„To prawda” – powiedziała Saraphene.
Zmusiła się, żeby spojrzeć mu w oczy.
„Nie jestem w pełni wilkiem” – powiedziała. „Moja biologiczna matka była człowiekiem. Zmarła, gdy miałam trzy lata, a mój ojciec ożenił się ponownie niemal natychmiast”. Wskazała na Lady Thornwood, która miała dość przyzwoitości, by wyglądać na zakłopotaną. „Jestem niziołkiem. Dlatego nigdy się nie przemieniłam. Dlatego więź nigdy mnie wcześniej nie odnalazła. Dlatego jestem…” Urwała.
Więź.
Ale ona to czuła. Nadal to czuła. Złota nić między nimi wibrowała ciepłem i życiem.
Kale przyglądał się jej przez dłuższą chwilę.
Potem zaczął się śmiać.
Dźwięk był nieoczekiwany, ciepły i bogaty, wypełniał cichą salę balową.
„To wszystko?” – powiedział, kręcąc głową. „To wielki sekret twojej rodziny?”
W jego oczach płonął jakiś dziki i jasny płomień.
„Saraphene, nie obchodzi mnie, czy jesteś w połowie człowiekiem, w połowie wróżką, czy w połowie górskim trollem” – powiedział. „Więź nie obchodzi linii krwi. Nie obchodzi jej, w co możesz, a w co nie możesz się przemienić. Chodzi jej o dusze”.
Podszedł do niej dwoma krokami i objął jej twarz dłońmi z czułością, która coś w niej złamała.
„Poczułem cię w chwili, gdy weszłaś do tego pokoju” – powiedział cicho. „Mój wilk wzywał cię, odkąd wzięłaś pierwszy oddech w tych ścianach. Ludzka krew czy nie, jesteś moja. A ja jestem twój, jeśli mnie zechcesz”.
Saraphene wpatrywała się w jego twarz, szukając w niej wątpliwości, wahania, jakiegokolwiek znaku, że to jakiś wymyślny akt okrucieństwa, zrządzenie losu, mające na celu złamanie jej bardziej niż cokolwiek wcześniej.
Znalazła tylko prawdę.
Tylko miłość.
Tylko przyszłość, której nigdy nie odważyła się sobie wyobrazić.
„Tak” – wyszeptała. „Będę cię mieć”.
Kale ją pocałował.
To nie było delikatne. To nie było niewinne. To było żądanie – gwałtowne, gorące i pełne obietnicy. Saraphene jęknęła w jego usta, a on zdławił dźwięk, jedną dłonią wślizgując się w jej włosy, a drugą przyciskając do jej pleców, przyciągając ją bliżej, aż nie było między nimi żadnej przestrzeni.
Złota nić między nimi płonęła. Czuła, jak się umacnia, splatając ich dusze w nieodwracalny wzór. Jego serce waliło w jej piersi, dopasowując się do rytmu.
Kiedy w końcu się od siebie oderwali, Saraphene drżała.
On też.
„Powóz” – wymamrotał Kale w jej usta. „Teraz, zanim zrobię coś wyjątkowo niestosownego na sali balowej”.
Zaśmiała się, a dźwięk był mokry od łez, których nie zauważyła. On również je pocałował.
Trzymał ją obejmując ramieniem, gdy przechodzili obok oszołomionej rodziny, obok gapiących się gości, obok zapłakanej twarzy Margot.
W drzwiach Saraphene zatrzymała się.
Odwróciła się, by spojrzeć na dom, który przez tak długi czas był jej więzieniem.
„Mam nadzieję, że znajdziesz swoje szczęście” – powiedziała cicho. „Ja już znalazłam swoje”.
Trzy miesiące później Saraphene obudziła się, słysząc promienie słońca sączące się przez jedwabne zasłony i jednostajny rytm bicia serca pod uchem. Gdzieś daleko za pałacem, po amerykańskich autostradach, poruszał się ruch uliczny, nieświadomy, że ukryte przestrzenie tej krainy rządzi inny rodzaj królestwa.
Uśmiechnęła się, wtulając się mocniej w ciepło pod swoim policzkiem.
