Noc, w której moja siostra śmiała się, że nikt nie chce mnie na balu, a mężczyzna, którego obawiała się każda rodzina w naszym ukrytym królestwie, zaczął iść prosto w moją stronę

Noc, w której moja siostra śmiała się, że nikt nie chce mnie na balu, a mężczyzna, którego obawiała się każda rodzina w naszym ukrytym królestwie, zaczął iść prosto w moją stronę

„Nikt cię nie chce” – śmiała się jej siostra na balu – król Alfa przeszedł przez salę dla niej

Saraphene nie wiedziała, że ​​mężczyzna obserwujący ją z cieni złoconej sali balowej był najpotężniejszym królem w ukrytym królestwie rozciągającym się na cały kontynent północnoamerykański. Nie wiedziała, że ​​tego wieczoru odrzucił już siedemnaście szlachetnych córek, ani że złota nić losu ciągnęła go ku niej od chwili, gdy przekroczyła próg w pożyczonej sukni.

Wiedziała tylko, że śmiech jej siostry tnący był ostrzejszy niż jakiekolwiek ostrze.

Posiadłość Thornwood, stary rodzinny dwór ukryty głęboko na amerykańskiej wsi, nie szczędziła wydatków na bal przesilenia letniego, a Saraphene czuła, jak każdy grosz tego bogactwa przytłacza ją niczym fizyczny ciężar. Kryształowe żyrandole ociekały miodowym światłem na marmurowe podłogi wypolerowane do lustrzanej jasności. Jedwabne suknie szeptały sekrety, gdy damy przemykały obok w obłokach perfum i poczucia wyższości. Złote nici mieniły się blaskiem świec na każdym kroku, a wszędzie, wszędzie, były oczy.

Żaden z nich nie jest miły.

„Powinnaś zostać w kuchni, tam twoje miejsce” – syknęła Margot, a jej pomalowane usta wygięły się w uśmiechu, który inni mogliby pomylić z siostrzaną czułością. Mówiła cicho, z tonem zapewniającym maksymalną intymność, tak jak ostrze ostrzy się z precyzją, a nie brutalnością. „Tam przynajmniej mogłaś udawać, że jesteś użyteczna”.

Saraphene trzymała kręgosłup prosto. Już dawno temu nauczyła się, że okazywanie bólu tylko go potęguje.

„Matka prosiła o moją obecność” – powiedziała cicho.

„Matka poprosiła o spektakl.”

Margot wygładziła swoją karmazynową suknię, rubiny na jej szyi lśniły blaskiem niczym krople zamarzniętej krwi. Wszystko w jej najstarszej siostrze emanowało bogactwem, od starannie ułożonego loczka ciemnych włosów po delikatny złoty filigran na pantofelkach.

„Czegoś, czego goście będą żałować” – ciągnęła gładko Margot. „Zapomniana córka Thornwoodów ubrana w ubrania z zeszłego sezonu, udająca, że ​​należy do lepszych od siebie”.

Suknię pożyczyła od pokojówki imieniem Nella, która zlitowała się nad nią tego popołudnia. Była z prostego, gołębioszarego jedwabiu, bez żadnych ozdób poza cienką wstążeczką w talii, ale była czysta i pasowała. Saraphene uznała ją za niemal ładną, kiedy włożyła ją w służbówce, a nawet odważyła się uśmiechnąć do swojego odbicia.

Teraz, otoczona klejnotami i błyszczącymi kamieniami, czuła się jak duch na uczcie, jak ćma, która wpadła w stado motyli i nie może sobie przypomnieć drogi do domu.

„Nie będę sprawiać kłopotów” – powiedziała cicho. „Będę stała przy murze. Nikt mnie nawet nie zauważy”.

Margot się zaśmiała.

Dźwięk był jasny i kruchy, stworzony do niesienia. Głowy w pobliżu odwróciły się. Saraphene poczuła ciężar ich ciekawości niczym kamienie na jej piersi.

„Zauważyłaś?” Margot podniosła głos na tyle, by usłyszała ją gromadka młodych szlachciców w pobliżu. Występowała teraz przed publicznością, która rozkoszowała się nieszczęściem innych. „Och, słodka siostro, nikt cię nie chce. Ani kupcy, ani pomniejsi lordowie, ani nawet służba, z którą dzielisz kwaterę. Masz dwadzieścia trzy lata i jesteś zupełnie nienaznaczona. Czy wiesz, co to znaczy?”

