Miała przy sobie zaledwie 7 dolarów i płaczące dziecko… gdy podeszli do niej najbardziej przerażający motocykliści w mieście.

Miała przy sobie zaledwie 7 dolarów i płaczące dziecko… gdy podeszli do niej najbardziej przerażający motocykliści w mieście.

Spojrzała na telefon na desce rozdzielczej; ekran był popękany jak pajęczyna, a była 9:42. Jej wypłata miała zostać wypłacona następnego ranka. Jutro. Już za dzień.

Ale Mila nie rozumiała, co oznacza „jutro”.

Mila teraz zrozumiała.

Kontrolka niskiego poziomu paliwa w samochodzie Leny migała od poprzedniej nocy, a jej konto bankowe było puste od tygodnia, ale powtarzała sobie, że potrzebuje tylko jednej rzeczy. Tylko jednej. Mleka w proszku. To wszystko.

Resztę wymyśli później.

Zawsze tak robiła.

Zrozumiała to dopiero później, kiedy stało się to nie do zniesienia.

Zjechała z autostrady i wjechała na małą stację benzynową na obrzeżach miasta, jedno z tych miejsc, gdzie farba na budynku wyglądała na wyblakłą od słońca, jakby przetrwał zbyt wiele surowych zim i zbyt duży ruch. Neon w oknie migał napisem „OTWARTE”, ale wyglądało na to, że może zgasnąć w każdej chwili.

Parking był pusty. Tu i ówdzie zaparkowano kilka samochodów, a z tyłu, po przekątnej, stały trzy motocykle, niczym drapieżniki czające się w cieniu.

Lena natychmiast je zauważyła.

Nie dlatego, że interesowały ją motocykle.

Ale dlatego, że motocykle były duże, ciężkie i ewidentnie horrendalnie drogie – maszyny, które zdawały się groźnie wibrować nawet na postoju – obok nich stanęło trzech mężczyzn w czarnych skórzanych kamizelkach. Rozmawiali półgłosem i śmiali się z czegoś, co tylko oni rozumieli.

Gardło mu się ścisnęło.

back to top