Ramię Kale’a zacisnęło się wokół niej, jego palce leniwie kreśliły wzory na jej biodrze.
„Dzień dobry” – wymamrotał w jej włosy.
“Poranek.”
Uniosła głowę, by pocałować go w szczękę, czując drapanie zarostu na swoich ustach.
„Jak długo nie śpisz?” zapytała.
„Chwileczkę” – przyznał. „Patrzyłem, jak śpisz”.
Parsknęła cichym śmiechem.
„To trochę zbyt intensywne” – powiedziała.
„To romantyczne” – odparł.
Przetoczył je, opierając się o nią, a jego srebrne oczy były łagodne i pełne miłości, która wciąż kradła jej oddech.
„Moja partnerka” – powiedział. „Moja królowa. Nadal najbardziej niezwykła rzecz w każdym pomieszczeniu”.
Saraphene roześmiała się, a ten śmiech nawet teraz brzmiał jasno i nieznajomo.
Minęły trzy miesiące, a ona nadal nie mogła uwierzyć, że to prawda.
Pałac z strzelistymi wieżami i bezkresnymi ogrodami. Dwór, który przyjął ją z zaskakującą serdecznością, gdy tylko zdali sobie sprawę, że nie stanowi zagrożenia dla ich ambicji. Ludzie, którzy kłaniali się, gdy przechodziła, nie z litością, lecz z autentycznym szacunkiem.
I jarmuż. Zawsze jarmuż. Każdego ranka, każdej nocy i w każdej chwili pomiędzy.
„Dziś przyjeżdża ambasador z Terytoriów Wschodnich” – przypomniała mu. „Masz spotkania do lunchu”.
„To zostańmy w łóżku do obiadu” – powiedział.
„Królestwo się rozpadnie” – powiedziała rozbawiona.
„Niech tak będzie” – odpowiedział lekko. „Jutro to poskładam”.
Śmiejąc się, popchnęła go w pierś.
„Zostań królem” – powiedziała. „Mam swoje obowiązki”.
To była prawda.
W ciągu trzech miesięcy Saraphene odnalazła się w sposób, którego się nie spodziewała. Założyła schronisko dla porzuconych dzieci w dolnym mieście, miejsce, gdzie niziołki i sieroty mogły znaleźć bezpieczeństwo i poczucie przynależności. Zaczęła mediować w drobnych sporach między rodami szlacheckimi, a jej perspektywa outsidera okazała się nieoczekiwanie cenna. Nauczyła się jeździć konno, tańczyć i radzić sobie w słownych potyczkach, które uchodziły za dworską rozrywkę.
Nauczyła się być szczęśliwa.
„Dziś rano przyszedł do ciebie list” – powiedział nagle Kale, a jego ton stał się poważny. „Z posiadłości Thornwood”.
Saraphene znieruchomiała.
„Mój ojciec?” zapytała. „Twoja siostra, Margot.”
Nie rozmawiała z rodziną od wieczoru balu. Oczywiście, były formalne komunikaty – zimne listy z gratulacjami i starannie sformułowane prośby o audiencję, które Kale przechwycił i grzecznie odrzucił, ale nic osobistego. Nic bezpośredniego.
„Czego ona chce?” zapytała Saraphene.
„Nie otwierałem tego” – powiedział Kale. „Możesz to przeczytać albo spalić, jak chcesz”.
Saraphene usiadła, owijając się jedwabnym prześcieradłem. Przez ich więź czuła niepokój Kale’a, jego instynkt opiekuńczy narastał niczym sierść na karku. Gdyby poprosiła, podarłby list na strzępy. Wróciłby do posiadłości Thornwood i zażądał przeprosin. Przeciwstawiłby się każdemu, kto kiedykolwiek ją skrzywdził.
Ale to nie było to, czego potrzebowała.
„Przeczytam to” – postanowiła. „Później. Cokolwiek napisała, nie jest już w stanie mnie poruszyć”.
Kale usiadł za nią, objął ją w talii i oparł brodę na jej ramieniu.
„Jesteś silniejszy, niż kiedykolwiek ci przypisywano” – powiedział.
