1:00 w nocy. Krzyk. „20 000 dolarów albo znika”. Rozłączyłem się, myśląc, że to żałosny przekręt. O świcie policja była u moich drzwi – a koszmar dopiero się zaczynał.

1:00 w nocy. Krzyk. „20 000 dolarów albo znika”. Rozłączyłem się, myśląc, że to żałosny przekręt. O świcie policja była u moich drzwi – a koszmar dopiero się zaczynał.

Cisza po krzyku
Pukanie do moich drzwi nie było przyjazne. Nie był to kurier z UPS-em, który przyniósł paczkę, ani sąsiad, który oddał pożyczone narzędzie. To było ciężkie, autorytatywne uderzenie w lity dąb, które mówiło: „Nie jesteś już u władzy”.

Stałem w kuchni, z drżącą ręką, trzymając kubek letniej herbaty Earl Grey. Para dawno przestała się unosić. Na zewnątrz szare światło podmiejskiego świtu Pensylwanii sączyło się przez zasłony, oświetlając drobinki kurzu tańczące w powietrzu. Spojrzałem na zegar stojący w korytarzu – ten, który Arthur uparcie nakręcał w każdą niedzielę. 6:15.

Zaledwie pięć godzin temu nastąpił koniec świata. I to ja odłożyłem słuchawkę.

1:00 rano: Połączenie
Telefon wibrował na stoliku nocnym jak uwięziony owad. Mam sześćdziesiąt dwa lata i lekki sen. Każdy skrzyp desek podłogi, każdy powiew wiatru o elewację brzmi jak intruz. Arthur natomiast potrafiłby przespać huragan. A przynajmniej tak mi się zdawało.

Sięgnąłem po telefon, oślepiło mnie niebieskie światło. Nieznany rozmówca.

„Halo?” wyszeptałam głosem ochrypłym od snu.

Najpierw był szum. Potem dźwięk, który będzie mi wrył się w siatkówki do końca życia. To był krzyk – szorstki, gardłowy i zgrzytliwy. To był dźwięk kogoś, czyja dusza była odrywana od ciała. To był męski głos. Brzmiał jak głos Artura.

„Mamo? Nie, Elaine! Elaine, pomóż mi!”

Głos był stłumiony, rozpaczliwy. Potem odezwał się drugi głos. Ten był niski, spokojny i przerażająco pozbawiony emocji. Należał do człowieka, który robił to już wiele razy.

„Słuchaj uważnie, Elaine. Masz dwadzieścia cztery godziny. 20 000 dolarów w gotówce. Żadnej policji. Żadnych sąsiadów. Jeśli zobaczę choć jedno migające światło, to go nie będzie. Rozumiesz?”

Serce waliło mi o żebra jak ptak w klatce. Spojrzałam na stronę łóżka, po której siedział Arthur. Było puste. Pościel była odrzucona, czysta i zimna. Powiedział, że idzie do piwnicy sprawdzić podgrzewacz wody przed snem. Chyba zasnęłam.

Mężczyzna w telefonie ponownie zapytał: „Elaine. Masz pieniądze?”

Spojrzałem na zdjęcie ślubne na komodzie – Arthur i ja w 1985 roku, dwoje dzieci, które myślały, że świat to plac zabaw. Potem pomyślałem o ukrytej księdze, którą znalazłem w jego biurku trzy tygodnie temu. Pomyślałem o „podróżach służbowych” do Atlantic City, które nie wiązały się z żadnymi interesami. Pomyślałem o 20 000 dolarów, które tajemniczo zniknęły z naszego wspólnego konta oszczędnościowego w ciągu ostatnich sześciu miesięcy – dokładnie o tę kwotę prosił ten „porywacz”.

Poczułem zimny, twardy supeł w żołądku. To nie był strach. To była jasność.

„Wiem, o co chodzi” – powiedziałem głosem pewnym jak ręka chirurga. „Powiedz Arthurowi, że przedstawienie było trochę przesadzone. Krzyk był przerysowany”.

