Czerwone buty na czwartek

Czerwone buty na czwartek

Grudniowy fokstrot

Dziesiąta lekcja. Grudzień. Za oknami ciemno już o piątej. Ćwiczyliśmy fokstrota, krok po kroku, z poprawkami Magdy i jej energicznym: „Proszę bliżej, proszę zaufać partnerowi!”.

Wojciech trzymał mnie pewniej niż zwykle. A może to ja mniej się usztywniałam. Może pozwoliłam sobie na to, by nie kontrolować każdego ruchu, nie analizować każdego potknięcia.

Pod koniec zajęć Magda puściła wolny kawałek – chyba Cohena, choć nie jestem pewna – i powiedziała, że to dla tych, którzy chcą potańczyć „na luzie”. Większość poszła po płaszcze. My zostaliśmy.

Tańczyliśmy w niemal pustej sali, na parkiecie porysowanym od obcasów. Bez instrukcji, bez liczenia kroków. Tylko ruch i oddech. Wojciech milczał. Ja milczałam. I to milczenie nie było ciężkie. Było spokojne, jak wspólne siedzenie przy stole bez potrzeby wypełniania przestrzeni słowami.

Gest

W szatni sięgnęłam po płaszcz i zaczęłam go zakładać swoim zwykłym gestem – najpierw prawy rękaw, potem obrót lewej ręki do tyłu, lekkie przygarbienie. Każdy ma swój sposób wkładania płaszcza. Nikt o tym nie myśli. To drobiazg, który zapisuje się w ciele przez lata.

Wojciech stał obok i patrzył. A potem powiedział cicho:

– Wie pani, dlaczego tak dobrze mi się z panią tańczy?

Nie odpowiedziałam. Czekałam.

– Bo pani mi ją przypomina. Hankę. Nie twarzą – gestem. Tak samo zakładała płaszcz. Tak samo przechylała głowę, kiedy słuchała muzyki. Przez pierwsze dwa tygodnie myślałem, że zwariowałem.

Stałam z płaszczem w połowie nałożonym. W jednej chwili poczułam ciepło i chłód jednocześnie. Wzruszenie i ukłucie. Bycie dostrzeżoną i bycie porównaną.

– To dlatego pan ze mną tańczy? – zapytałam. – Bo pana żona tak samo zakładała płaszcz?

Pokręcił głową.

– Nie. Tańczę z panią, bo z panią chcę tańczyć. Ale musiałem pani powiedzieć. Bo gdybym nie powiedział, czułbym, że panią oszukuję.

Zapiął mi guzik płaszcza. Górny, ten przy szyi. Zrobił to naturalnie, jakby ten ruch był zapisany w jego dłoniach od lat.

W samochodzie siedziałam dziesięć minut, zanim odpaliłam silnik. Myślałam o Marku, który nigdy nie tańczył, ale zawsze zapinał mi górny guzik płaszcza. O Hance, której nigdy nie poznałam. O tym, że gesty ludzi, których kochaliśmy, nie umierają wraz z nimi. Przechodzą w nas. W naszych dłoniach, w sposobie stania, w odruchach.

Dalsza część artykułu znajduje się na następnej stronie. Reklama

Post navigation

Leave a Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

back to top