Mój mąż przysięgał, że był w „podróży służbowej do Walencji” — ale ja przyniosłam kosz owoców do szpitala VIP w Segowii, zobaczyłam uchylone drzwi pokoju 305 i usłyszałam jego śmiech w środku; potem nazwał kogoś innego „żoną”, mówił o opróżnieniu pieniędzy mojej firmy, przemycaniu aktywów pod moim nazwiskiem i „daniu mi nauczki”… Nie wparowałam. Po prostu nacisnęłam jeden przycisk, odwróciłam się i odeszłam — gra się rozpoczęła.
W pokoju pielęgniarskim na końcu korytarza grano Sinatrę tak cicho, że czułem się, jakby należał do czyjegoś życia – do jakiegoś ciepłego, bezpiecznego miejsca. Jarzeniówki w prywatnym skrzydle Centrum Medycznego…