Saraphene wiedziała. Każdy samotny wilk w królestwie wiedział. Dożycie jej wieku bez znalezienia drugiej połówki oznaczało jedną z dwóch rzeczy: albo los uznał ją za niegodną związku, albo była tak głęboko złamana, że ​​żadna dusza nie mogła się z nią połączyć.

Przestała wierzyć w przeznaczenie wiele lat temu.

Złamane mogła zaakceptować. Złamane było znajome. Złamane wiedziała, jak nawigować.

„To znaczy, że jestem wolna” – powiedziała Saraphene, a słowa zabrzmiały pewniej, niż czuła. „Nie mam partnera, przed którym mogłabym się tłumaczyć, nie mam więzi, która by mnie skuła. Niektórzy mogliby to nazwać darem”.

Coś brzydkiego zamigotało pod porcelanową powierzchnią Margot – być może zaskoczenie, że mysz pokazała zęby. Po chwili otrząsnęła się, machając lekceważąco ręką obciążoną pierścionkami.

Powtarzaj to sobie, siostrzyczko, ale obie znamy prawdę.

Pochyliła się, jej perfumy były mdłe, słodkie, ciężkie i duszące. Jej usta musnęły ucho Saraphene.

„Jesteś niczym. Nie masz nic. A kiedy ojciec w końcu znudzi się chowaniem swojego wstydu, nie będziesz miał dokąd pójść. Nikt cię nie przygarnie. Nikt nie będzie za tobą tęsknił. Znikniesz, a świat będzie się kręcił dalej, jakbyś w ogóle nie istniał.”

Odeszła z szelestem jedwabiu, zostawiając Saraphene samą obok marmurowej kolumny, która stała tam od stuleci.

Muzyka narastała. Pary rzuciły się na parkiet, wirując kolorami i zgraną gracją. Saraphene przywarła do zimnego kamienia i próbowała sobie przypomnieć, jak się oddycha.

Ona nie była nikim.

Przeżyła osiemnaście lat w tym domu, przetrwała zimną obojętność matki i ciche okrucieństwo ojca, które nigdy nie pozostawiało śladów, ale zawsze wyciskało krew. Przetrwała męki Margot, szepty służby, która litowała się nad nią niemal tak samo mocno, jak bała się z nią wiązać, dalekich krewnych, którzy udawali, że jej nie widzą na spotkaniach rodzinnych.

Przeżyła.

Ale przetrwanie to nie życie. I ostatnio Saraphene zaczęła się zastanawiać, czy jest jakaś różnica warta odnotowania.

Zanim przejdziemy dalej, gdyby to był jeden z tych filmów z historiami, które ludzie w całych Stanach Zjednoczonych przewijają na telefonach, to właśnie w tym momencie delikatnie poprosiłbym Was o poświęcenie dwóch sekund na polubienie filmu. To znak, że chcecie więcej takich historii. Jednak w jej świecie jedynym znakiem, że coś się zmienia, było uczucie, które zrodziło się głęboko w jej piersi.

Kiedy poczuła to po raz pierwszy, pomyślała, że ​​jest chora. Dziwne ciepło rozlało się w jej piersi bez ostrzeżenia, rozlewając się jak miód rozlany na zimnym chlebie. Poczuła mrowienie na skórze. Delikatne włoski na ramionach stanęły na baczność. Serce, które biło swoim zwykłym, równym rytmem, nagle zadrżało i zaczęło walić jak młotem.

Saraphene przycisnęła dłoń do mostka, zdezorientowana.

Tego dnia jadła niewiele, nerwy odebrały jej apetyt. Ale to nie było uczucie głodu. To było jak oczekiwanie, jak stanie na krawędzi klifu w ciemności i poczucie, że wiatr wzmaga się, by ją spotkać. Jak moment przed uderzeniem pioruna, kiedy powietrze zmienia się w statyczne i srebrne, jakby coś nadchodziło.

Spojrzała w górę.

Po drugiej stronie sali balowej, przez gwar ciał i mgiełkę światła świec, mężczyzna obserwował ją.

Nie, nie oglądałem, widziałem ją.

Zdała sobie sprawę, że to jednak różnica, i poczuła, jak dech zapiera jej dech w piersiach z siłą fizycznego ciosu.

