Dziewczyna w niebieskim wełnianym szaliku
To był jeden z tych zimnych poranków, kiedy wiatr przeszywa płaszcz na wylot, taka chicagowska zima, że człowiek zastanawia się, po co w ogóle ktokolwiek osiedlił się na Środkowym Zachodzie. Jechałem na lotnisko po wizycie u mojej siostry Marthy w mieście. W wieku sześćdziesięciu pięciu lat moje kolana nie znoszą zimna tak dobrze jak kiedyś, a ja ciągnąłem walizkę przez breję, modląc się, żebym zdążył przejść przez kontrolę bezpieczeństwa bez rwy kulszowej.
Wtedy ją zobaczyłem.
Dziewczyna – może siedemnasto-, osiemnastoletnia – zwinęła się na ławce przy wejściu na stację. Była drobna, niemal znikała w cieniu betonowych filarów. Bez płaszcza. Tylko cienki, za duży sweter i plecak służący za poduszkę. Jej usta miały przerażający odcień siniaków, a dłonie były mocno wciśnięte między kolana, drżąc tak mocno, że ławka zdawała się wibrować.
Zatrzymałam się. Nie chciałam; musiałam zdążyć na samolot, a mój mąż, Frank, zawsze powtarza mi, że mam „krwawiące serce”, przez co pewnego dnia wpakuję się w kłopoty. Ale spojrzałam na nią i zobaczyłam moją wnuczkę, Sophie.
„Kochanie” – powiedziałam cicho, podchodząc bliżej. „Zmarzną ci ręce”.
Początkowo nie podniosła wzroku. Kiedy w końcu to zrobiła, jej oczy były szeroko otwarte, szkliste i wypełnione takim rodzajem wyczerpania, jakiego żaden nastolatek nie powinien doświadczać. Nie prosiła o pieniądze. Nie powiedziała ani słowa. Po prostu się trzęsła.
Leave a Comment