Zielona bluzka i czerwone buty
Następnego czwartku przyszłam w zielonej bluzce. Nie czarnej. Nie bezpiecznej. Zielonej – jakby ktoś uchylił okno po długiej zimie.
Wojciech nic nie powiedział. Ale kiedy zaczęliśmy walca, poczułam, że jego dłoń na moich plecach nie drży. Była spokojna, pewna. Obecna.
Kasia zadzwoniła w niedzielę.
– Mamo, jak taniec?
– Dobrze – odpowiedziałam. A potem dodałam coś, czego nie mówiłam od dwóch lat: – Chyba naprawdę dobrze.
Nie wiem, co z tego będzie. Nie wiem, czy Wojciech widzi mnie – czy widzi cień Hanki. Może jedno i drugie. Może to w porządku. Może miłość po stracie nie polega na wymazywaniu przeszłości, ale na zgodzie na to, że pamięć i teraźniejszość mogą istnieć obok siebie.
Może nie trzeba przestawać kochać tego, kto odszedł, żeby zrobić miejsce dla kogoś nowego. Może wystarczy odwaga, by pamiętać – i mimo to zrobić krok naprzód.
Na najbliższy czwartek kupię sobie nowe buty do tańca. Czerwone.
Marek by się śmiał. A Hanka – myślę, że by zrozumiała.
Leave a Comment