Był wysoki – niemożliwie wysoki – o szerokich ramionach, co świadczyło o władzy zdobytej, a nie tylko odziedziczonej. Ubrany w czerń tak ciemną, że zdawała się pochłaniać światło wokół siebie, wyróżniał się na tle arystokratów w klejnotach niczym cień, który przybrał kształt. Jego włosy miały barwę kruczego skrzydła, zaczesane do tyłu i odsłaniały twarz, która wyglądała, jakby została wyrzeźbiona w kamieniu przez artystę, który rozumiał zarówno piękno, jak i determinację.

Wyraziste kości policzkowe. Mocna szczęka pokryta zarostem. Usta zaciśnięte w linii, która mogłaby być surowa, gdyby nie lekkie wygięcie w jednym kąciku, sugerujące coś niebezpiecznego.

Ale to jego oczy przykuły ją do miejsca.

Nawet z tej odległości widziała, że ​​były blade – lodowato niebieskie, srebrne lub coś pomiędzy – płonęły tak intensywnie, że chciała biec i nigdy się nie zatrzymywać.

Nie biegła. Nie mogła się w ogóle ruszyć.

Ciepło w jej piersi narastało niczym naciągana nić między nimi, jakby coś w jej wnętrzu próbowało sięgnąć po coś w jego wnętrzu, próbując połączyć się z desperacją, która ją przerażała.

Saraphene słyszała opowieści o więzi, mistycznym związku między przeznaczonymi sobie partnerami, wykraczającym poza logikę, wybór czy pozycję społeczną. Odrzucała je jako bajki opowiadane ku pocieszeniu tym, którzy nie znaleźli swojej drugiej połówki.

Teraz, stojąc nieruchomo, podczas gdy wzrok obcego człowieka przepalał ją niczym światło słoneczne szkło, zastanawiała się, czy nie popełniła strasznego błędu.

Mężczyzna się poruszył.

Tłum rozstąpił się przed nim niczym woda wokół kamienia. Nikt go nie potrącił. Nikt nie stanął mu na drodze. Saraphene obserwowała, jak arystokraci kłaniają się, gdy przechodził, widziała damy dygające, nie śmiące spojrzeć mu w oczy. Po sali przeszedł szmer, niosąc jego obecność niczym wiatr zapach odległego dymu.

Kimkolwiek był, budził szacunek graniczący ze strachem.

Nie spojrzał na żadną z nich. Jego uwaga nie spuszczała jej z oczu – z dziewczyny w pożyczonej szarej sukience, przyciśniętej do filaru, zapomnianej przez wszystkich oprócz niego.

Dziesięć stóp stąd. Pięć.

Teraz była na tyle blisko, że widziała srebro prześwitujące przez jego tęczówki niczym żyły w marmurze. Niewyraźną bliznę, która biegła bladym półksiężycem przez jego lewą skroń. Sposób, w jaki jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w starannie kontrolowanych oddechach, sugerując, że walczył o opanowanie równie desperacko jak ona.

Wystarczająco blisko, by poczuć ciepło bijące z jego ciała, przecinające chłód sali balowej niczym ostrze.

Zatrzymał się przed nią.

Muzyka rozbrzmiewała dalej – walc, coś jasnego i eleganckiego – ale Saraphene nie mogła jej już słyszeć, gdyż w uszach zagłuszał ją grzmot własnego pulsu.

„Ty” – powiedział.

Jego głos był niski, szorstki, niczym żwir owinięty w aksamit. Dziwnie działał na jej kręgosłup. Ten głos sprawiał, że chciała się do niego przytulić, tak jak ludzie przytulają się do ciepłego ognia w mroźną amerykańską zimową noc.

„Jak masz na imię?” zapytał.

Saraphene zaschło w ustach. Powinna dygnąć. Powinna spuścić wzrok, ustąpić, poddać się. Każdy instynkt wpajany jej od dzieciństwa podpowiadał, że ten mężczyzna jest niebezpieczny, potężny, że należy się go bać i słuchać bez wahania.

Zamiast tego podniosła brodę.

„Czy to ma znaczenie?” zapytała.

Coś zamigotało w tych srebrnych oczach — może zaskoczenie, rozbawienie, a może coś bardziej skomplikowanego, coś, co przypominało głód.

„To ma dla mnie znaczenie” – powiedział.

„W takim razie jesteś pierwszą osobą w tym pokoju, którą to obchodzi.”

Słowa wyrwały jej się z piersi, zanim zdążyła je powstrzymać. Gorzkie, szczere, takie, które przyniosły jej niejedno policzek od matki i niejedno tygodnie odmawiania sobie posiłków.

