Isabelle obudziła się po dwóch dniach śpiączki.
Pierwszą rzeczą, jaką poczuła, było światło. Nie słabe światło jarzeniówek z małego pokoju przeznaczonego dla personelu, ale światło słoneczne, ciepłe i hojne, wpadające przez białe jedwabne zasłony.
Zamrugała, próbując się skupić.
Sufit był wyższy, niż pamiętała. Łóżko było szersze, niż pamiętała. Koce były bardziej miękkie, niż pamiętała.
To nie był jej pokój.
Isabelle próbowała usiąść, ale ból w żebrach wyrwał jej jęk z gardła. Opadła z powrotem na ziemię, oddychając szybko, a zimny pot perlił się na jej czole.
Musiała wstać. Musiała iść do pracy. Musiała…
Odwróciła głowę i zobaczyła Aleksandra siedzącego w fotelu obok łóżka.
Nadal miał na sobie czarny garnitur z nocy, kiedy zemdlała, teraz pomarszczony i zniszczony. Szczękę miał pokrytą zarostem. Oczy zaczerwienione od niewyspania.
Wyglądał, jakby siedział tam przez dwa dni i nie wychodził.
Widok najpotężniejszego bossa przestępczego w Chicago, człowieka, który wprawiał w drżenie cały podziemny świat, pilnującego gospodyni, wydawał się nierealny.
„Proszę pana” – głos Isabelle był ochrypły od kilku dni milczenia. „Gdzie ja jestem?”
„Mój salon” – odpowiedział Aleksander cichym, wyczerpanym głosem. „Lekarz powiedział, że potrzebujesz opieki. Twój pokój jest za mały i nie ma wystarczająco dużo światła”.
Isabelle nie wiedziała, co powiedzieć. Leżała nieruchomo, wpatrując się w sufit, próbując wszystko pojąć. Pamiętała tamtą noc – Maxwella, Laurę i dzieci, ciosy i kopniaki, list w zaułku. Trzy dni. Maxwell dał Aleksandrowi trzy dni.
A przez dwa z nich była nieprzytomna.
„Kto ci to zrobił?” – zapytał Aleksander, przerywając jej myśli. Jego ton był spokojny, ale coś pod nim płonęło. Coś niebezpiecznego.
Isabelle milczała. Nie chciała się odzywać. Nie dlatego, że chciała chronić Maxwella, ale dlatego, że wiedziała, że gdyby to zrobiła, Alexander by go dogonił, a Laura i dzieci mogłyby zniknąć, zanim on by do nich dotarł.
„Wiem, że to był Maxwell” – kontynuował Alexander, jakby czytając w jej myślach. „Moi ludzie przeprowadzili śledztwo. Porwał trzy osoby z twojego kościoła. Kobietę i dwójkę dzieci. Chce ich wykorzystać, żeby na mnie naciskać”.
Isabelle zamknęła oczy.
Więc wiedział.
„Pójdę za nim” – powiedział Aleksander głosem zimnym jak lód. „Dowiemy się, gdzie ich przetrzymuje, wydobędziemy ich i dopilnujemy, żeby już nikogo nie skrzywdził”.
Isabelle otworzyła oczy i spojrzała na niego. Dostrzegła gniew w jego spojrzeniu. Prawdziwy gniew, nie tę wyrachowaną furię, którą wykorzystywał w interesach. Był zły za nią, za ludzi, których chroniła.
To sprawiło, że chciała się uśmiechnąć.
I chciało jej się płakać.
„Zakończenie kolejnych żyć niczego nie zmieni” – powiedziała słabo, ale jasno.
Aleksander zmarszczył brwi.
„Mówisz mi, żebym pozwolił człowiekowi, który prawie odebrał ci życie, wyjść na wolność?”
„Nie” – Isabelle lekko pokręciła głową. „Mówię, że nawet jeśli wykończysz Maxwella albo setkę jemu podobnych, ten świat się nie zmieni. Nadal będą tacy jak on. Nadal będą tacy jak ja, którzy zostaną zmiażdżeni, bo to właśnie tacy ludzie jak ty stworzyli ten świat”.
Aleksander nic nie powiedział. Po prostu na nią patrzył.
Isabelle wzięła głęboki oddech, ból w żebrach rozgorzał, ale kontynuowała.
„Wiesz, co mnie naprawdę wyczerpuje, panie Kensington? Nie praca, nie nieprzespane noce, nie za mało jedzenia ani za mało snu”.
