Na urodzinach mojej mamy uniosła kieliszek i powiedziała: „Niektóre dzieci napawają cię dumą, a innych wolałbyś nie widzieć każdego dnia”. Wszyscy się roześmiali. Ja też się uśmiechnąłem, a potem spokojnie odpowiedziałem: „Dobra wiadomość – twoje życzenie właśnie się spełniło. Przeprowadzam się do Monako”. Nie martw się. Mama już nigdy mnie nie zobaczy…

Na urodzinach mojej mamy uniosła kieliszek i powiedziała: „Niektóre dzieci napawają cię dumą, a innych wolałbyś nie widzieć każdego dnia”. Wszyscy się roześmiali. Ja też się uśmiechnąłem, a potem spokojnie odpowiedziałem: „Dobra wiadomość – twoje życzenie właśnie się spełniło. Przeprowadzam się do Monako”. Nie martw się. Mama już nigdy mnie nie zobaczy…

Wystarczająco dużo, aby uruchomić symulacje, które zakodowałem dla zabawy.

Jeden z programów przewidywał prawdopodobieństwo opadów na podstawie danych barometrycznych, które pobrałem z taniego czujnika podłączonego do okna.

Inny posortował statystyki Travisa dotyczące gry w baseball na podstawie wycinków z gazet, które przeglądałem w kawiarni.

Dla nikogo innego bezużyteczne, ale dowodzi, że rozwiązanie zadziałało.

Mama znów mnie przyłapała podczas wiosennych porządków.

Szarpnęła drzwi, trzymając w rękach worki na śmieci.

„Zamieniasz mój dom w wysypisko śmieci” – powiedziała, patrząc na wentylatory wieżowe i splątane kable.

Chwyciła pudełko dyskietek i potrząsnęła nim.

„Dlatego nigdy nic nie osiągniesz. Travis trenuje z zawodowcami, a ty bawisz się śmieciami”.

Poczekałem aż wyjdzie.

Następnie odbudowałem wszystko dokładnie tak, jak było.

Słowo „śmieci” odbiło się echem, ale stłumiłem je.

Tej nocy zamówiłem w Internecie trzeci dysk twardy, wykorzystałem najnowszą kopertę Eileen i skonfigurowałem RAID w celu zapewnienia redundancji.

Maszyny zaczęły się ze sobą komunikować, dzieląc się obciążeniem i tworząc kopie zapasowe danych.

Nie nadałem tej sieci żadnej nazwy.

Etykiety zapraszały do ​​zadawania pytań.

Na drugim roku studiów w pomieszczeniu gospodarczym panował już pewien porządek.

Po kolacji schodziłem na dół, zakładałem słuchawki, żeby zagłuszyć dźwięk telewizora na piętrze i pisałem kod, dopóki żarówka się nie zgasła.

Fora stały się moimi kolegami z klasy, użytkownikami o nickach takich jak ColonelPanic i BitEm, którzy odpowiadali na pytania o drugiej w nocy

Przyczyniłem się do poprawek, zdobyłem punkty reputacji, nauczyłem się debugować błędy powodujące zawieszenie się całego systemu.

Pierwszy prawdziwy serwer powstał z czterech porzuconych wież.

Ustawiłem je na metalowej półce przymocowanej do ściany i podłączyłem za pomocą przełączników kupionych na pchlim targu.

Chłodzenie zapewniały wentylatory przymocowane opaskami zaciskowymi do ramy.

Urządzenie nieustannie buczało, wydając niski pomruk, który wibrował w podłodze.

Prowadziłem prostą witrynę internetową — nic publicznego — tylko stronę, która wyświetlała statystyki dostępności.

Wynik 99,9% po miesiącu był lepszy niż jakakolwiek ocena.

Mama już nigdy nie zeszła.

Mruczała coś o rachunku za prąd, ale tata zapłacił go bez komentarza.

Maszyny rozrastały się stopniowo, aż w końcu róg zaczął przypominać miniaturowe centrum danych.

Znałem każdą krzywiznę wentylatora, każdą luźną śrubkę.

To nie było przyjemne.

Ale to było moje.

Pewnego jesiennego popołudnia przyszła koperta z UNC Charlotte. Była na grubym kremowym papierze z wytłoczoną złotą pieczęcią uniwersytetu.

Znalazłem go na kuchennym blacie, na wpół zakopany pod listami Travisa i ulotkami z kuponami rabatowymi mamy.