Nieznajomy nawet nie drgnął.

Przechylił głowę i przyglądał się jej z intensywnością, która sprawiła, że ​​jej skóra zaczęła płonąć, a kolana zaczęły się łamać.

„Jesteś córką Thornwoodów” – powiedział. To nie było pytanie. „Tą, którą trzymają w ukryciu”.

„Nie jestem ukryty. Jestem ignorowany. To różnica.”

“Jest.”

Zrobił krok bliżej, a plecy Saraphene przywarły do ​​filaru, uwięzione między kamieniem a ciepłem, między przeszłością a czymś nieznanym.

„Stałaś przy tym filarze przez dwadzieścia minut” – powiedział cicho. „Nikt się do ciebie nie odezwał. Nikt cię nie poprosił do tańca. Twoja własna siostra publicznie cię upokorzyła, podczas gdy arystokracja patrzyła i się śmiała”. Zacisnął szczękę, a mięsień drgnął pod skórą. „A jednak nie płakałaś. Nie uciekłaś. Stałaś tu jak królowa obserwująca swoje królestwo, jakby ich okrucieństwo nie mogło cię dotknąć”.

Saraphene przełknęła ślinę. Poczuła ból w gardle.

„Obserwowałeś mnie” – powiedziała.

„Nie mogłem przestać”.

To wyznanie zawisło między nimi, ciężkie od znaczenia, którego nie do końca rozumiała.

Saraphene usłyszała szepty, spojrzenia zwrócone w ich stronę i nagle poczuła, jak ciężar uwagi, której pragnęła przez całe życie, nagle ją przytłacza.

Nieznajomy zdawał się to również zauważać. Jego wyraz twarzy zmienił się, stając się stwardniały i nabrał charakteru opiekuńczego.

„Chodź ze mną” – powiedział.

„Nawet nie znam twojego imienia.”

“Kapusta włoska.”

Wyciągnął rękę, wnętrzem dłoni do góry. Widziała tam odciski, ślady człowieka, który posługiwał się bronią, a nie tylko służył. „I proszę, nie rozkazuję”.

Saraphene spojrzała na jego wyciągniętą dłoń — na siłę w jego długich palcach, na srebrny pierścień na najmniejszym palcu, na herb, który niemal rozpoznała, na wrażliwość ukrytą pod jego surową powierzchownością, na sposób, w jaki jego dłoń drżała niemal niezauważalnie, jakby to miało dla niego znaczenie, jakby ona miała znaczenie.

Wzięła go za rękę.

W chwili, gdy ich skóry się zetknęły, nić w jej piersi pękła. Złote światło zamigotało na skraju jej pola widzenia i zniknęło w mgnieniu oka.

Saraphene jęknęła, a uścisk Kale’a zacieśnił się, stabilizując ją i przytrzymując na ziemi, gdy czuła, że ​​odpłynie.

„Wiem” – mruknął, starając się, by tylko jej uszy do niego dotarły. „Też to czuję”.

Poprowadził ją przez tłum, przez drzwi, których nie zauważyła, do ogrodu rozświetlonego księżycem, gdzie po starożytnych murach pięły się róże, a muzyka przycichła do odległego szmeru.

Saraphene poszła za nim oszołomiona, wciąż trzymając jego dłoń, a ciepło jego ciała rozprzestrzeniło się po niej niczym ogień pochłaniający suchą trawę.

Zatrzymali się przy fontannie. Woda szumiała na zwietrzałym kamieniu, a powietrze pachniało jaśminem kwitnącym nocą i czymś jeszcze, czymś dzikim i zielonym. Blask księżyca nadawał wszystkiemu srebrny odcień.

„Czujesz to” – powiedział Kale.

Nie ma wątpliwości. To pewne.

Saraphene skinęła głową. Nie mogła zaprzeczyć – nie z jego dłonią w swojej, nie z każdym nerwem w jej ciele, który śpiewał częstotliwość, o której istnieniu nigdy nie wiedziała.

„Czekałem na to” – powiedział, a jego głos załamał się ledwie przy ostatnim słowie. „Na ciebie. Latami. Każdy bal, każde spotkanie, każde negocjacje traktatowe, które ciągnęły mnie do kolejnego szlacheckiego rodu, od posiadłości ukrytych w Appalachach po rezydencje wzdłuż amerykańskiego wybrzeża – szukałem. Zawsze szukałem”.