Spojrzała mu prosto w oczy, oczy zmęczone, ale rozświetlone czymś, czego nie potrafił nazwać.
„To, co mnie wykańcza, to widok każdego dnia miażdżonych dobrych ludzi i świadomość, że nie mogę ich wszystkich uratować. Widok dzieci osieroconych, bo odebrano im ojców. Widok kobiet wyrzucanych na ulicę, bo ich mężowie wiedzieli za dużo. Widok mężczyzn tracących ręce i nogi przez jeden błąd”.
Jej głos lekko drżał, ale nie płakała. Już za dużo płakała. Nie miała już łez.
„Nie odebrałeś mi życia pistoletem, panie Kensington” – powiedziała, a każde słowo było wyryte jak w kamieniu. „Zraniłeś mnie, czyniąc ten świat miejscem, w którym przyzwoitość nie ma miejsca. Niszczysz wszystko i wszystkich, a potem dziwisz się, dlaczego wokół ciebie nie ma nic poza ciemnością”.
W pokoju zapadła cisza.
Aleksander stał. Nie odzywał się. Nie sprzeciwiał się. Nie wyjaśniał.
Stał tam przez chwilę, patrząc na nią, po czym odwrócił się w stronę drzwi.
Ale Isabelle zauważyła, że jego ramiona się trzęsą.
Po raz pierwszy zobaczyła, jak Alexander Kensington drży. Nie ze strachu, nie z wściekłości, ale z czegoś głębszego, czegoś, czego być może nawet nie umiałby nazwać.
Wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi.
A Isabelle leżała sama w nieznanym jej luksusie pokoju. Nie wiedziała, czy jej słowa cokolwiek zmienią.
Wiedziała tylko, że to prawda.
A czasami prawda była jedyną rzeczą, jaką mogła jej jeszcze dać.
CZĘŚĆ CZWARTA
Aleksander wyszedł z pokoju i poszedł prosto do swojego gabinetu. Zamknął drzwi, stanął w ciemności i pozwolił, by słowa Isabelle rozbrzmiały echem w jego umyśle.
Zraniłeś mnie, sprawiając, że ten świat stał się miejscem, w którym nie mogą istnieć przyzwoici ludzie.
Słyszał w życiu niezliczone przekleństwa, niezliczone prośby, niezliczone krzyki rozpaczy, ale nic nie zraniło go tak głęboko, jak to zdanie.
Ponieważ to była prawda.
Wiedział, że to prawda.
Zbudował świat, w którym dobrzy ludzie nie mogli przetrwać, świat, w którym dobroć była słabością, świat, w którym ludzie tacy jak Isabelle musieli pracować szesnaście godzin dziennie, głodować i obywać się bez niczego, aby ocalić resztki, które po sobie zostawił.
Podniósł słuchawkę i zadzwonił do Theo.
„Zbierzcie się wszyscy.”
Piętnaście minut później największa sala konferencyjna w rezydencji była pełna. Jego najstarsi rangą oficerowie, ludzie, którzy służyli mu od dziesięciu, dwudziestu lat, siedzieli wokół długiego stołu i czekali. Wiedzieli, że dzieje się coś poważnego. Tylko nie wiedzieli co.
Aleksander wszedł, stanął na czele stołu i przemówił głosem zimnym jak stal.
„Znajdź Maxwella Harringtona. Znajdź miejsce, w którym przetrzymuje zakładników – kobietę o imieniu Laura Donovan i dwójkę dzieci, Emmę i Ryana. Najpierw ich wyprowadź. Potem przyprowadź Maxwella żywego do mnie”.
Mężczyźni skinęli głowami. Nikt nie odważył się zapytać dlaczego. Posłuszeństwo było dla nich drugą naturą.
Ale Aleksander nie skończył.
„Jest jeszcze jedna rzecz.”
Wyjął kartkę papieru i położył ją na stole.
„To jest lista. Ludzie z kościoła św. Marii przy Sześćdziesiątej Trzeciej Ulicy. Porzuceni byli egzekutorzy, rodziny zmarłych, wdowy, sieroty. Od teraz nikt ich nie tknie. Każdy, kto to zrobi, odpowie przede mną”.
W pokoju zapadła cisza. Mężczyźni wymienili zdezorientowane spojrzenia.
Alexander Kensington, człowiek, który nigdy nie przejmował się takimi rzeczami jak współczucie czy miłosierdzie, chronił grupę bezdomnych.
