Inna wersja człowieka
Wracaliśmy razem autobusem. Milczeliśmy. Na kolanach Marka stał mały, trochę krzywy kubek z wypalonej gliny – pierwszy, który zrobił. Niósł go do domu w reklamówce, owinięty w gazetę, jak coś kruchego i cennego.
Tego wieczoru postawiłam kubek na półce w kuchni, obok kryształowego wazonu po mamie i zdjęcia wnuków. Patrzyłam na niego długo. Był niedoskonały, nierówny. Ale prawdziwy.
– Marek – powiedziałam w łóżku. – Jutro masz zajęcia?
– Tak.
– Jak wrócisz, pokaż mi, co robisz. Chcę wiedzieć.
Odpowiedział dopiero po chwili. – Dobrze.
Nie powiem wam, że od tamtego dnia jest idealnie. Nie jest. Wciąż mam chwile, kiedy widzę wyłączony telefon i czuję tamten chłód w żołądku. Czasem myślę: co jeszcze przede mną ukrywa? Bo czterdzieści lat wspólnego życia nie oznacza, że kogoś znasz do końca. Oznacza tylko, że przywykłaś do jednej wersji tej osoby.
Marek lepi już nie tylko kubki. Ostatnio przyniósł figurkę kobiety – abstrakcyjną, z rozłożonymi rękami. Zapytałam, kogo przedstawia. Wzruszył ramionami.
– Nikogo. Każdego. Nie wiem.
Stoi na komodzie w sypialni. Czasem rano, kiedy Marek wychodzi na basen, a potem do pracowni, patrzę na nią i myślę, że przez czterdzieści lat żyłam z człowiekiem, który nosił w sobie coś takiego i nigdy nie znalazł sposobu, by to z siebie wydobyć.
A może to ja mu tego sposobu nie dałam.
Leave a Comment