„Nie znasz mnie” – wyszeptała.

„Wiem, że zostałeś zraniony” – powiedział Kale. „Widzę to w twoim zachowaniu. Jakbyś zawsze czekał na kolejny cios. Jakbyś życzliwość była sztuczką, której nauczyłeś się nie ufać”.

Puścił jej dłoń, ale tylko po to, by objąć jej twarz, a kciukami delikatnie muskał jej kości policzkowe.

„Wiem, że jesteś silna” – kontynuował – „silniejsza, niż ktokolwiek na tej sali balowej zdaje sobie z tego sprawę. I wiem, że więź między nami jest prawdziwa”.

Oczy Saraphene płonęły. Zamrugała gwałtownie, walcząc z nadzieją. Nadzieja była niebezpieczna. Nadzieja była drzwiami otwartymi zimą, wpuszczającymi zimno, które mogło się wkradać i wyrządzać krzywdę.

„Dlaczego ja?” Pytanie wyrwało się z głębi duszy i zraniło. „Jestem nikim. Nie mam nic. Nie mogę dać ci sojuszy, ziem ani dziedziców, których ktokolwiek by zaakceptował”.

„Jesteś wszystkim” – powiedział.

Powiedział to tak, jakby to było proste, jakby to była prawda, jakby nie było innej odpowiedzi.

„Jesteś drugą połówką mojej duszy” – powiedział Kale. „Zburzyłbym królestwa, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo. Zerwałbym gwiazdy z nieba, gdybyś mnie o to poprosił”.

„Nawet nie wiem, kim jesteś” – wyszeptała.

Coś zmieniło się w jego wyrazie twarzy, cień przesłonił księżyc.

„Nie poznajesz mnie” – powiedział cicho.

„Powinienem?” zapytała.

Kale cofnął się. Jego dłoń opadła z jej twarzy, a Saraphene natychmiast poczuła utratę jego ciepła niczym ranę.

„Herb na moim pierścieniu” – powiedział. „Spójrz na niego”.

Tym razem naprawdę się przyjrzała.

Głowa wilka ozdobiona cierniami, srebrzysta na czarnym tle, symbol powiewający na sztandarach w całym Północnym Królestwie, o którego władzy szeptano nawet w sennych amerykańskich miasteczkach, w których zapomniano o starych opowieściach.

Symbol Króla Alfy.

Uświadomienie sobie tego uderzyło ją jak fizyczny cios. Zatoczyła się do tyłu, zakrywając usta dłonią, a serce waliło jej tak mocno, że niemal czuła smak miedzi.

„Jesteś Kale Venthus” – wyszeptała. „Król Alfa Królestwa Północy”.

Jego głos był płaski, wyczekujący. „Czy to coś zmienia?”

Myśli Saraphene pędziły. Król Alfa. Najpotężniejszy wilk na świecie, władca terytoriów rozciągających się od Gór Mrozowych aż po Morze Żaru, ukryta mapa rozciągająca się na tej samej ziemi, gdzie ludzie w Stanach Zjednoczonych, nieświadomi, wiodą swoje życie.

Opowieści o nim szeptano: o jego bezwzględności w bitwie, żelaznym uścisku królestwa, o śladach pokonanych wrogów, których zostawił za sobą. Zjednoczył walczące frakcje samą siłą woli. Stawił czoła rebeliom i wyszedł z nich silniejszy.

Był legendą.

A ona właśnie powiedziała mu, że jest pierwszą osobą w tym pokoju, którą obchodzi jej imię.

„Obraziłam cię” – wyszeptała. „Byłam niegrzeczna. Nie okazałam należnego szacunku”.

„Byłeś szczery”. Oczy Kale’a złagodniały, a srebro nabrało niemal delikatnego blasku. „Wiesz, jakie to rzadkie? Wszyscy na tej sali balowej czegoś ode mnie chcą – władzy, pieniędzy, ochrony, terytorium. Widzą koronę, zanim zobaczą mężczyznę. Nawet nie wiedziałeś, kim jestem, a mimo to rozmawiałeś ze mną jak z człowiekiem, a nie jak z tytułem”.

„Myślałam, że jesteś po prostu jakimś aroganckim lordem” – powiedziała słabo.

Kącik jego ust drgnął.

„Jestem arogancki” – przyznał. „Jestem też twoim kumplem”.

To słowo zawisło między nimi.