„Czy jest jakiś problem, proszę pana?” – zapytał ostrożnie jeden z poruczników. „Dlaczego mielibyśmy chronić takich ludzi? Oni po prostu…”
Aleksander spojrzał mu prosto w oczy. Jego spojrzenie było tak zimne, że mężczyzna spuścił głowę, zanim dokończył zdanie.
„Bo ja to zamówiłem” – powiedział Aleksander. „To jedyny powód, dla którego tego potrzebujesz”.
Nikt już się nie odezwał.
Spotkanie dobiegło końca. Mężczyźni wyszli, aby wykonać rozkazy.
Pozostał tylko Theo. Stał obok Aleksandra, wpatrując się w swojego pracodawcę z wyrazem twarzy, którego Aleksander nie potrafił odczytać.
„Zmieniłeś się?” zapytał Theo wprost.
Aleksander się nie odwrócił. Spojrzał przez okno na miasto, które kontrolował, i odpowiedział cicho.
„Nie. Nadal jestem potworem.”
Zatrzymał się i wziął głęboki oddech.
„Ale są rzeczy, których nawet potwory nie powinny dotykać. Są ludzie, od których nawet ciemność powinna trzymać się z daleka.”
Zwrócił się do Theo.
„Pokazała mi to. I jestem jej winien. Nie przeprosiny – przeprosiny są zbyt tanie – ale działanie. Chronić to, co ona chroni, a nie niszczyć”.
Theo przez chwilę milczał, po czym skinął głową.
“Rozumiem.”
Odwrócił się, żeby wyjść, ale zatrzymał się przy drzwiach.
“Pan.”
“Tak?”
„Ona jest kimś wyjątkowym” – powiedział Theo. „Nie strać jej”.
Aleksander nie odpowiedział. Stał tam, gapiąc się przez okno, zastanawiając się, czy zasłużył na to, by mieć przy sobie kogoś takiego jak Isabelle.
Odpowiedź brzmiała: nie.
On o tym wiedział.
Ale spróbuje.
Po raz pierwszy od trzydziestu siedmiu lat Alexander Kensington postanowił spróbować stać się kimś innym niż potwór.
Trzy dni później, gdy Isabelle była już na tyle silna, że mogła usiąść, Alexander zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał.
Poszedł sam do kościoła St. Mary.
Żadnych ochroniarzy, żadnej broni, tylko on i czarny samochód stojący spokojnie na skraju dobrze znanej, ciemnej alejki.
Tej nocy nie padało, ale powietrze było wciąż wilgotne i ciężkie.
Aleksander wysiadł z samochodu i spojrzał w górę na stary kościół, którego krzywa dzwonnica była lekko pochylona, a witraże popękane i połamane. Ostatnim razem, gdy tu był, pojawił się jako cień, kryjąc się w ciemności, z ręką opartą na pistolecie.
Tym razem było inaczej.
Poszedł prosto do drzwi wejściowych, nie chowając się i nie unikając nikogo.
Zapukał. Trzy razy, chwila ciszy, jeszcze dwa, tak jak Isabelle.
Drzwi się otworzyły.
Ojciec Thomas Mitchell stał tam, pięćdziesięcioośmioletni, z twarzą zniszczoną trudami, z oczami ostrymi jak ostrza. Natychmiast rozpoznał Alexandra. Każdy w chicagowskim półświatku znał tę twarz.
„Ty” – powiedział ojciec Thomas głosem zimnym jak lód. „Nie jesteś tu mile widziany”.
„Wiem” – odpowiedział spokojnie Aleksander.
„To ty zniszczyłeś to miejsce” – kontynuował ojciec Thomas, a jego głos drżał z gniewu. „Wyrzuciłeś setki rodzin na ulice. Ilu ludzi z mojej parafii skrzywdziłeś? Ile dzieci zostało sierotami przez ciebie? Ile wdów płakało, aż zabrakło im łez? A teraz stoisz u bram Boga, jakbyś miał do tego prawo”.
Aleksander nie sprzeciwiał się. Stał i słuchał, pozwalając, by każde słowo raniło go niczym nóż.
„Masz rację” – powiedział po długim milczeniu. „Wszystko, co powiedziałeś, jest prawdą”.
Ojciec Thomas zamarł. Przygotował się na arogancję, groźby, przemoc.
Nie był na to przygotowany.
Do przyjęcia.
