„Oddałem szalik zmarzniętej bezdomnej dziewczynie na dworcu kolejowym. Trzy godziny później przeniesiono mnie do pierwszej klasy – i ona siedziała tam z dwoma ochroniarzami”.

„Oddałem szalik zmarzniętej bezdomnej dziewczynie na dworcu kolejowym. Trzy godziny później przeniesiono mnie do pierwszej klasy – i ona siedziała tam z dwoma ochroniarzami”.

Bez namysłu odwinęłam szalik z szyi. Był to ciężki, ręcznie robiony na drutach wełniany sweter – turkusowy, prezent od córki na ostatnie Boże Narodzenie. Był najcieplejszą rzeczą, jaką miałam. Owinęłam go jej na ramionach, ciasno wsuwając pod brodę.

„Zatrzymaj to” – wyszeptałem. „Mam na terminalu grzejnik, który na mnie czeka. Potrzebujesz tego bardziej niż ja”.

Sięgnęłam do torebki, wyciągnęłam dwudziestodolarowy banknot i batonik zbożowy i wcisnęłam je jej w dłoń. Jej palce były jak lód. Przez ułamek sekundy chwyciła mnie za nadgarstek. Jej oczy wpatrywały się w moje – nie z chciwością, ale z rozpaczliwą, gorączkową natarczywością.

„Dziękuję” – wychrypiała. Jej głos brzmiał jak stłuczone szkło. „Proszę… nie mów im, że mnie widziałeś”.

„Powiesz komu, kochanie?” zapytałem, ale ona już naciągnęła szalik na twarz i zwinęła się w kłębek.

Rozejrzałem się. Stacja była prawie pusta, tylko kilku pasażerów spieszyło z opuszczonymi głowami. Poczułem chłód, który nie miał nic wspólnego z wiatrem. Ale zegar tykał i jeśli spóźnię się na lot na Florydę, Frank nigdy nie da mi spokoju. Odwróciłem się i odszedłem, a wiatr uderzył mnie w nagą szyję niczym policzek.

Kabina pierwszej klasy
Trzy godziny później siedziałem już wygodnie. Cóż, „usadowiłem się” to mocne słowo w odniesieniu do klasy ekonomicznej United. Wcisnąłem się do klasy 24B, wciśnięty między mężczyznę, który najwyraźniej trenował konkurs chrapania, a malucha, który uparł się, że kopnie oparcie mojego fotela, aż osiągniemy wysokość przelotową.

Ale potem wydarzyło się coś dziwnego.

Stewardesa, kobieta o eleganckim wyglądzie i ciasnym koku, szła przejściem z notesem w ręku. Zatrzymała się przy moim rzędzie, sprawdziła numer mojego miejsca i uśmiechnęła się – nie tym udawanym uśmiechem „obsługi klienta”, ale spojrzeniem pełnym autentycznego szacunku.

„Pani Eleanor Vance?” zapytała.

„Tak?” powiedziałem, ściskając w dłoniach mój thriller.

„Proszę za mną pójść, proszę pani. Mamy wolne miejsce w pierwszej klasie i chcielibyśmy natychmiast zmienić pani klasę.”

Zamrugałam. „Och, to musi być jakaś pomyłka. Nie zapłaciłam za…”

„Nie ma mowy, pani Vance. Już się tym zajęliśmy. Proszę pozwolić, że pomogę pani z torbą.”

Poczułem na sobie zazdrosne spojrzenia całej klasy ekonomicznej, gdy prowadzono mnie do przodu, za zasłonę, do świata gorących ręczników i prawdziwej przestrzeni na nogi. Ale gdy dotarłem do pierwszego rzędu, serce mi zamarło.

Siedziała tam młoda kobieta.

Nie miała już na sobie cienkiego swetra. Miała na sobie dopasowaną kremową marynarkę, która prawdopodobnie kosztowała więcej niż mój pierwszy dom. Jej włosy, które na stacji były skołtunione, były spięte w gładki kucyk.

Ale na jej szyi wisiał mój turkusowo-niebieski wełniany szalik, który kłócił się z jej designerskimi ubraniami.

Po drugiej stronie przejścia siedzieli dwaj mężczyźni w ciemnych garniturach. Nie byli stewardesami. Mieli surowe, badawcze spojrzenie agentów Secret Service. Jeden z nich pochylił się i coś do niej szepnął.

„Panno Vivienne” – powiedział – „gość przybył”.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

back to top