Klucze Jennifer leżały w misce przy wejściu, kurtka Kevina wisiała na wieszaku. Ktoś był w domu. Może nawet kilka osób.
Drzwi do sypialni były zamknięte. To było nowe. Usłyszałem w środku głosy i męski śmiech, którego nie rozpoznawałem. Zamiast przerywać rozmowę, skierowałem się do garażu, by zostawić torbę.
Kiedy zapaliłem światło, zobaczyłem kartonowe pudła ustawione wzdłuż ścian. Najbliższe było opisane: MERLE – UBRANIA.
Kolejne: MERLE – KSIĄŻKI.
Następne: MERLE – RZECZY OSOBISTE.
Serce zaczęło bić ciężko i wolno. Na jednym z pudeł, owinięta folią bąbelkową, leżała ramka ze zdjęciem Jennifer z przedszkola. Szczerbaty uśmiech, krzywo zaplecione kucyki. Szyba była pęknięta na ukos.
– Wróciłeś – usłyszałem za plecami.
Kevin stał w drzwiach z założonymi rękami.
– Co to ma znaczyć? – zapytałem. – Gdzie jest mój pokój?
Za nim pojawiła się Jennifer. Nie patrzyła mi w oczy.
– Tato, musimy porozmawiać…
– Ja to załatwię – przerwał jej Kevin.
Wyszedł do garażu, jakby to on był właścicielem tej przestrzeni.
– Te rzeczy są moje. To jest mój dom.
– Był twój – poprawił mnie spokojnie. – Mój ojciec potrzebuje miejsca. Główna sypialnia ma najlepszy materac i prywatną łazienkę. To logiczne.
Słowa dotarły do mnie z opóźnieniem.
– Przenieśliście mnie z mojej sypialni, kiedy byłem w szpitalu? Bez pytania?
– Nie korzystałeś z niej – wzruszył ramionami. – Pokój stał pusty. Podjęliśmy praktyczną dec
Leave a Comment