„Nie przyszedłem tu, żeby mnie witano” – kontynuował Aleksander, cicho i spokojnie. „Nie przyszedłem prosić o wybaczenie. Moje przeprosiny byłyby zbyt tanie, biorąc pod uwagę to, co zrobiłem”.
„To dlaczego tu jesteś?” – zapytał ojciec Thomas, wciąż trzymając się drzwi.
„Aby spłacić dług.”
Aleksander spojrzał księdzu w oczy.
„Nie jestem dłużnikiem Boga. Nie twierdzę, że rozumiem wiarę. Jestem dłużnikiem ludzi, których skrzywdziłem. Ludzi, których chroni Isabelle”.
Ojciec Thomas przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, jakby próbował odczytać coś ukrytego w oczach Aleksandra.
Potem westchnął i odsunął się.
„Wejdź. Ale jeśli zrobisz tu komuś krzywdę, przysięgam, że sam cię powstrzymam, bez względu na cenę.”
Aleksander skinął głową i wszedł do środka, po czym zszedł po schodach do piwnicy.
W chwili, gdy wszedł, w pomieszczeniu zapadła głucha cisza. Ludzie przestali jeść, rozmawiać, prawie przestali oddychać.
Rozpoznali go.
Oczywiście, że tak.
Jak mogli nie rozpoznać człowieka, który zniszczył im życie?
Isabelle stała w kącie, podając lekarstwo starszej kobiecie. Odwróciła się na dźwięk kroków, a jej oczy rozszerzyły się, gdy zobaczyła Alexandra u stóp schodów.
„Panie Kensington” – wyszeptała z niedowierzaniem malującym się na jej twarzy. „Co pan tu robi?”
Aleksander nie odpowiedział. Rozejrzał się po pokoju, wodząc wzrokiem po każdej twarzy. Twarzach wyniszczonych głodem. Twarzach wyniszczonych cierpieniem. Twarzach, które sam pomógł przekształcić w to, nie zdając sobie z tego sprawy.
Potem zobaczył George’a Pattersona.
Jednonogi mężczyzna siedział w kącie, przed nim stała niedojedzona miska zupy. Kiedy George zdał sobie sprawę, kto właśnie wszedł, zerwał się na równe nogi – a przynajmniej próbował. Drewniana kula trzęsła mu się gwałtownie w dłoni.
„Ty” – ryknął George, a w jego oczach płonęła nienawiść. „Jak śmiesz tu przychodzić?”
Próbował rzucić się na Aleksandra, ale brak nogi wytrącił go z równowagi. Isabelle rzuciła się do przodu i złapała go, powstrzymując.
„Panie George, proszę” – powiedziała. „Proszę się uspokoić”.
„Uspokój się?” krzyknął George. „Odebrał mi nogę. Odebrał mi życie. A ty mówisz mi, żebym się uspokoił?”
„Wiem” – powiedział Aleksander cicho, a jego głos niósł się po pokoju. „Wiem, co ci odebrałem”.
Szedł naprzód, powoli krok za krokiem, aż stanął zaledwie kilka stóp od George’a.
Potem zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał.
Alexander Kensington uklęknął.
Jego kolana dotknęły zimnej betonowej podłogi.
Cała sala zamarła. Isabelle zamarła. Ojciec Thomas zatrzymał się w połowie schodów, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
Najpotężniejszy boss przestępczy w Chicago klęczał przed bezdomnym mężczyzną z jedną nogą.
„Odciąłem ci nogę” – powiedział Aleksander ochryple. „Nie mogę ci jej oddać. Nic nie może ci jej oddać”.
Spojrzał na George’a, jego oczy nie były już zimne. Teraz było w nich coś jeszcze. Nie do końca poczucie winy, nie do końca skrucha, ale rozpoznanie, akceptacja tego, że się mylił.
„Nie przyszedłem prosić o wybaczenie” – kontynuował. „Przyszedłem spłacić swój dług, nie słowami, lecz czynami. Od teraz nikt w mojej organizacji nie tknie ciebie ani nikogo tutaj. Dopilnuję, żebyś miał mieszkanie, jedzenie i lekarstwa. Nie dlatego, że chcę, żebyś mi wybaczył, ale dlatego, że jestem ci to winien”.
George wpatrywał się w niego, nienawiść wciąż płonęła w jego oczach, ale coś pod nią drgnęło. Nie odezwał się, nie przyjął, nie odmówił. Po prostu stał, wpatrując się w mężczyznę, który zniszczył mu życie, klęczącego teraz u jego stóp.