„Elaine, to nie żart” – syknął mężczyzna.

„Masz rację” – powiedziałem. „To żałosna próba odzyskania tego, co przegrał. Nie dzwoń więcej do tego domu”.

Rozłączyłem się.

Nie zadzwoniłam na policję. Nie płakałam. Zszłam na dół, zaparzyłam herbatę i czekałam, aż Arthur wejdzie tylnymi drzwiami, zawstydzony i zrezygnowany, zdając sobie sprawę, że jego drobny plan „wymuszenia” na pokrycie długów nie oszukał jego żony, z którą była przez trzydzieści osiem lat.

Ale Artur nie wrócił do domu.

6:15 rano: Przybycie
Pukanie rozległo się ponownie, tym razem mocniej. Łup. Łup. Łup.

Odstawiłam kubek i wygładziłam szlafrok. Zobaczyłam swoje odbicie w lustrze w przedpokoju. Wyglądałam jak kobieta, która postarzała się o dziesięć lat w pięć godzin. Moje siwe włosy przypominały gniazdo, a oczy były obwiedzione czerwienią.

Otworzyłem drzwi.

Stało tam dwóch funkcjonariuszy. Jeden był młody, krótko ostrzyżony i wyglądał na wyćwiczonego neutralnego. Drugi, starszy, nazywał się detektyw Miller i rozpoznałem go z lokalnych zbiórek funduszy Rotary Club. Nie miał na sobie munduru, tylko pognieciony garnitur i wyraz głębokiego współczucia.

„Pani Vance?” zapytał Miller.

„Detektywie. Przyszedłeś wcześniej na sprzedaż ciast” – próbowałam zażartować, ale głos mi się załamał.

Nie uśmiechnął się. „Czy możemy wejść?”

Odsunęłam się, serce mi zamarło. Gdyby chodziło o hazard Arthura, nie wysłaliby do mnie detektywa o świcie. Wysłaliby doręczyciela albo zastępcę.

Siedzieliśmy w salonie – tym „dobrym” pokoju z aksamitnymi krzesłami, na których nikomu nie wolno było siadać. Miller siedział naprzeciwko mnie, pochylony do przodu, z dłońmi splecionymi między kolanami.

„Elaine, bardzo mi przykro, że tu jestem. Około 2:00 w nocy doszło do wypadku na obwodnicy autostrady międzystanowej nr 80”.

Zamarłam. „Wypadek?”

„Srebrny Lexus” – powiedział Miller. „Zarejestrowany na Arthura Vance’a. Przejechał przez barierę ochronną w pobliżu placu budowy. Samochód zapalił się od uderzenia”.

Pokój zaczął wirować. Zapach herbaty Earl Grey w kuchni nagle sprawił, że chciało mi się wymiotować. „Czy… czy on był sam?”

Miller zawahał się. „Wierzymy, że tak. Ciało było… koronerowi zajmie trochę czasu formalna identyfikacja na podstawie dokumentacji dentystycznej, ale znaleźliśmy portfel Arthura i jego obrączkę ślubną w szczątkach. Bardzo mi przykro, Elaine”.

Wpatrywałam się w niego. „2:00 w nocy? Jesteś pewien?”

„Raport zeznań świadków nadszedł o 2:10. Dlaczego pytasz?”

Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Skoro Arthur zginął o 2:00 w nocy w pożarze samochodu na autostradzie, to kim był mężczyzna, który krzyczał do mnie o 1:00 w nocy? I dlaczego Arthur miałby jechać obwodnicą I-80? To było 65 kilometrów w przeciwnym kierunku niż jakiekolwiek kasyno.

„Elaine?” Głos Millera wyrwał mnie z transu. „Czy jest ktoś, do kogo możemy zadzwonić? Syn? Córka?”

 

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

Post navigation

Leave a Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

back to top