Towarzyszu. Przeznaczeniu. Związany czymś starszym niż królestwa i silniejszym niż strach.

„To niemożliwe” – wyszeptała Saraphene. „Jestem nikim. Moja własna rodzina traktuje mnie jak służącą. Nie mam posagu. Nie mam żadnych koneksji. Nie mam nic do zaoferowania królowi”.

„Masz siebie.” Kale ponownie pokonała dzielący ich dystans, tym razem wolniej, dając sobie przestrzeń do ucieczki.

Nie, nie zrobiła tego.

„To już więcej niż potrzeba” – powiedział.

„Sąd nigdy mnie nie przyjmie” – protestowała.

„Dwór zaakceptuje każdego, kogo mu każę” – odpowiedział spokojnie. Jego głos stwardniał, nabierając ostrości, która przypominała jej, że to nie tylko człowiek, ale król dowodzący armiami. „Twoja rodzina traktowała cię okropnie. Widziałem występ twojej siostry. Obserwowałem twój dom przez cały wieczór, Saraphene. Przyszedłem na ten bal, ponieważ moi doradcy zażądali, żebym się pojawił, a ja znalazłem coś o wiele cenniejszego niż sojusze polityczne”.

Wziął jej dłonie w swoje, tym razem obydwie, trzymając je w swoich dłoniach jak coś kruchego i cennego, wartego ochrony.

„Nie będę cię zmuszał” – powiedział. „Ta więź tak nie działa. Masz wybór. Zawsze będziesz mieć wybór ze mną. Ale proszę cię, żebyś to przemyślał. Rozważ życie, w którym nie będziesz niewidzialny. Rozważ mnie”.

Saraphene wpatrywała się w ich złączone dłonie. Jego były o wiele większe od jej, stwardniałe od miecza i naznaczone bliznami po bitwach, których nie potrafiła sobie wyobrazić, a mimo to trzymali ją z taką troską, jakby była ze szkła i złota.

„Dlaczego mnie chcesz?” – zapytała. Pytanie to było jak wyrwanie sobie serca i poddanie go osądowi. „Jestem zraniona. Nie wiem, jak być kochaną. Całe życie walczyłam o przetrwanie i nie wiem, czy mogę być czymś więcej”.

„Wtedy będziemy się uczyć razem” – powiedział Kale łagodnie.

Podniósł jej dłonie do swoich ust i złożył pocałunek na jej kostkach, które paliły mocniej niż jakikolwiek ogień.

„Nie proszę o perfekcję” – powiedział. „Proszę o szansę”.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, z sali balowej dobiegły głosy — podniesione, gniewne.

„To mój ojciec” – powiedziała Saraphene, a strach podszedł jej do gardła niczym zimna woda.

Wyraz twarzy Kale’a znów się zmienił. Czułość zniknęła, zastąpiona przez coś zimnego i drapieżnego. Jego oczy stwardniały niczym odłamki lodu.

„W takim razie przypomnijmy mu, z kim teraz jest jego córka” – powiedział.

Wrócili razem na salę balową, trzymając się za ręce.

Ciche szepty, które wcześniej były ciche, wybuchły rykiem spekulacji. Saraphene zobaczyła ojca pośrodku pokoju, z twarzą ciemniejącą z wściekłości, a matkę obok, ściskającą chusteczkę, jakby przyzwoitość mogła ich ochronić. A Margot stała tuż za nimi, jej szkarłatna suknia nagle jaskrawo kontrastowała z eleganckim tłem, a uśmiech zamarł na twarzy w grymasie niedowierzania.

„Oto ona” – głos lorda Thornwooda rozbrzmiał po parkiecie. „Saraphene, chodź tu natychmiast. Już wystarczająco zawstydziłaś tę rodzinę jak na jeden wieczór”.

Saraphene poczuła, jak się kurczy, a stare instynkty wypływają na powierzchnię niczym ciała w powodzi. Ale dłoń Kale’a zacisnęła się na jej dłoni, a jego kciuk głaskał ją po dłoni w milczącym pokrzepieniu.

„Lordzie Thornwood” – powiedział Kale.

Jego głos przeciął hałas niczym ostrze jedwabiu. Rozmowa ucichła. Orkiestra zamilkła.

„Proszę na słowo.”

Twarz jej ojca straciła kolor.

„Wasza Wysokość” – wyjąkał. – „Nie zdawałem sobie sprawy, że… nie zostałem poinformowany…”

„Nie, nie byłeś” – powiedział Kale.