Moje imię i nazwisko zostało pogrubione na przedniej stronie.

Wsunęłam nóż do masła pod klapę, a serce waliło mi jak młotem, gdy wyciągałam pakiet akceptacyjny.

Pełna jazda.

Stypendium.

Czesne.

Zakwaterowanie i wyżywienie.

Nawet stypendium na książki.

Program nauczania informatyki, jeden z najlepszych w kraju.

Zaczekałem do kolacji, żeby poruszyć ten temat.

Na stole znajdowała się pasztet mięsny i puree ziemniaczane instant, a para zaparowywała okna.

Tata metodycznie kroił swoją porcję.

Travis przewijał telefon, poruszając kciukami.

Mama podała mi sosjernię.

Odchrząknąłem.

„Dostałem się na UNC Charlotte. Pełne stypendium.”

Cisza zapadła niczym kurtyna.

Travis najpierw podniósł wzrok i uniósł brwi.

Tata dalej żuł.

Mama postawiła łódkę na tyle mocno, że sos wylał się na obrus.

„Charlotte” – powtórzyła ostrym głosem.

„To jasne w całym kraju. Nie.”

Przesunąłem list po stole.

„Mamo, to dziewięćset mil, nie księżyc. Program zaczyna się w styczniu”.

Nie dotknęła papieru.

„Nie idziesz. Travis ma zbliżające się pokazy. Trenerzy uniwersyteccy przylatują. Potrzebuje cię tutaj, żebyś załatwił sprawy. Pilnuj harmonogramu.”

Zwróciła się do taty.

„Harold, powiedz jej.”

Tata otarł usta serwetką.

„To długa droga” – powiedział, wpatrując się w talerz.

To było wszystko.

Poczułem rumieniec na policzkach.

„To moja przyszłość, a nie jego personel pomocniczy”.

Mama pochyliła się do przodu.

„Twoja przyszłość to pomaganie rodzinie. Travis zostaje powołany. Wszyscy na tym korzystamy. Ty zostajesz i bierz udział w zajęciach w college’u, skoro jesteś taki mądry. Koniec dyskusji”.

Wstałem, a krzesło głośno zaskrzypiało na kafelkach.

„To nie twoja decyzja.”

Złapałem list i skierowałem się w stronę schodów.

Mama za mną krzyczała, że ​​jestem niewdzięczna, ale nie przestawałam.

Na górze, w moim pokoju, rozłożyłam dokumenty na łóżku.

Daty orientacyjne.

Formularze mieszkaniowe.

Mapa kampusu z budynkiem inżynieryjnym zaznaczonym na czerwono.

Tego wieczoru wypełniłam wszystkie dokumenty online, korzystając z komputera rodzinnego, podczas gdy Travis brał prysznic.

Portal akceptacji zamrugał na zielono: potwierdzenie.

Następne tygodnie stały się napięte.

Mama nie zwracała uwagi na spakowane pudła, które zaczęłam układać na korytarzu.

Zaplanowała wizyty fizjoterapeutyczne Travisa na czas moich zmian w sklepie spożywczym, zmuszając mnie do zamieniania się z kolegami z pracy.

Tata zawiózł mnie do urzędu komunikacji w celu aktualizacji mojego dowodu osobistego bez komentarza, ale odmówił podpisania umowy o akademiku.

„Zapytaj swoją matkę” – powiedział ponownie.

Pewnego wieczoru ciotka Eileen pojawiła się niespodziewanie i odciągnęła mnie na bok w garażu.

„Słyszałam” – szepnęła, wciskając mi w dłoń kartę debetową.

„Pięćset osób załadowanych na lot. Cokolwiek innego.”

Jej oczy były spokojne.

„Robisz to.”

Zarezerwowałem bilet online.

Z Kansas City do Charlotte.

Jednokierunkowy.

Czerwone oczy.

Wyjazd.

Wydrukowałem kartę pokładową w bibliotece, złożyłem ją na małe kawałki i włożyłem do podręcznika do rachunku różniczkowego i całkowego.

Wieczorem przed wyjazdem mama zaatakowała mnie w pralni.

„Wychodzisz za te drzwi i jesteś sam. Nie wracasz na wakacje. Nie ma pieniędzy na nagłe wypadki”.

Z trzaskiem złożyła koszulki Travisa.

„Pomyśl dobrze.”

Spotkałem jej wzrok.

“Ja mam.”

Dzień wyjazdu nastał szary i zimny.