Aleksander wstał i po raz ostatni rozejrzał się po pokoju.
„Wiem, że mnie nienawidzicie” – powiedział do wszystkich. „Macie do tego pełne prawo. Nie proszę was, żebyście przestali. Proszę was tylko, żebyście dali mi szansę udowodnić, że potrafię robić rzeczy inaczej”.
Nikt się nie odezwał. Cisza była dusząca.
Aleksander odwrócił się i ruszył w stronę schodów. Mijając Isabelle, zatrzymał się na chwilę, spojrzał na nią i przemówił tak cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć.
„Dziękuję za pokazanie mi, że istnieje inna droga.”
Następnie wszedł po schodach i zniknął w nocy, zostawiając za sobą pokój pełen ludzi, którzy nie wiedzieli, co myśleć, oraz Isabelle stojącą tam ze łzami w oczach, nie rozumiejącą, dlaczego oni tam są.
W kolejnych dniach Alexander zaczął rozmontowywać to, co zbudował przez ostatnie dwadzieścia lat. Nie wszystko. Nadal był szefem. Nadal kontrolował połowę chicagowskiego półświatka. Ale zaczął odcinać te części, o których wiedział, że były przyczyną najgłębszego cierpienia.
Jego pierwszym rozkazem było zamknięcie kasyna South Side. Kiedyś było to jedno z jego największych źródeł dochodu. Każdej nocy setki ludzi napływały, grali, tracili pieniądze i popadali w długi. A kiedy nie mogli zapłacić, jego ludzie przychodzili z metodami, o których nikt nie chciał myśleć.
Jednym z nich był Samuel Monroe.
„Zamknij to” – powiedział Alexander do Theo. „Natychmiast. Uwolnij personel. Wyczyść konta. Każdy, kto nadal jest winien pieniądze w tym miejscu, niech to wszystko wykasuje”.
„Proszę pana, kasyno South Side przynosi prawie dwa miliony dolarów miesięcznie” – zaprotestował jeden z wyższych rangą funkcjonariuszy. „Zamknięcie go poważnie wpłynie na nasze przychody”.
„Czy pytałem cię o zdanie?” zapytał Aleksander, patrząc mu w oczy.
Mężczyzna spuścił głowę i nie powiedział nic więcej.
Drugim nakazem było wstrzymanie wszelkich eksmisji w South Side. Rodziny, które zostały zmuszone do opuszczenia swoich domów, aby zrobić miejsce pod budowę nowego osiedla, mogły pozostać. Niezapłacone długi czynszowe zostały umorzone. Puste mieszkania udostępniono bezdomnym.
„Zwariowałeś?” krzyknął inny egzekutor podczas spotkania. „Zainwestowaliśmy miliony w projekt New Harbor. Jeśli nie uda nam się pozbyć tych ludzi, projekt upadnie”.
„To pozwól mu umrzeć” – odpowiedział chłodno Aleksander.
W pokoju zapadła cisza. Nikt nie mógł uwierzyć w to, co słyszał.
Alexander Kensington, człowiek, który nigdy nie wahał się użyć wszelkich możliwych środków, aby rozszerzyć swoje imperium, był gotów porzucić wielomilionowy projekt na rzecz grupy bezdomnych.
Trzecim poleceniem było utworzenie anonimowego funduszu pomocowego. Pieniądze miały być co miesiąc przekazywane do kościoła św. Marii, aby wesprzeć osoby, które chroniła Isabelle – żywność, lekarstwa, ubrania, mieszkania, wszystko, czego potrzebowali. Nikt nie miał wiedzieć, skąd pochodzą te pieniądze.
Dla nich byłby to po prostu anonimowy dobroczyńca.
Aleksander nie potrzebował ich wdzięczności.
Nie robił tego, żeby otrzymać wdzięczność.
Jednak nie wszyscy zaakceptowali tę zmianę.
Podczas tego spotkania trzech starszych egzekutorów wstało i spojrzało na Aleksandra z czymś, czego nigdy wcześniej u nich nie widział. Nie strachem, nie szacunkiem, ale wyzwaniem.
„Niszczysz wszystko, co zbudowaliśmy” – powiedział jeden z nich chłodno. „Dla służącej. Dla grupy ludzi, którzy się nie liczą. Straciłeś rozum”.
Aleksander się nie zdenerwował. Po prostu spojrzał na mężczyznę pustym wzrokiem.
