Godziny, które nie pasowały
Tydzień później zauważyłam coś gorszego. Wychodził na basen o dziesiątej rano. Basen czynny od siódmej do dwudziestej pierwszej. Godzina pływania, prysznic, autobus – powinien wracać najpóźniej o trzynastej. A wracał o piętnastej. Czasem o szesnastej. I w tym czasie jego telefon był wyłączony.
Zadzwoniłam raz. Cisza. Drugi raz. Cisza. Za trzecim oddzwonił po godzinie.
– Byłem pod prysznicem – powiedział spokojnie.
Godzinę pod prysznicem?
Nie spałam tej nocy. Leżałam obok niego i słuchałam jego oddechu. Miarowy, spokojny. Oddech człowieka z czystym sumieniem albo człowieka, który nauczył się kłamać tak dobrze, że nawet ciało za nim nadąża. W głowie miałam już gotowy scenariusz – młodsza kobieta, instruktorka z basenu, ktoś poznany przypadkiem. Ktoś, kto przywrócił mu iskrę.
Następnego dnia zrobiłam coś, czego się wstydzę. Poszłam za nim. Wsiadł do autobusu, ja w następny. Dojechałam do aquaparku, kupiłam bilet na galerię widokową i przez godzinę patrzyłam, jak mój mąż pływa. Sam. Metodycznie. Z siłą, jakiej się po nim nie spodziewałam. Jakby od czegoś uciekał albo do czegoś dążył.
Wyszedł z basenu o dwunastej. Zbiegłam na dół, stanęłam przy wyjściu, za rogiem. Wyszedł po dwudziestu minutach. Ogolony, pachnący tymi nowymi perfumami. I skręcił nie w stronę przystanku.
Szłam za nim ulicą Mickiewicza, przez park, w boczną uliczkę. Wszedł do niskiego budynku z szyldem, którego z daleka nie potrafiłam odczytać. Serce waliło mi w piersi, łzy same napływały do oczu. Byłam pewna, że za chwilę zobaczę coś, czego nie da się już cofnąć.
Podeszłam bliżej i przeczytałam: Pracownia rzeźby i ceramiki. Zajęcia dla dorosłych, zapisy cały rok.
Stałam i nie rozumiałam.
Ręce w glinie
Weszłam do środka jak we śnie. Mała sala, może osiem osób, fartuchy, stoły, mokra glina. A przy jednym ze stołów mój Marek. Ręce po łokcie w glinie. Twarz skupiona, spokojna. I coś jeszcze – radość. Tę radość widziałam u niego może raz czy dwa w życiu, kiedy rodziły się dzieci.
Podniósł głowę i zobaczył mnie. I zamiast zaskoczenia – wstyd. Czerwony, aż po uszy.
– Dorota – powiedział cicho. – Ja… nie chciałem, żebyś wiedziała.
Usiedliśmy w kawiarni naprzeciwko. Zamówił mi herbatę, sobie czarną kawę. Pod paznokciami miał jeszcze szarą glinę.
– Czemu mi nie powiedziałeś? – spytałam. Dwie godziny wcześniej byłam pewna, że ma kogoś.
Długo milczał.
– Bo ty byś się z tego śmiała. Albo Kasia. Albo Tomek. Stary facet lepi garnki. Dobre sobie.
– Ja bym się nie śmiała – powiedziałam.
Spojrzał na mnie i wiedziałam, że kłamię. Uśmiechnęłabym się. Może czule, ale jednak. A on zobaczyłby w tym potwierdzenie, że nie traktujemy go poważnie. Że przez lata był w tej rodzinie od zarabiania pieniędzy i naprawiania cieknących kranów. A teraz, kiedy już nie musi, nie ma prawa być kimś innym.
– Te perfumy… – zaczęłam niepewnie.
– Renata, instruktorka, powiedziała, że glina ma specyficzny zapach. Że zostaje na skórze. Nie chciałem, żebyś pytała.
Renata. A więc jednak kobieta. Tylko nie tak, jak myślałam.
– A telefon?
– Wyłączam na zajęciach. Nie chcę, żebyś dzwoniła, kiedy jestem… – zawahał się. – Kiedy jestem sobą.
To zdanie bolało bardziej niż wszystkie scenariusze zdrady.
Leave a Comment