O czwartej nad ranem zaciągnąłem torbę podróżną i plecak na krawężnik, a mój oddech zaparowywał od światła na ganku.

Nikt w środku się nie poruszył.

Zamówiłem przejazd współdzielony za dwadzieścia dolców z karty Eileen.

Kierowca załadował moje bagaże, podczas gdy ja wpatrywałam się w ciemne okna.

Światła reflektorów oświetlały podjazd.

Honda ciotki Eileen nadjechała, silnik dudnił.

Wyszła w płaszczu, z włosami spiętymi w niedbały kok.

„Nie mogłam pozwolić ci iść samej” – powiedziała, mocno mnie przytulając.

Jechaliśmy na lotnisko w ciszy, z radia leciały spokojne, klasyczne utwory.

Zaparkowała na hali odlotów.

„Otwórz bagażnik. Wyślij SMS-a, jak wylądujesz.”

Zameldowanie przebiegło sprawnie.

Dzieci otrzymujące stypendia mają pierwszeństwo.

Przepuściłem kontrolę bezpieczeństwa.

Eileen stała po drugiej stronie szyby, dopóki nie zniknąłem na końcu holu.

Samolot wystartował, gdy nad pasami startowymi wzeszło różowe słońce.

Przycisnąłem czoło do okna i patrzyłem, jak Kansas City kurczy się w dole.

Mama napisała tylko jedną wiadomość w trakcie lotu.

Travis ma dziś kolację harcerską. Nie zapomnij zadzwonić.

Usunąłem to.

Zgasł sygnał zapięcia pasów.

Wyciągnąłem mapę kampusu i zaznaczyłem trasę od autobusu lotniskowego do mojego akademika.

Dziewięćset mil.

Nowy kod pocztowy.

Mój własny klucz.

Ostatnia wiadomość od ciotki Eileen zabrzmiała, gdy lądowaliśmy.

Jestem z ciebie dumny, dzieciaku. Zbuduj coś wielkiego.

Zapisałem go, wyłączyłem telefon i podszedłem do terminala.

Charlotte pachniała paliwem lotniczym i możliwościami.

 

Dojazd na kampus współdzielonym samochodem trwał czterdzieści minut.

Zameldowałem się w akademiku z plastikową kartą-kluczem w ręku. Pokój 312 był pusty, były tylko dwa łóżka i biurko przy oknie.

Najpierw rozpakowałem laptopa, którego składałem już dziesiątki razy, podłączyłem go i obserwowałem, jak rozświetla się znajomy ekran startowy.

Koniec z ukrywaniem się w pomieszczeniach magazynowych.

To było moje.

Orientacja rozpoczęła się następnego ranka.

Przeszedłem przez dziedziniec w nowych trampkach i zapiętej bluzie z kapturem, chroniąc się przed południowym chłodem.

Nikt tutaj nie znał mojego nazwiska.

Nikt nie oczekiwał, że będę nosić butelki z wodą na testy.

Tylko kod, klasy i czysta karta.

Tej zimy Charlotte przyjechała bez śniegu, tylko szare niebo i wilgotny chłód, który przenikał przez moją bluzę z kapturem podczas porannych wykładów.

Stypendium pokrywało czesne, ale po opłaceniu czynszu zostawało niewiele na jedzenie.

Zacząłem dyżur w barze poza kampusem — tłuste bary, niekończące się dolewanie kawy, napiwki w pogniecionych kubkach.

Kierownik zapisał mi podwójne posiłki na weekendy, przy czym talerze brzęczały od otwarcia do zamknięcia.

Noce należały do ​​magazynu na przemysłowym skraju miasta.

Uzupelniałam półki w sklepie z artykułami medycznymi, skanując kody kreskowe pod światłami świetlówek, które brzęczały jak rozwścieczone pszczoły.

Płacili lepiej – dostawali pieniądze pod stołem za nadgodziny – więc cały czas mówiłam „tak”.

Przychodziłem do pracy o dziesiątej wieczorem, ładowałem pudełka ze strzykawkami i bandażami, aż do świtu, kiedy dźwięk klaksonów wózków widłowych cichł.

Sen przychodził nam sporadycznie między zajęciami, a my kiwaliśmy głowami nad podręcznikami w bibliotecznych boksach.

Jedna ze zmian w czwartek się spóźniła.

Pilne zamówienia na respiratory, szpitale gorączkowo przygotowują się na sezon grypowy.

Nadzorca warknął, żeby szybciej układać.