„Masz dwie możliwości” – powiedział powoli. „Zaakceptuj to i zostań albo odejdź. Nie będę zatrzymywał nikogo, kto nie chce tu być”.
Trzej mężczyźni wymienili spojrzenia, po czym wstali.
„Wyjeżdżamy” – powiedział jeden z nich. „I pożałujesz tego. Bez nas twoje imperium się zawali. Maxwell Harrington połknie cię w całości. A kiedy to nastąpi, nie spodziewaj się, że wrócimy”.
Wyszli i pozwolili drzwiom zamknąć się za nimi.
W pokoju zapadła cisza. Pozostali egzekutorzy spojrzeli na Aleksandra, czekając na jego reakcję.
Nie zareagował.
Spojrzał przez okno na miasto, nad którym miał kontrolę przez dwie dekady i przemówił, jakby do siebie.
„Zbudowałem to imperium na cierpieniu innych ludzi. Zniszczyłem setki rodzin, żeby osiągnąć to, co mam dzisiaj. I zadałem sobie pytanie, czy cokolwiek z tego było tego warte”.
Odwrócił się do mężczyzn, którzy nadal siedzieli.
Odpowiedź brzmi: nie. Nic z tego nie było warte zachodu. Mam więcej pieniędzy, niż mogę wydać. Władzy używam tylko po to, by wzbudzać strach. Mam wszystko i jednocześnie nic. Nie mam rodziny, przyjaciół, nikogo, kto naprawdę by się o mnie troszczył. Tylko ludzie, którzy się mnie boją i którzy chcą, żebym odszedł.
Wziął powolny oddech.
„Nie wiem, czy potrafię stać się dobrym człowiekiem. Może nie. Może jest już za późno. Ale mogę postanowić, że nie będę pogarszać sytuacji. Mogę postanowić przestać. Mogę postanowić zniszczyć to, co nie powinno istnieć, nawet jeśli budowałem to całym swoim życiem”.
Nikt się nie odezwał. Po prostu siedzieli, słuchali i po raz pierwszy widzieli swojego szefa jako człowieka, a nie potwora.
Spotkanie dobiegło końca.
Lojalni pozostali.
Dysydenci odeszli.
Alexander wiedział, że niektórzy z nich uciekną do Maxwella, sprzedadzą informacje, staną się wrogami.
Nie obchodziło go to.
Zrozumiał, że robienie tego, co słuszne, ma swoją cenę.
I był gotów zapłacić tę cenę.
Ponieważ po raz pierwszy od trzydziestu siedmiu lat robił coś nie dla pieniędzy, nie dla władzy, nie ze strachu, ale dlatego, że chciał, ponieważ tak wybrał.
Ponieważ krucha kobieta o głębokich, zmęczonych oczach pokazała mu, że życie może oznaczać coś więcej niż tylko miażdżenie innych.
CZĘŚĆ PIĄTA
Pomimo ciągłego bólu i zaleceń lekarzy, by odpoczywać, Isabelle kilka dni później spokojnie wróciła do szpitala St. Mary’s, nie mogąc trzymać się z dala od ludzi, którzy polegali na niej, jeśli chodzi o przetrwanie.
Maxwell Harrington nie czekał dłużej.
Gdy zdradzieccy poplecznicy Aleksandra przeszli na jego stronę, niosąc wieści o „słabnącym” imperium Kensington, wiedział, że nadszedł ten moment.
Tej nocy Maxwell poprowadził trzydziestu uzbrojonych mężczyzn do kościoła św. Marii. Nie chciał już wykorzystywać zakładników jako narzędzia nacisku. Chciał wysłać wiadomość. Chciał, żeby cały świat przestępczy zobaczył, że Alexander Kensington zmiękł i że każdy, kto odważy się stanąć po jego stronie, zapłaci za to cenę.
Laura i dwójka dzieci nadal byli przetrzymywani w magazynie Maxwella, ale on już się nimi nie przejmował. Byli tylko przynętą.
Prawdziwym celem było zniszczenie wszystkiego, co Aleksander próbował chronić — kościoła, ludzi w środku, a jeśli szczęście mu dopisze, to także Isabelle.
Maxwell nie wiedział, że Alexander obserwował go od kilku dni. Kiedy konwój Maxwella opuścił Wschodni Dystrykt, Theo natychmiast zadzwonił do Alexandra.
„Idzie do kościoła. Trzydziestu ludzi, ciężka broń.”