„Musiałam” – odpowiedziała. Oparła się o jego ciepło. „Ale nie muszę już być silna sama”.
Później tego popołudnia, gdy Kale udał się na swoje spotkania, a Saraphene spędziła poranek w schronisku dla dzieci, usiadła w ogrodach pałacowych z nieotwartym listem w rękach.
Pieczęć była z bordowego wosku. Pismo było precyzyjne i znajome.
Jej serce biło równo, nie przyspieszało już na myśl o okrucieństwie siostry.
Złamała pieczęć.
Siostro, zaczynał się list.
Nie oczekuję twojego przebaczenia i nie będę cię obrażać, prosząc o nie. Ale od kilku miesięcy nie mogę spać, nie potrafię spojrzeć w lustro, nie widząc w nim osoby, która dręczyła cię przez tyle lat.
Byłem zazdrosny.
Zawsze ci zazdrościłam, choć nigdy nie potrafiłam się do tego przyznać.
Miałeś coś, czego ja nigdy nie będę mógł posiąść – wewnętrzny spokój. Nawet gdy cię raniliśmy, nawet gdy świat był okrutny, pozostałeś dobry. Pozostałeś łagodny. Pozostałeś sobą.
Powtarzałem sobie, że cię nie lubię, bo jesteś słaby. Teraz rozumiem, że nie lubiłem cię, bo byłeś silny w sposób, w jaki ja nigdy nie mógłbym być.
Nie proszę o pojednanie. Nie zasługuję na nie. Ale chciałam, żebyś wiedziała, że miałaś rację tamtej nocy na balu. Mam nadzieję, że odnalazłaś swoje szczęście. Mam nadzieję, że król dostrzeże w tobie to, czego ja byłam zbyt ślepa, by dostrzec. Mam nadzieję, że pewnego dnia będę godna nazywać się twoją siostrą.
Margot.
Saraphene przeczytała list dwa razy, potem trzeci. Następnie starannie go złożyła i schowała do kieszeni.
Może kiedyś odpisze. Może uzdrowienie jest możliwe, nawet w przypadku tak głębokich ran.
Ale to była decyzja na inny dzień.
Na razie miała króla, który ją kochał, cel, który ją spełniał i przyszłość jaśniejszą, niż cokolwiek, o czym kiedykolwiek odważyła się marzyć.
Wstała z ławki w ogrodzie i wróciła do pałacu, gdzie na schodach czekał Kale, który zakończył wcześniej swoje spotkania.
„Wszystko w porządku?” zapytał, patrząc jej w twarz.
Saraphene się uśmiechnęła — prawdziwym uśmiechem, takim, który sięgał jej oczu i rozgrzewał ją od środka.
„Wszystko jest idealne” – powiedziała.
Kale złapał jej dłoń zanim zdążyła się wysunąć i przycisnął ją do swojej piersi, gdzie jego serce biło mocno i równo.
„Kocham cię” powiedział.
Słowa były proste. Prawdziwe. Powtarzał je często, jakby chciał nadrobić wszystkie lata, przez które ich nie słyszała.
„Ja też cię kocham” – powiedziała.
Pocałowała go tam, na schodach pałacu, gdzie każdy mógł to zobaczyć, gdzie cały świat mógł być świadkiem tego, co razem zbudowali.
Poprzez więź czuła, jak jego radość powraca do niej – złota, ciepła i nieskończona.
Przez okno za nimi widziała pałacowe ogrody w pełnym rozkwicie lata, miasto rozciągające się za murami niczym gobelin z kamienia i życia, góry wznoszące się w oddali niczym starożytni strażnicy stojący nad tym samym kontynentem, gdzie ludzkie miasta, takie jak Nowy Jork i Denver, błyszczały w oddali, nieświadome ukrytego króla i królowej, którzy strzegli ziemi.
Nowe życie. Nowy początek. A wszystko dlatego, że król przeszedł przez salę balową dla dziewczyny, której nikt nie chciał.
Skąd słuchasz? Spotkajmy się w komentarzach. Uwielbiam słuchać Twoich przemyśleń. A jeśli chcesz mnie wesprzeć, zasubskrybuj.
a
Leave a Comment