Obsługiwałem elektryczny wózek paletowy, manewrując paletami wąskimi przejściami wypełnionymi po brzegi skrzynkami.

Oczy piekły mnie z braku snu, ale zegar pokazywał trzykrotnie dłuższy czas.

Zbyt gwałtownie cofnąłem, wchodząc w zakręt i zaczepiając o luźny pasek.

Podnośnik się przechylił, a wieża pudeł przesunęła się w moją stronę.

Udało mi się wyskoczyć, ale noga poślizgnęła mi się na rozsypanych wypełniaczach.

Paleta rozbiła się, a metalowa krawędź uderzyła mnie w kostkę.

Ból przeszył moją nogę niczym ogień.

Uderzyłem o beton, straciłem oddech, a czujnik uderzenia włączył alarm.

Robotnicy krzyczeli: „Niech ktoś wyłączy prąd!”

Pierwszy pojawił się Logan — wysoki facet z zajęć z algorytmów, dorabiający na tej samej zmianie.

Widział wszystko z rampy załadunkowej.

„Nie ruszaj się” – rozkazał, klękając obok mnie.

Zdjął pasek, owinął go ciasno powyżej obrzęku i powiedział: „Podnieś go”.

Oparł moją nogę o spłaszczony karton i wybrał numer 911 na swoim telefonie z klapką.

Kierownik magazynu krążył i mamrotał coś o raportach dotyczących incydentów.

Ratownicy medyczni przyjechali w ciągu kilku minut — Charlotte zareagowała błyskawicznie — i usztywnili mi kostkę, po czym położyli mnie na noszach.

Logan jechał w karetce, trzymając mój plecak.

„Nie zapłacisz za to” – powiedział, gdy zaprotestowałem.

„Odszkodowanie pracownicze pokrywa koszty.”

Zdjęcia rentgenowskie wykonane na oddziale ratunkowym wykazały czyste złamanie.

Żadnej operacji, tylko but i kule.

Lekarz przepisał mi odpoczynek, na który nie mogłam sobie pozwolić.

Logan odwiózł mnie do akademika swoim zardzewiałym Civiciem, mając włączone światła awaryjne.

„Potrzebujesz pomocy z notatkami” – stwierdził.

„Bez wątpienia.”

Zaczął pojawiać się po swojej zmianie, trzymając laptop na kolanach i dzieląc się fragmentami kodu z wykładu.

Wspólnie debugowaliśmy zadania, wymieniając napoje energetyczne, aby się skoncentrować.

Tydzień później wyrzucili mnie z magazynu — tak wynikało z regulaminu po wypadku.

Restauracja również skróciła godziny otwarcia, twierdząc, że to okres poza sezonem.

Kwestia czynszu była coraz ważniejsza.

Poszedłem do biura pomocy finansowej i błagałem o pieniądze na nagłe wydatki.

Zaoferowali pożyczkę z odsetkami.

Ciotka Eileen przelała trzysta dolarów ze swoich oszczędności, nie zadając żadnych pytań.

Kupił artykuły spożywcze i bilety autobusowe.

Logan zaproponował ten pomysł podczas późnej nocy, przy pizzy w salonie akademika.

„Oboje toniemy w danych o dostawach leków z tego magazynu” – powiedział, wycierając sos z brody.

„Szpitale tracą kontrolę nad stanem zapasów podczas wzrostów. Co jeśli stworzymy oprogramowanie do przewidywania niedoborów?”

Naszkicował na serwetkach schematy blokowe — modele uczenia maszynowego trenowane na rejestrach wysyłek.

Wpatrywałem się w diagramy.

Kostka pulsowała mi w bucie, ale wszystko wróciło do normy.

Mieliśmy dostęp do publicznych zbiorów danych z CDC, a także do zanonimizowanych zapisów, które skopiowałem przed odrzuceniem.

Drew — student ostatniego roku bioinformatyki — dołączył do nas, gdy podsłuchał naszą rozmowę w pracowni komputerowej.

Wniósł wiedzę na temat sieci neuronowych i cichą intensywność, która równoważyła energię Logana.

Kodowaliśmy w piwnicy budynku inżynieryjnego, w świetle świetlówek, wykorzystując cały sprzęt, który udało nam się zdobyć z nadwyżek sprzedażowych.

Prototyp działał na moim starym laptopie, teraz połączonym ze komputerem stacjonarnym Logana i sprzętem do gier Drewa.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

back to top