Aleksander nie wahał się. Zebrał swoich najwierniejszych egzekutorów, dwudziestu ludzi, i ruszył w stronę South Side szybciej niż kiedykolwiek.
Nie miał zamiaru bronić terytorium.
Miał chronić ludzi, których Isabelle kochała.
Zanim Aleksander dotarł na miejsce, już słychać było strzały. Maxwell rozpoczął szturm. Drzwi kościoła zostały wyważone. Z wnętrza dobiegały krzyki, dzieci płakały, szkło pękało, a strzały rozbrzmiewały bez przerwy.
Aleksander wyskoczył z samochodu, wyciągnął broń i rzucił się do środka.
Nie myślał o sobie. Nie myślał o możliwości, że nie wyjdzie. Myślał tylko o Isabelle w środku, o George’u, o sierotach, o wszystkich, których obiecał chronić.
Walka była krótka i brutalna. Dwudziestu na trzydziestu w ciasnej przestrzeni starego kościoła. Kule przebijały się przez spróchniałe drewniane ławki. Ludzie tłoczyli się za kamiennymi kolumnami, modląc się o jej zakończenie.
Alexander walczył jak potwór, którym zawsze był, ale po raz pierwszy walczył o coś innego niż władza i duma. Nie krył się. Nie cofał się. Posuwał się naprzód, krok po kroku, skupiając się wyłącznie na powstrzymaniu Maxwella.
Znalazł go w piwnicy.
Maxwell stał tam, z pistoletem wycelowanym w Isabelle. Osłaniała swoim ciałem kilkoro dzieci, z przerażeniem w oczach, ale nie chciała się cofnąć.
„Kensington” – zaśmiał się Maxwell, widząc Alexandra. „W końcu się pojawiłeś. Wiedziałem, że to twoja słabość”.
„Rzuć broń” – powiedział Aleksander głosem zimnym jak lód.
Maxwell roześmiał się głośniej.
„Myślisz, że możesz mi rozkazywać? Jesteś skończony, Kensington. Osłabłeś. Zapomniałeś, kim jesteś, a ja ci przypomnę”.
Skierował broń w stronę Isabelle, zaciskając palec na spuście.
Aleksander nie miał czasu na myślenie.
Rzucił się naprzód, rzucając się na linię ognia.
Kula przeszyła mu klatkę piersiową.
Ból był tak silny, że prawie zemdlał.
Ale nie upadł.
Podniósł broń i strzelił.
Jeden strzał.
Maxwell padł na ziemię, jego ambicje w jednej chwili legły w gruzach.
Aleksander stał tam przez sekundę, dwie sekundy.
Potem nogi odmówiły mu posłuszeństwa.
Krew sączyła się z rany na jego piersi, barwiąc beton na czerwono.
Usłyszał jak Isabelle krzyczy jego imię.
„Aleksandrze!”
Pobiegła do niego i chwyciła go w ramiona.
„Nie odchodź” – szlochała, a łzy spływały mu po twarzy. „Proszę, nie odchodź. Nie możesz”.
Aleksander spojrzał na jej twarz, już rozmazaną, bo stracił za dużo krwi. Chciał coś powiedzieć. Chciał powiedzieć, że nie żałuje tego, co zrobił. Chciał powiedzieć, że po raz pierwszy w życiu postąpił właściwie. Chciał powiedzieć, że go zmieniła.
Ale nie mógł mówić.
Ciemność go ogarnęła i pochłonęła w całości.
Ostatnią rzeczą, jaką usłyszał, było wołanie Isabelle.
A ostatnią rzeczą, jaką poczuł, były jej ramiona, które mocno go trzymały, jakby nie chciała go puścić, nawet jeśli oznaczało to pójście za nim w najciemniejsze miejsce.
Aleksander przeżył.
Kula, która przebiła mu klatkę piersiową, minęła serce zaledwie o kilka centymetrów. Lekarz powiedział, że to cud.
Przez cały tydzień leżał na oddziale intensywnej terapii, zawieszony między życiem a śmiercią.
Isabelle nie odeszła.
Codziennie siadała przy jego łóżku, zmieniając mu opatrunki, sprawdzając ranę, upewniając się, że jest pod odpowiednią opieką. Nie wiedziała, dlaczego to robiła. Może dlatego, że bez wahania stanął między nią a kulą. Może dlatego, że dostrzegła w nim coś, czego nigdy nie spodziewała się znaleźć.
