas.

Uderzenie Maxwella było tylko ostatnią kroplą, która doprowadziła do przepełnienia.

Trzeciej nocy po porwaniu Isabelle była w kuchni, przygotowując obiad dla ludzi Aleksandra. Kroiła warzywa, ale nóż w jej dłoni trząsł się niekontrolowanie.

Świat zaczął wirować. Światła się rozmyły. Hałas rozpłynął się w głuchym brzęczeniu w uszach.

Próbowała chwycić się krawędzi blatu, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

Ona upadła.

Nóż uderzył o podłogę z zimnym, metalicznym odgłosem. Jej ciało osunęło się jak marionetka z przeciętymi sznurkami. Uderzyła głową o kafelki, ale nie poczuła bólu.

Nie czuła zupełnie nic.

Ciemność wdarła się i pochłonęła ją całą.

Dot była pierwszą osobą, która ją zobaczyła.

Krzyknęła, a jej krzyk odbił się echem po całej rezydencji.

„Niech ktoś wezwie lekarza! Ktoś upadł! Szybko!”

Aleksander był w swoim gabinecie, gdy usłyszał krzyk.

Nie wiedział, dlaczego uciekał. Nigdy nie uciekał dla nikogo.

Ale jego nogi poruszały się same, niosąc go korytarzem, po schodach, do kuchni.

I on ją zobaczył.

Isabelle leżała nieruchomo na podłodze. Jej twarz była blada jak papier. Usta szare. Oczy zamknięte. Makijaż rozmazał się, odsłaniając siniaki na policzkach, czole i szyi.

Aleksander uklęknął obok niej.

Po raz pierwszy od trzydziestu siedmiu lat poczuł strach.

Nie strach przed wrogami. Nie strach przed niebezpieczeństwem.

Strach przed jej utratą.

Podniósł ją i omal nie upuścił ze zdziwienia.

Była zbyt lekka, tak lekka, że ​​aż niewiarygodna. Czuł każde żebro przez cienkie ubranie, czuł, jak kruche jest jej ciało, jakby miało się rozpaść w jego ramionach.

Jak mogła tak żyć przez trzy lata?

Co takiego przeżyła, czego on nigdy nie widział?

„Zadzwoń do lekarza” – rozkazał szorstkim głosem. „Mojego prywatnego lekarza, natychmiast”.

Zaniósł ją do salonu i położył na sofie. Dot pobiegła zadzwonić. Jego ludzie stali jak sparaliżowani, nie wiedząc, co robić. Nigdy nie widzieli swojego szefa w takim stanie: z zaczerwienionymi oczami, trzęsącymi się rękami, z głosem pozbawionym zwykłego chłodu.

Theo zrobił krok naprzód, spojrzał na Isabelle, a potem na Alexandra. Zobaczył siniaki na jej twarzy, obrażenia, które nie były skutkiem upadku.

„Kto jej to zrobił?” zapytał Theo.

Aleksander nie odpowiedział. Obserwował Isabelle, obserwował jej bladą twarz, obserwował, jak jej klatka piersiowa unosi się i opada.

Nie wiedział, kto ją pobił, ale miał zamiar się tego dowiedzieć.

A gdyby to zrobił, ta osoba wzięłaby za to odpowiedzialność.

Lekarz przybył piętnaście minut później. Zbadał Isabelle i pokręcił głową z poważną miną.

„Dwa złamane żebra, lekki krwotok wewnętrzny, poważne niedożywienie, całkowite wyczerpanie. Nie jadła prawidłowo od bardzo dawna. Jej organizm jest poza granicami swoich możliwości”.

Aleksander stał nieruchomo, chłonąc każde słowo niczym zdanie.

„Ratuj ją” – powiedział, a jego głos nie był już rozkazem, lecz niemal błaganiem. „Zrób wszystko, co w twojej mocy”.

„Zrobię wszystko, co w mojej mocy” – odpowiedział lekarz. „Ale proszę pana, ona potrzebuje odpoczynku. Potrzebuje opieki. Potrzebuje kogoś, kto się nią zaopiekuje, nie tylko leków”.

Alexander spojrzał na Isabelle. Leżała tam nieruchomo, krucha jak więdnący płatek. Oddała wszystko bratu, ludziom z kościoła, obcym, o których nikt inny nie dbał, i nie zachowała niczego dla siebie. Wypaliła się, by ogrzać innych, aż nie zostało nic do spalenia.

A on, Alexander Kensington, władca połowy Chicago, człowiek, który wszystko kontrolował, w ogóle tego nie dostrzegał.

Usiadł obok niej, wpatrzył się w jej poszarzałą twarz i po raz pierwszy w życiu zadał sobie pytanie:

Co on zrobi, jeśli ona nie przeżyje?

A odpowiedź go przeraziła.

Ponieważ nie wiedział.

Naprawdę nie wiedział.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

back to top