Ruszył naprzód, ciągnąc Saraphene za sobą. „Bo byłaś zbyt zajęta paradowaniem przede mną ze swoją utytułowaną córką jak zdobyczą klaczą, by zauważyć, że twój król obserwuje coś o wiele ważniejszego”.

Margot wydała z siebie cichy, zduszony dźwięk.

„Spędziłem ostatnią godzinę w tej sali balowej” – kontynuował Kale, a jego głos niósł się po całym pomieszczeniu. Nikt się nie poruszył. Nikt nie odetchnął. „Widziałem twoją gościnność w pełnej krasie, lordzie Thornwood. Widziałem, jak twój następca publicznie kpił z własnej siostry. Widziałem, jak twoi goście traktowali Lady Saraphene, jakby była niewidzialna. Widziałem, jak ty i twoja żona całkowicie ją ignorujecie, jak plamę, której mieliście nadzieję, że nikt nie zauważy”.

Lord Thornwood wyjąkał. „Ona jest… my nie… eee… Wasza Wysokość, Saraphene jest…”

„Moje” – powiedział Kale.

Słowo to spadło niczym młot na kamień.

„Nie wiem, czym sobie zasłużyła na twoją pogardę” – kontynuował – „i szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to. Ale muszę, żebyś coś zrozumiał”.

Puścił dłoń Saraphene, lecz objął ją w talii i przyciągnął do swojego boku w geście, który w równym stopniu wyrażał wsparcie i ochronę.

„Ta kobieta jest moją wybranką” – powiedział Kale – „moją więzią, moją przyszłą królową. Każdy, kto jej nie szanuje, nie szanuje korony, a ja nie lekceważę zniewag wobec mojej korony”.

Cisza była absolutna. Upadek szpilki brzmiałby jak grzmot.

Saraphene obserwowała, jak na twarzach jej rodziny pojawia się szok, niedowierzanie, a w końcu mdła, wyćwiczona ekscytacja. Jej matka pierwsza otrząsnęła się, podchodząc do niej z promiennym uśmiechem, który nie sięgał jej oczu.

„Wasza Wysokość, cóż za cudowna nowina” – wykrzyknęła Lady Thornwood. „Zawsze wiedzieliśmy, że Saraphene jest przeznaczona do wielkich czynów, prawda, kochanie? Przygotowywaliśmy ją do tego momentu przez całe życie”.

Lord Thornwood energicznie skinął głową.

„Tak, tak, oczywiście” – powiedział. „Nasza ukochana córka, zawsze taki skarb”.

„Dość” – powiedział Kale.

Jego głos był lodem i żelazem.

„Lady Saraphene i ja wyruszamy” – kontynuował. „Otrzymacie oficjalne zawiadomienie z mojego dworu dotyczące jej przeniesienia do pałacu”.

Odwrócił się i poprowadził Saraphene w stronę drzwi.

Ale Margot stanęła im na drodze, a jej maska ​​opanowania pękła, odsłaniając coś rozpaczliwego i brzydkiego, co się pod nią kryło.

„To niemożliwe” – syknęła. „Ona jest nikim. Jest nieskazitelna, niczym się nie wyróżnia”.

„Ona jest wszystkim” – powiedział spokojnie Kale. „A ty mi przeszkadzasz”.

Margot się nie poruszyła. Jej ręce drżały, a starannie ułożone włosy zaczynały się rozplątywać.

„Wiesz, kim ona jest?” – zapytała. „Co nasza rodzina ukrywała przez lata?” Gorzki śmiech wyrwał się jej z gardła. „Zapytaj ją o jej matkę – jej prawdziwą matkę. Zapytaj ją, dlaczego się nie zmienia, dlaczego nigdy nie należała do tego świata”.

„Margot” – głos Lady Thornwood zatrzeszczał jak bicz. „Dosyć tego”.

Ale szkoda już została wyrządzona.

Saraphene poczuła te słowa jak fizyczne ciosy, każdy trafiający w ranę, o której rozpaczliwie próbowała zapomnieć. Jej prawdziwa matka – kobieta, o której ojciec nigdy nie wspominał. Powód, dla którego była inna, inna, niewłaściwa.

Odsunęła się od Kale’a i objęła się ramionami.

„Saraphene” – powiedział.

Jego głos był teraz łagodny, pozbawiony królewskiego autorytetu. „Cokolwiek ona sugeruje…”

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

back to top