Miesiąc po bitwie Aleksander znów mógł chodzić, choć nadal był osłabiony. Rana w klatce piersiowej nadal bolała go za każdym razem, gdy brał głęboki oddech, ale nie narzekał.
Był przyzwyczajony do bólu.
Nie był przyzwyczajony do uczucia, które go ogarniało, gdy widział uśmiech Isabelle.
Ostatnio częściej się uśmiechała. Nie promiennym uśmiechem, ale szczerym.
Laura i dwójka dzieci zostali uratowani wkrótce po upadku Maxwella. Byli bezpieczni. Kościół był w naprawie. Ludzie, których chroniła Isabelle, mieli teraz stabilne schronienie, jedzenie i lekarstwa.
Było lepiej.
Ale prawdziwy cud wydarzył się pewnego marcowego popołudnia, gdy Isabelle odebrała telefon z domu opieki.
Prawie upuściła telefon, gdy usłyszała tę wiadomość.
Samuel wykazywał oznaki przebudzenia.
Pobiegła do ośrodka, z bijącym sercem, ledwo śmiąc w to uwierzyć.
Siedem lat.
Siedem lat jej brat leżał nieruchomo jak posąg. Siedem lat go odwiedzała, trzymała za rękę, rozmawiała z nim, mimo że wierzyła, że jej nie słyszy. Siedem lat modliła się, nawet gdy przestała wierzyć, że ktokolwiek jej słucha.
Lekarze określili to mianem medycznego cudu, niemal niemożliwego przebudzenia, które przełamało siedmioletnie milczenie, prawdopodobnie wywołane przez elitarnych specjalistów i zaawansowane metody leczenia, które Aleksander potajemnie stosował.
Gdy Isabelle weszła do pokoju, zobaczyła Samuela leżącego tam, z lekko otwartymi oczami – oczami, których nie widziała od siedmiu lat, oczami, które kiedyś błyszczały, gdy był siedemnastoletnim chłopcem mającym przed sobą całą przyszłość.
„Samuelu” – wyszeptała Isabelle, a nogi trzęsły jej się tak bardzo, że o mało nie upadła. „To ja”.
Samuel powoli odwrócił głowę w jej stronę. Jego suche, popękane usta drżały, walcząc przez lata atrofii, by wydobyć z siebie upiorny oddech słowa.
„Siostro.”
Tylko jedno słowo. Chrypka. Słabość.
Ale to był głos jej brata.
Głos, którego myślała, że już nigdy nie usłyszy.
Isabelle nie mogła już dłużej się powstrzymać. Podbiegła do łóżka, objęła go i rozpłakała się.
Płakała jak nigdy dotąd. Płakała przez siedem lat czekania. Płakała za utraconymi rodzicami. Płakała za wszystkimi nocami, kiedy myślała, że nie da rady.
„Nie śpisz”, szlochała. „Nie śpisz. Jestem tutaj. Zawsze tu jestem”.
Samuel nie mógł wiele mówić. Jego ciało było nadal kruche. Lekarze stwierdzili, że będzie potrzebował miesięcy rehabilitacji, może nawet roku. Potwierdzili, że nigdy już nie będzie chodził.
Ale on był obudzony.
On żył.
Był tutaj.
A dla Isabelle to było wszystko.
Aleksander stał przed szpitalną salą, obserwując ją przez małe szklane okienko. Zobaczył Isabelle trzymającą brata. Widział, jak jej ramiona drżą, gdy płakała. Widział uśmiech przeplatający się ze łzami na jej twarzy.
Nie wszedł. To była jej chwila, chwila jej rodziny. Nie miał prawa się wtrącać.
Odwrócił się, żeby odejść, ale Isabelle zawołała.
„Aleksandrze!”
Zatrzymał się i odwrócił.
Isabelle stała w drzwiach, jej oczy były czerwone, a policzki mokre od łez, ale uśmiechała się — najpiękniejszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widział.
„Dziękuję” – powiedziała łamiącym się głosem. „Za wszystko. Za Samuela. Za Kościół. Za to, że nie odebrałeś mi życia tamtej nocy. Za to, że się zmieniłeś”.
Aleksander nie wiedział, co powiedzieć. Skinął tylko lekko głową i odwrócił się.
Ale po kilku krokach zatrzymał się, nie oglądając się za siebie.
„Nie musisz mi dziękować” – powiedział cicho. „Po prostu spłacam dług”.
Leave a Comment